Ta tragedia wstrząsnęła skokami. "Obudził mnie krzyk mamy, jakiego jeszcze nigdy nie słyszałam"

Jakub Balcerski
- Obudził mnie krzyk mamy, jakiego jeszcze nigdy nie słyszałam - opisuje Sport.pl Jacqueline Cook, córka Aloisa Lipburgera sytuację z 4 lutego 2001 roku, gdy dowiedziała się o śmierci swojego ojca w wypadku samochodowym. Postać trenera Austriaków była niedoceniana, ale środowisku skoków narciarskich do dziś go brakuje.

Mijają 22 lata od jednego z najsmutniejszych i najbardziej tragicznych dni w nowoczesnej historii skoków narciarskich. 4 lutego 2001 roku, wracając z zawodów Pucharu Świata w Willingen, samochód austriackiej kadry ze skoczkami Andreasem Widhoelzlem i Martinem Hoellwarthem, a także trenerem Aloisem Lipburgerem wypadł z drogi, odbił się od jednego drzewa i następnie uderzył w kolejne. Widhoelzl i Hoellwarth przeżyli wypadek i skończyli tylko z małymi urazami. Lipburger niestety zmarł na miejscu.

Zobacz wideo Kamil Stoch potrzebował specjalnej zgody. Tak wygląda jego zakopiańskie królestwo

"Od razu zrozumieliśmy, co się stało. Mama nie musiała tłumaczyć"

- Był środek nocy. Obudził mnie krzyk mamy, jakiego jeszcze nigdy nie słyszałam - opisuje Sport.pl córka Aloisa Lipburgera, Jacqueline, wracając do jednej z najgorszych chwil w jej życiu. - Od razu zbiegliśmy z bratem szybko na dół po schodach i zobaczyliśmy ją płaczącą obok dwóch policjantów. I od razu zrozumieliśmy, co się stało. Mama nie musiała tłumaczyć. Dłuższą chwilę zajęło jej, żeby zebrać siłę i powiedzieć nam, że tata nie żyje. Wciąż była w szoku - mówi. Gdy stracili ojca, Jacqueline miała 15, a jej brat Lukas 17 lat.

- Obudziłem się rano następnego dnia i jeszcze niezbyt przytomnie usłyszałem w radiu: "Trener austriackich skoczków zginął wieczorem w wypadku samochodowym niedaleko Fussen w Niemczech". Zesztywniałem, wstałem i w szoku powiedziałem tylko do mojej żony, a wtedy dziewczyny: "Nie prowadził". Wiedziałem, że jeździ szybko, ale miałem do niego pełne zaufanie. Wiedziałem, że się kontroluje. Przez kilka dni nikt nie znał pełnych szczegółów wypadku, ale nadal byłem przekonany, że to nie Alois był za kierownicą. I później wyszło na jaw, że prowadził Martin Hoellwarth. To przekonanie mnie nie zawiodło. Za dobrze znałem Aloisa, żeby myśleć inaczej - mówi nam Werner Schuster, który Lipburgera nazywa trzecią po swoich rodzicach najważniejszą osobą w jego życiu.

"Mr. Cool". Kiedy oszukali go jak Marusarza, było mu przykro z powodu sędziego, który zawinił

- Pamiętam go jako miłą, ciepłą i opanowaną osobę - kontynuuje Jacqueline. - Nic nie wyprowadzało go z jego pełni spokoju, a jednocześnie zawsze był otwarty i dostępny dla innych. Dużo wyjeżdżał, więc gdy wracał często z bratem czekaliśmy już na niego i gdy wchodził biegliśmy do drzwi, żeby się przytulić. Uwielbiałam mojego tatę. Byłam kompletną "córeczką tatusia" - śmieje się córka Lipburgera.

Najlepiej opisuje go jedna z najbardziej kontrowersyjnych sytuacji w jego życiu. Lipburger jako skoczek, osiągając największy sukces w karierze, został brutalnie oszukany. W tym samym miejscu i podobny sposób, jak kiedyś Stanisław Marusarz. Legendarny Polak w 1938 roku w Lahti przegrał mistrzostwo świata z Norwegiem Asbjoernem Ruudem, od którego skakał dalej i lepiej stylowo. Ale sędziowie zrobili swoje i ogłoszenie wyników przenieśli na wieczór, kiedy to właśnie Ruuda, a nie Marusarza wybrali mistrzem świata.

Jak było w przypadku Lipburgera 40 lat później, także w Lahti? W obu skokach skoczył dalej od Fina Tapio Raisanena, ale przegrał z nim walkę o złoty medal o 0,3 punktu przez zaniżone noty. "Wielu od razu ruszyłoby do sędziego, przez którego notę wynik był za niski z wściekłością i domagało się sprawiedliwości. Ale nie on. Jemu było przykro z powodu tego sędziego i krytyki, którą musiał przyjąć" - przytoczył we wspomnieniu na swoim blogu przyjaciel Lipburgera i legenda austriackich skoków, Toni Innauer.

Lipburger był członkiem pierwszej odnoszącej wielkie sukcesy grupy skoczków w Austrii prowadzonej przez profesora Baldura Preimla, ojca systemu i filozofii szkolenia skoczków w szkole narciarskiej Schigymnasium Stams. Stał się członkiem "cudownego zespołu" lat 70. i poza srebrem MŚ z Lahti stawał jeszcze na podium trzech konkursów pierwszych dwóch sezonów Pucharu Świata. Wygrywał dwukrotnie w 1981 roku w konkursach w Ironwood. Przed powstaniem cyklu wygrywał choćby prestiżowy wówczas Turniej Szwajcarski.

"Dzięki niemu myśleliśmy, że potrafimy poradzić sobie ze wszystkim"

"Miał kręcone włosy jak Bruno Pezzey (jeden z najbardziej popularnych austriackich piłkarzy), wyglądał jak opalony grecki posąg. Wiele kobiet się za nim oglądało, ale on był bardzo oddany swojej rodzinie. Życie oddał jednak skokom, choć nie łączyły się ze stolarką, którą zajmował się latem. I tak stał się kluczową postacią dla austriackiej kadry, jej nieodłączną częścią i twórcą kultury tutejszych skoków, nawet gdy już przestał być aktywnym zawodnikiem" - pisze wspomniany Innauer, który był kolegą Lipburgera od dziecięcych lat. Skakał z nim przez całą jego karierę, a potem wspierał jako trenera.

Jakim Lipburger był szkoleniowcem? - Był moim ulubionym trenerem. Jako junior zawsze potrzebujesz lidera, który cię poprowadzi. Jestem mu bardzo wdzięczny i wiele rzeczy, które teraz sam robię, przejąłem właśnie po tym, jak współpracowało mi się z Aloisem - opisuje Werner Schuster. - Był wyjątkową osobą. Sportowo świetnie potrafił poprawić technikę skoku. Mentalnie dawał ci dużo pewności siebie. Pamiętam, że zawsze, gdy gdzieś się wspinaliśmy się w górach i baliśmy wysokości, on potrafił nas uspokoić i zmotywować. Dzięki niemu myśleliśmy, że potrafimy poradzić sobie ze wszystkim - dodaje.

- Kiedyś pojechaliśmy na zawody Alpen Cup do Francji. Dzień przed zawodami mieliśmy trochę potrenować, na skoczni zjawili się też Niemcy. Wiało bardzo mocno i myśleliśmy, że się nie uda, że nic z tego. Niemcy się zwijali, aż przyszedł Alois i powiedział: "Nie no, idziemy skakać". I Niemcy schowani w aucie patrzyli, jak my skakaliśmy. Może nie najdalej, z małymi problemami, ale zdarzały się też świetne próby. I co najważniejsze, choć wiało, nie przestawaliśmy. Potem w konkursie rywale nie mieli z nami szans, bo byliśmy tak nastawieni po tym treningu - opowiada Schuster.

"Liss", jak nazywano Lipburgera, najpierw zajmował się szkoleniem młodych w Stams - to tam w wieku 15-18 lat trenował Schustera. Na początku nie był tak doceniany, żeby dostawać większe role w austriackiej kadrze, ale otrzymał oferty z zagranicy. W latach 80. pracował z niemieckimi kombinatorami norweskimi, spośród których legendą dyscypliny stał się Hermann Weinbuch, do dziś pracujący w kadrze jako trener. Lipburger zajął się później także francuskimi skoczkami. Następnie wrócił do Austrii i dalej pracował w Stams. Szansa na awans do pracy z najlepszymi w kraju pojawiła się w 1999 roku.

Wtedy został trenerem kadry narodowej skoczków i poprowadził do sukcesów Andreasa Widhoelzla. Przyszło zwycięstwo w 48. Turnieju Czterech Skoczni, srebrny medal mistrzostw świata w lotach w Vikersund i drugie miejsce w klasyfikacji generalnej sezonu 1999/2000. To dlatego Widhoelzl był przez niego określany jego najważniejszym trenerem, bez którego nigdy nie zostałby skoczkiem z czołówki.

Tragedia wstrząsnęła światem skoków. Austriacy zadedykowali Lipburgerowi złoto

Sezon 2000/2001 był jednak kryzysowy. Widhoelzl potrafił jednego dnia być na podium, żeby kolejnego wypaść z najlepszej dziesiątki, a następnie przestać punktować. Poza nim u Austriaków nieco wyższy poziom trzymali tylko Wolfgang Loitzl i Stefan Horngacher, choć nie wygrywali, rzadko byli wśród czołowych skoczków. Stworzyła się spora presja mediów i środowiska, bo po słabym Turnieju Czterech Skoczni wszyscy widzieli, że Austriacy są w dołku. Po zawodach w Willingen nastroje znów były nerwowe: najlepszymi wynikami w Niemczech były piąte i siódme miejsce Loitzla.

Po konkursie Lipburger wracał do Austrii samochodem z dwoma zawodnikami. On siedział z przodu obok kierującego Martina Hoellwartha, a z tyłu spał wykończony Widhoelzl. Niedaleko Fussen Hoellwarth popełnił błąd. Według burmistrza leżącego niedaleko Rosshaupten Rudolfa Zuendta cytowanego przez "Allgauer Zeitung" Austriak od zjazdu z autostrady na znakach podążał za nazwą "Tyrol", ale nie zauważył, że w pewnym miejscu ten dotyczył już tylko ciężarówek, dla których stworzono inną trasę do tunelu na niemiecko-austrackiej granicy. Dojechał do miejsca, którym lepiej było nie jechać. Wielu kierowców popełniało ten sam błąd, więc jeszcze dwa lata wcześniej dochodziło do dziesiątek wypadków. Później wprowadzono limit prędkości i problem nieco zmalał, ale to, jak ślisko było wówczas na drodze, miało tu o wiele większe znaczenie. Samochód wpadł w poślizg, Hoellwarth stracił nad nim kontrolę i wypadł z drogi, a auto zatrzymało się dopiero na drugim drzewie, kompletnie rozbite.

Widhoelzl obudził się dopiero w chwili poślizgu samochodu i wypadek rejestrował jeszcze niezbyt świadomie. Potrzebował chwili, żeby zrozumieć, co się stało, zwłaszcza że razem z Hoellwarthem też mocno go odczuli. Próbowali ratować Lipburgera, podłożyli mu pod głowę plecak i prowadzili reanimację, ale ich trener niestety zmarł na miejscu. - Chyba mieli ze sobą anioła stróża - mówił szef lokalnej policji o skoczkach, którzy wyszli z wypadku cało.

Tragedia po zawodach w Willingen wstrząsnęła światem skoków. Odwołano mistrzostwa Austrii, a środowisko pogrążyło się w żałobie. Zmarłego szkoleniowca zastąpił występujący od tego czasu w podwójnej roli Toni Innauer. Dokładnie trzy tygodnie po wypadku dzieje się coś niezwykłego: skaczący do tej pory dość słabo Austriacy spełniają wielkie marzenie Lipburgera - Stefan Horngacher, Andreas Widhoelzl, Wolfgang Loitzl i Andreas Goldberger zdobywają złoto mistrzostw świata w Lahti w konkursie drużynowym na normalnej skoczni. Wylewają tego dnia sporo łez. I dedykują medal swojemu byłemu trenerowi.

- Ta śmierć dotknęła też wiele innych osób. Na jego pogrzebie widziałem płaczące tłumy. Robił wiele dla innych także ze swoją żoną, z którą prowadził fundację. Pomagał każdemu, kto się do niego zgłaszał. To był naprawdę trudny okres dla każdego, kto go znał - opisuje Werner Schuster.

Rodzina wyjechała do USA, ale pozostała przy skokach. A pamięć o Lipburgerze nie zginęła

- "Liss" to dla mnie niedoceniony trener i postać w austriackich skokach. Może trochę zapomniana dla ogółu, choć wciąż jest wiele osób, które go wspominają. Z jednej strony myślę, że gdyby zaczekał na posadę w Austrii albo wrócił z zagranicy szybciej, być może odniósłby większy sukces jako trener w Pucharze Świata. Może gdyby otrzymał ją 10 lat wcześniej... Z drugiej, z jego podejściem do zawodnika, najlepszy zawsze był jako ten pracujący u podstaw, z młodymi. Do dziś bardzo mi przykro, że w jego przypadku wszystko skończyło się tak tragicznie - mówi Schuster.

Rodzina Lipburgera przeniosła się do Stanów Zjednoczonych, skąd pochodzi jego żona, Carlyn. - Potrzebowała nowego początku, bo w Austrii zawsze byłaby wdową po Aloisie. Wyjechaliśmy latem 2003 roku. Byłam nastolatką i nie chciałam zostawiać moich przyjaciół z Tyrolu. Wracam tam co roku i jestem wciąż blisko mojej rodziny i wszystkich w Austrii - mówi nam Jacqueline Lipburger, a obecnie Cook, już po ślubie w USA.

Co ciekawe, w rodzinie wciąż obecne pozostały skoki. - W Austrii były wielką częścią naszego życia. Neuperowie, Koglerowie i Innauerowie byli blisko Lipburgerów. W dzieciństwie byłam na wielu skoczniach, ale nigdy sama nie oddałam skoku. Wśród dziewczyn to nie było tak popularne i nie miało takich perspektyw, jak dziś. Wolałam jeździć konno i tańczyć. Ale cały czas śledzę to, co dzieje się w zawodach, gdy znajduję czas. Kibicuję Austriakom, bo obecny trener kadry, Andreas Widhoelzl jest dla mnie trochę jak brat. Zbliżyliśmy się do siebie, rozmawialiśmy dużo po wypadku. To rodzina Widhoelzlów daje mi się u siebie zatrzymać, gdy odwiedzam Austrię, za co jestem im bardzo wdzięczna. W Stanach zawsze jeździmy na skocznię w Iron Mountain, gdy organizują tam Puchar Kontynentalny - zdradza Jacqueline Cook.

Twierdzi też, że pamięć o Aloisie nie zginęła. - Mój tata nigdy nie starał się o rozgłos, rozpoznawalność. Nie był tego typu zawodnikiem, trenerem, ani człowiekiem. Unikał mediów, jak tylko mógł. Wciąż rozmawia ze mną wielu zawodników, opowiadają o nim i myślę, że to jest prawdziwe źródło jego dziedzictwa - wskazuje córka trenera Lipburgera. Na skoczni w Stams co roku organizowane są zawody w ramach Memoriału Aloisa Lipburgera.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.