Kamil Stoch przez 10 lat z każdej edycji mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym przywoził co najmniej jeden medal, czy to z rywalizacji indywidualnej, czy drużynowej. Tym razem wspaniała seria została przerwana, choć do szczęścia zabrakło niewiele. Na normalnym obiekcie zajął co prawda szóste miejsce, ale do brązowego medalu stracił raptem 1,4 punktu. Na dużym był na czwartej pozycji, ale do trzeciego Dawida Kubackiego dzieliło go już 4,1 punktu.
Wydawało się, że Stoch te minimalne porażki powetuje sobie w sobotnim konkursie drużynowym. Polska, mimo że stawiana była w roli murowanego faworyta do medalu, nieco rozczarowała. Zajęła czwarte miejsce. Do skoczka z Zębu nie można mieć jednak większych pretensji. Spisał się bardzo dobrze, a wyższą notę w naszej ekipie miał tylko Dawid Kubacki.
Stoch wraca zatem do kraju z pustymi rękoma. Nie wydaje się jednak tym faktem zbytnio podłamany. - Z Planicy wyjeżdżam bez medalu, ale za to z podniesioną głową. Dzięki wszystkim za wsparcie!!! Walczymy dalej - napisał na Instagramie.
Nic dziwnego, skoro jeszcze nie tak dawno nic nie wskazywało na to, żeby 35-latek w ogóle będzie liczył się w walce o mistrzostwo świata. Po serii przeciętnych występów w Pucharze Świata przyszedł pamiętny weekend w Willingen, gdzie nie zakwalifikował się do konkursu. Potem odpuścił sobie zmagania w Lake Placid i Rasnovie. Przerwa podziałała na niego zadziwiająco dobrze. W Planicy ponownie wyglądał jak skoczek ze ścisłej światowej czołówki, a to napawa optymizmem przed końcówką sezonu. A jest jeszcze, o co walczyć...
Więcej treści sportowych znajdziesz też na Gazeta.pl.
W przyszły weekend rozpoczyna się bowiem turniej Raw Air. Skoczków czeka rywalizacja w Oslo, Lillehammer i Vikersund. Potem zostaną im jeszcze dwa pucharowe weekendy - w Lahti i w Planicy. Nie wszystko zatem stracone.