Tak wygląda "Plan Małysza". Kluczowe zmiany dla narciarstwa. Rewolucja

Jakub Balcerski
To ma być rewolucja w podejściu do szkolenia w polskim narciarstwie. "Plan Małysza" to pierwsza za kadencji nowego prezesa tak duża reforma, która powinna usprawnić szkolenie juniorów. Działacze chcą ściągnąć do Polski trenerów, którzy ułożą kulejący do tej pory system.

Medale i świetne wyniki w Pucharze Świata skoczków Piotra Żyły, Dawida Kubackiego, snowboardzistów Oskara Kwiatkowskiego, Aleksandry Król, czy alpejki Maryny Gąsienicy-Daniel w tym sezonie nie są pełnym obrazem tego, jak wygląda obecnie polskie narciarstwo. Zamazują jego szerszy obraz, a ten ma na sobie sporą skazę.

Szkolenie juniorów w większości dyscyplin nie funkcjonuje tak, jak zakładały władze Polskiego Związku Narciarskiego. Zawodnicy się pojawiają, ale szybko przepadają. Wiele talentów jest marnowanych, a trenerom trudno poczuć się spełnionymi. Żeby to zmienić potrzebna jest gruntowna przebudowa systemu. Taką PZN-owi ma zapewnić realizacja "Planu Małysza".

Zobacz wideo Specjalny występ dla Lewandowskich! Bawili się i śpiewali pod sceną

PZN sam nazywa "Plan Małysza" rewolucją w szkoleniu juniorów

- Moim celem jest zrobienie ze Szkół Mistrzostwa Sportowego takich miejsc, o pójściu do których dzieciaki będą marzyć - mówił w rozmowie ze Sport.pl Adam Małysz już w listopadzie zeszłego roku. Właściwie od wyboru go na stanowisko prezesa PZN legendarny skoczek prezentował pomysł zmian w szkoleniu i współpracy z SMS-ami jako główną myśl na pierwsze kilka-kilkanaście miesięcy prezesury. A w związku wszyscy zgadzają się z myślą Małysza i niedawno zarząd zatwierdził wstępny plan na reformę działań wokół juniorów w każdej dyscyplinie. To dlatego projekt możemy nazywać roboczo właśnie "Planem Małysza".

- Jesteśmy na finiszu czegoś, co można byłoby nazwać rewolucją w szkoleniu naszych juniorów. Zmiany polegają na ujednoliceniu systemu szkolenia w każdej z dyscyplin. Ze względu na ich różne charakterystyki w każdym z poszczególnych systemów będą delikatne różnice, ale dążymy do tego, żeby były jak najmniejsze lub w ogóle nieobecne - mówi nam sekretarz generalny związku, Jan Winkiel.

- Chcemy, żeby SMS-y ruszyły z kopyta, bo często powielamy je z naszymi kadrami. W obu miejscach zawodnicy mają swoich oddzielnych trenerów. Chcemy to w pewien sposób połączyć, zapewnić zawodnikom pracę z osobami, które będą wzbudzały zaufanie. To koncepcja, którą już popieramy konkretnymi działaniami. Za wcześnie jednak, żeby mówić o tym, że już stworzyliśmy ten system. Nie jest gotowy do wdrożenia, za dużo rzeczy może się jeszcze zmienić i skomplikować nam działania. Kierunek przebudowy szkolenia zdążyliśmy jednak obrać - zdradza w rozmowie ze Sport.pl Małysz.

Trener główny "królem życia i śmierci"

Jak ma wyglądać nowy plan na szkolenie juniorów w PZN? Punkt pierwszy: trener kadry narodowej ma zostać, jak mówią działacze, "królem życia i śmierci". Czyli wdrażać system szkolenia od góry na dół. Musi wskazać osobę, która będzie pełniła nadzór nad szkoleniem juniorów albo pełnić go samemu. Jego zadaniem jest zatem przygotowanie listy tych trenerów, z którymi chciałby współpracować w Polsce.

Nad sobą ma mieć prezesa i zarząd PZN, którzy dyskutują z nim o jego propozycjach i to do nich należy wybór osób, które będą pracować z zawodnikami. - Nie będzie tak, że to autonomiczna decyzja trenera, nie może tak być. Zawsze będzie nasz nadzór, konsultacja i potem decyzja - podkreśla Małysz.

Po zatwierdzeniu i skompletowaniu składu sztabów szkoleniowych trener główny miałby mieć pod sobą równorzędnych trenerów kadry B i kadry narodowej juniorów. Ten drugi docelowo ma bezpośrednio współpracować ze szkoleniowcami, którzy trafią do Szkół Mistrzostwa Sportowego. Mają się tam pojawić zarówno nowi trenerzy, ściągani specjalnie pod kątem przebudowy systemu, jak i ci, którzy do tej pory byli wykorzystywani w innych rolach. Chodzi o zgromadzenie tam jak największej liczby szkoleniowców, którzy mogą pomóc w szkoleniu od podstaw. - A trener kadry narodowej staje się jednocześnie dyrektorem działu o nazwie skoki narciarskie, biegi narciarskie, czy narciarstwo alpejskie. Ma kierowników w postaci trenera kadry B i trenera kadry narodowej juniorów. Chyba że jeszcze kogoś będzie chciał dobrać - wyjaśnia Winkiel.

Tylko w Polsce tak szkoli się zawodników. Dwa tygodnie treningów, trzy tygodnie przerwy i tak w kółko

- W całej zabawie chodzi o to, że do tej pory mieliśmy kłopot: kogokolwiek nie braliśmy do juniorów, to temat i tak się rozsypywał - tłumaczy Winkiel. - Czasem ze względu na problemy zdrowotne i kontuzje oraz inne, pozasportowe kwestie, a nawet po prostu przez brak motywacji. Szukaliśmy miejsca, gdzie to się zaczynało sypać, popatrzyliśmy na liczby: ilu trenerów pracuje z naszymi juniorami w skokach, biegach, narciarstwie alpejskim. Ale to wbrew pozorom nie są małe liczby. Patrząc przez pryzmat Europy, czy świata, to u nas naprawdę jest ich sporo. Z zewnątrz mogłoby się wydawać, że to tu powinna leżeć przyczyna problemu, ale nie. Zaczęło nam wychodzić wprost, że jeśli jesteś trenerem w Szkole Mistrzostwa Sportowego, to nie masz prawa mieć w ogóle motywacji.

Dlaczego? - Po pierwsze: bo zawodnicy, którzy nie trafiają do kadry narodowej juniorów, giną, wypadają poza system. Po drugie: jak zawodnik, który jest w SMS-ie i kadrze, nie osiągnie wyniku sportowego, to wszystko się wali i każdy zrzuca winę na kogoś innego. Możesz dochodzić tego, kto ma rację, ale nie zawsze wyciągniesz odpowiednie wnioski. Trzeci problem: nigdzie na świecie nie szkoli się juniora w systemie dochodzeniowym. Tylko tutaj. Nie ma drugiego takiego kraju, a już na pewno nie w czołówce - wskazuje Winkiel.

Według niego to wygląda tak: zawodnik jest szkolony na dwutygodniowym zgrupowaniu, wraca na trzy tygodnie do domu i potem znów zaczyna wszystko od nowa, znów tylko na 14 dni. - Wszyscy mówili nam, że jeśli tego nie zmienimy, to się kompletnie posypie. To proste: zawodnicy muszą trenować codziennie, a żeby to robić, muszą trafić do SMS-ów. To jedyne szkoły, które są w stanie dopasować program nauczania do treningów i mają do tego zaplecze w postaci internatów. Sprawdziliśmy je pod kątem nauczania i wyniki wyglądają dobrze - opisuje działacz.

- Niestety, szeroko rozumiane grono pedagogiczno-naukowe jest niedofinansowane. Są zatrudnieni na podstawie Karty Nauczyciela i np. etat trenera w SMS-ie, ze względu na to, że to szkoły publiczne, wynosi 18 godzin w tygodniu. Taki wymiar pracy nie pozwala na żaden konkretny trening, a co dopiero planowanie, analizy i zajmowanie się dużą grupą zawodników. Dlatego pomyśleliśmy, że najlepszych trenerów, jakich możemy znaleźć w Polsce i okolicach, chcemy przerzucić do SMS-ów. Żeby pracowali z tymi dzieciakami na co dzień, dbali o ich podejście, budowali system i reżim pracy - zaznacza Winkiel.

- Do tego, żeby to wszystko funkcjonowało w mądry sposób, potrzeba odpowiednich koordynatorów - kontynuuje. - To nie muszą być z automatu osoby z zagranicy, ale to nie ma być Jan Winkiel, Adam Małysz, czy ktokolwiek polecony przez zarząd PZN-u, tylko to mają być osoby, które wybierze sobie do współpracy trener główny. Podstawą tego pomysłu jest przekonanie, że trenerów w kadrach narodowych, poza skokami kobiet, mamy dobrych lub bardzo dobrych, wzorowych. Jest jednak pewien problem: jeśli dostają produkt, który od lat jest tworzony nie po ich myśli, to muszą na nowo uczyć go całego systemu i dużo na tym tracą.

Jaką rolę dostaną w tym wszystkim trenerzy juniorskich kadr? Mają nadzorować pracę trenerów w SMS-ach. - Nie będą mieli z góry przypisanych zawodników, a zorganizują pięć do siedmiu zgrupowań centralnych w roku dla wszystkich. Nie musisz być z SMS-u, żeby się na nie dostać, możesz trenować z kimkolwiek chcesz, nawet sam, byle spełnić kryteria. Po zgrupowaniu ustala się plan startowy, przy którym w przypadku juniorów chodzi o zawody Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS), Organizacji Związków Narciarskich Krajów Alpejskich (OPA) i starty krajowe - opowiada Winkiel.

"Wiadomo, że jak dyrektor jest do d***, to cały dział też będzie do d***"

Największe zagrożenie dla pomysłu PZN? Wydaje się, że to sytuacja, w której trener główny zwyczajnie zawiedzie. Wtedy do wymiany może być cała gałąź, system funkcjonowania danej dyscypliny. Czy to nie za duże ryzyko? - Jesteśmy świadomi tego problemu. To jednak zagrożenie podobne do tego, które mamy przy zatrudnieniu każdej osoby w związku. Tak wydarzyło się w przypadku Stefana Horngachera: choć został trenerem kadry narodowej skoczków w 2016 roku, to zmienił strukturę także w przypadku całej reszty funkcjonowania dyscypliny w Polsce. I to nie będąc żadnym dyrektorem - przytacza Winkiel.

- Podeszliśmy do tego wszystkiego od strony strukturalnej, merytorycznej. Analizowaliśmy, na czym polegał sukces pewnych biznesów, a nie stwierdziliśmy: weźmy to do nas, zobaczymy, jak jest. Chodzi nam o strategię i długofalowość. No i w takiej sytuacji wiadomo, że jak dyrektor jest do d***, to cały dział też będzie do d***. Wtedy wymienimy kierownika. Przy tym może się okazać, że on i tak pozostanie w strukturze, bo będzie się w stanie dogadać z tymi w dolnej części struktury. Jeśli będzie odwrotnie, to będziemy celować w zmiany dotyczące tych na dole - wskazuje.

Trener główny będzie musiał zatem znaleźć osoby odpowiednie do jego systemu. PZN stara się szukać nazwisk, które mają szerokie, odpowiednie CV z udokumentowanymi sukcesami, możliwością prowadzenia kogoś na szczycie i umiejętnością budowania. - Czy to się może wysypać? Tak, jak wszystko. Nasza w tym rola, żeby oceniać krótko- i długoterminowo trenerów. Robimy to i dzięki temu mamy narzędzia do pracy. A trener główny nie może powiedzieć jedynie, że nie dostał odpowiedniego dopływu zawodników do swojej kadry. To on jest odpowiedzialny za cały system - wyjaśnia Winkiel.

Nowy system PZN-u obsłuży nawet cztery razy więcej zawodników

Co można osiągnąć dzięki nowemu systemowi? Dobry przyklad to lepsze zarządzanie młodymi zawodnikami. - Gdy mówiliśmy trenerom kadr, żeby prowadzili rotację, wymieniali zawodników pomiędzy kadrami w maju, to nie działało. Z oczywistych powodów: trener przywiązywał się do zawodnika, zawodnik do trenera, zaczynali wdrażać jakąś myśl, skupować sprzęt, wszystko rozplanowywali. Nasz system marzeń był nierealny, bo poza tym jednym trenerem zawodnik nie bardzo miał z kim trenować. Dlatego szkolenie juniorów musiało się ograniczać do grona maksymalnie 10 zawodników. A teraz, w takim systemie? Swobodnie jesteśmy w stanie obsłużyć i 40 zawodników w kategoriach juniorskich - ocenia Winkiel.

- Oczywiście, nie wszyscy muszą być najlepsi na świecie: dorastają, rozwijają się, występuje tu różne tempo zmian w ich postawie. Może ktoś w wieku 16 lat nie będzie gotowy na awans, ale już w wieku 18-19 lat będzie idealnie pasował na przeniesienie do kadry seniorskiej. Nie musi być mistrzem świata juniorów. Ba, może mieć nawet przeciętne wyniki, ale chcemy wdrożyć szkolenia do pracy w serwisie, jako instruktor sportu, wprowadzeniem do pracy w fizjoterapii. Takie kursy poszerzające pozwalające skorzystać tym, którzy nie mają predyspozycji i nie osiągają wielkich wyników sportowych. Nie zabierzemy na każde zgrupowanie 40 zawodników, ale obecność w SMS-ie to dla tych, których na nich zabraknie, spore zabezpieczenie własnej pracy i treningu - mówi Winkiel.

Kolejna kwestia to miejsca, gdzie mają trenować zawodnicy. - Każdy mówił nam: jeśli nie będziecie mieli obiektów, nie ma mowy o sporcie wyczynowym. Ale nie potrzebujecie stu, musicie mieć dwa, albo trzy, ale naprawdę na najwyższym poziomie. Powolutku się do tego zbliżamy, choć trudno to porównywać do potęg w danym sporcie. My mamy trasy na Kubalonce, czy w Zakopanem, a pewne gimnazjum w Szwecji ma trasy na 75 kilometrów. W tym jedna z nich to 50-kilometrowa pętla, więc zawodnik nie mija dwa razy tego samego drzewa. Gdyby u nas chcieć zrobić taką trasę, trzeba byłoby dwukrotnie obiec dookoła Kraków. Niektórych uwarunkowań nie ominiemy, nie pokonamy pewnych przeszkód, ale robimy, co możemy - zapewnia nas sekretarz generalny PZN-u.

Do Polski mogą trafić też znane nazwiska, które wcale nie będą pracować na szczycie piramidy szkolenia, a u podstaw. Tam, gdzie do tej pory ich najbardziej brakowało. - Chcemy współpracować z szerokim gronem ekspertów z zagranicznych związków i konkretnych dyscyplin, jednocześnie oferując im współpracę z nami. Tomasz Grzywacz, nasz dyrektor sportowy, rozpoczyna tworzenie grupy wsparcia w postaci biomechaników, dietetyków, psychologów sportu, którzy nie będą przypasowani do jednej kadry, a będą do dyspozycji wszystkich trenerów z bardziej ogólnym i naukowym spojrzeniem na problem, z którym szkoleniowcy już sobie nie radzą - opowiada Winkiel.

- Najpóźniej na początku przyszłego roku powinna też działać nasza akademia trenerów i tam wprowadzimy własny system szkoleń: specjalistycznych oraz ogólnych. Zawiesiliśmy wydawanie licencji instruktora sportu, którzy opierają się głównie na działaniu komercyjnym, a jesteśmy w trakcie przebudowy licencjonowania trenerów, czyli stawiamy na sport wyczynowy. Składamy wnioski dotyczące ram kwalifikacyjnych do ministerstwa. System będzie miał trzy, czyli połowę drogi pomiędzy piłką nożną z siedmioma ramami państwowymi i siatkówką, która ma tylko jedną. Dokładamy jeszcze jedną, niepaństwową, najniższego szczebla, która posłuży edukacji i rozwojowi osób chętnych, czy choćby rodziców. Kursy odbywałyby się dwa razy do roku w ramach konferencji i dodatkowych zajęć - zdradza Winkiel.

Narciarska Polska nie będzie jak Norwegia. Bo nie może. "Żadnego pomysłu nie kradliśmy"

Największą inspiracją dla reformy było to, jak podobne systemy funkcjonują w Skandynawii. I pewnie, każdy chciałby wprowadzić w Polsce system z Norwegii, bo to oni obecnie nie dają innym szans w większości sportów zimowych. Pod tym względem każdy chciałby przenieść to, co budują na własne podwórko, ale Norwegowie mają zupełnie inną kulturę, uprawianie sportów zimowych jest tam niemal religią. W dodatku zupełnie inaczej działa finansowanie, którym zajmują się nie związki sportowe, a gminy, które zarządzają obiektami, czy wspierają zawodników. Nie bez kłopotów dla sportowców, którzy czasem kończą, dorabiając w trakcie kariery i rozpaczliwie szukając sponsorów. Dla nich to jednak styl życia. A w Polsce tak po prostu nie jest i nie będzie. Tu nie da się w każdym domu wyjść, założyć nart i biegać po ogródku.

- Chcieliśmy wyciągnąć najlepsze elementy każdego systemu, ale musieliśmy to przystosować do naszych realiów i możliwości. Żadnego pomysłu nie kradliśmy, bo to w wielu przypadkach praktycznie niemożliwe. Weźmy narciarstwo alpejskie w Austrii: trudno porównywać nas z setką licencji juniorskich do Austriaków, którzy mają ich trzy tysiące, a w każdej wsi przynajmniej małą górkę - mówi Winkiel.

Dlatego działacze dopasowują doświadczenie zauważone u innych do własnych, polskich potrzeb. Chcieliby to rozwijać dzięki trenerom głównym z ich wizją, umiejętnościami i chęciami do pracy. Każdy, z kim rozmawiają, dostaje na "dzień dobry" przedstawienie realnej sytuacji danej dyscypliny. Nie będzie więc sytuacji, w której ktoś mógł sobie coś inaczej wyobrażać.

- U nas na razie potrzeba ustrukturyzować się w przedziale 16-19 i 19+. Kolejnym krokiem do rozwoju będzie nakładanie większych ram u zawodników w wieku 14-16 lat, czyli końcówkę szkół podstawowych, czy nawet 6-8 lat. Tam możemy zacząć mówić o jakichś specjalizacjach, czyli uprawianiu sportu, a nie ogólnym rozwoju. To jednak melodia przyszłości. Teraz potrzeba rozwiązań, które poszerzą nam sportową bazę i sprawią, że to, co mamy, przyniesie nam jak największą jakość. Projekt będzie się stopniowo rozwijał, ale na razie musimy z nim ruszyć - zaznacza Winkiel.

"Prowadzimy rozmowy z trenerami, którzy prowadzili mistrzów świata i mistrzów olimpijskich"

Jaki jest zatem obecny status działań w sprawie tego projektu? - Chcemy to zaprezentować, gdy będziemy już wiedzieli, jaki ten system przybierze kształt. Oczywiście najpierw poszczególnym trenerom, w tym klubowym, potem już publicznie. Przyjęliśmy decyzję kierunkową, czyli przedstawioną koncepcję szkolenia na dwa najbliższe okresy olimpijskie. Czyli docelowo do 2030 roku - tłumaczy Winkiel.

- Jedyną dyscypliną, gdzie nie mamy trenera głównego, który mógłby nam przedstawić swój plan, są skoki kobiet. Prowadzimy tam rozmowy, mamy kilku trenerów, którzy mogą ją objąć. Oni przedstawiają swoją wizję, więc jednocześnie wiemy, czego się po nich spodziewać także w kwestii nowego systemu - przyznaje. Sytuację dotyczącą posady trenera polskich skoczkiń wyjaśnialiśmy TUTAJ, a niedawno w długiej rozmowie o zainteresowaniu przejęciem kadry mówił nam Harald Rodlauer - wywiad przeczytacie TUTAJ.

- W kilku dyscyplinach prowadzimy negocjacje z trenerami, którzy mogą zmienić tych obecnych w strukturze, np. narciarstwie alpejskim, czy biegach narciarskich. Znamy sytuację, więc sondujemy rynek, sprawdzamy możliwości i mamy swoje pomysły. Prowadzimy rozmowy z trenerami, którzy prowadzili mistrzów świata i mistrzów olimpijskich. Z ludźmi, którzy mają doświadczenie w podobnych systemach na świecie. Nazwisk nie zdradzamy, bo muszą się "podpisać" - dodaje Winkiel.

Kiedy można się spodziewać konkretnych decyzji? - Dział sportowy z odpowiednimi członkami zarządu odpowiedzialnymi za dyscyplinę przygotował operacyjny dokument w sprawie tej reformy. On już jest, choć jeszcze niegotowy w 100 procentach, bo nadal kończymy część rozmów. Chcieliśmy je sfinalizować mniej więcej w połowie kwietnia, ale niedługo powinniśmy mieć kompletną listę nazwisk trenerów. Teraz czeka nas proces wprowadzania całej przebudowy w życie - zapowiada sekretarz generalny PZN-u.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.