Kompromitacja FIS-u. Eisenbichler nie wytrzymał i ruszył do kamery. "J***ć to!"

Jakub Balcerski
W sobotę na skoczni Kulm za nartami wielu zawodników aż się kurzyło. Skoczkowie szorowali nimi po śniegu, zwłaszcza gdy jury po kontrowersyjnych decyzjach ustawiało rozbieg ekstremalnie nisko. - Zrobili ze mnie głupca - wścieka się Markus Eisenbichler. Niemiec jest jednym z najbardziej poszkodowanych w konkursie i nie szczędzi krytyki kierującym zawodami.

W Bad Mitterndorf w pierwszym konkursie weekendu Pucharu Świata były niezwykle dalekie loty, jak te na 243 metry Timiego Zajca, który ten musiał skracać już od punktu K skoczni Kulm, ale pojawiły się też zdecydowanie za krótkie jak na zawody dla lotników. Najkrócej - zaledwie 117 metrów - skoczył Pius Paschke.

Zobacz wideo Adam Małysz pokazał, jak naprawdę wygląda jego codzienna praca w roli prezesa

Prevc huknął i jury zeszło aż za nisko. Zawodnicy sobie nie radzili

Próba Niemca przypadła na najbardziej kontrowersyjny moment zawodów. Blisko połowy pierwszej serii na zeskoku wiało coraz mocniej pod narty - w wielu przypadkach blisko metra na sekundę w uśrednionym pomiarze. Już po skoku czternastego na liście startowej Gregora Deschwandena ze Szwajcarii na 230,5 metra (0,99 metra na sekundę pod narty) obniżono belkę z dziesiątej, z której rozpoczynano zawody do ósmej. A po świetnym locie startującego z "17" Domena Prevca na 236 metrów jury zeszło jeszcze niżej - aż do szóstej platformy startowej.

Zarządzający zawodami zachowali się tak, jakby Prevc nie był jednym z zawodników o największych umiejętnościach wśród lotników, tylko skoczkiem z grupy teoretycznie słabych, którego poniosły warunki. A tak nie było. Wiatr wcale się nie wzmógł, a kolejni zawodnicy - w większości co najwyżej średnio skaczący na mamutach - nie radzili sobie z pokonaniem nawet buli skoczni Kulm: Giovanni Bresadola uzyskał 126, Stephan Leyhe 147,5, Constantin Schmid 149,5, a wspomniany Pius Paschke 119 metrów. Wszyscy nie weszli do drugiej serii.

Schmid zły, Eisenbichler nie wytrzymał. "Zrobili ze mnie głupca"

Jury zareagowało dopiero po skokach dziewięciu zawodników, gdy doświadczony Robert Johansson z Norwegii osiągnął tylko 119 metrów i też pożegnał się z konkursem. On i pozostali "wycięci" skoczkowie nie mieli żadnych szans. Jury nagle się ocknęło i wróciło do ósmej belki, którą utrzymało już do końca pierwszej serii. Kilku trenerów na wieży tę decyzję skwitowało tylko śmiechem.

Zły po konkursie był przede wszystkim Markus Eisenbichler. W pierwszej serii puszczony właśnie z szóstej belki uzyskał tylko 200,5 metra i po zawodach nie wytrzymał. Po finałowym skoku na 209,5 metra ruszył do kamery i wskazał na górę skoczni. - Bez jaj, strasznie się tym przejąłem. J***ć to! - mówił wściekły nawet nie po niemiecku, a po bawarsku. Tymi słowami zasugerował, że cała sytuacja miała też wpływ na jego drugą próbę, do której nie był w stanie odpowiednio się skoncentrować.

Potem uderzył też w jury w rozmowie z telewizją ZDF. - Czułem się, jakby zrobili ze mnie głupca, gdy podwyższyli belkę zaledwie skok po mnie - mówił Niemiec. - Z tak niskiej belki, jak szósta, jeśli nie powieje, trudno jest odlecieć - dodał.

- Jestem dość zły. Mój skok nie był optymalny, ale z tej belki już nic nie zadziałało. Robi się nieciekawie, gdy jeździmy tak nisko - ocenił za to Constantin Schmid.

Jelar musiał szorować nartami. "Nie wiem, kogo wkurzyłem tam na górze"

Niemcy nie są jednak jedynymi zawodnikami krytykującymi tak niskie ustawienie belki. - Nie wiem, kogo wkurzyłem tam na górze, ale nie dostałem żadnego wsparcia. Pokazywałem już, że wiem, jak się lata. A oni wciąż uznają mnie za skoczka drugiej kategorii - stwierdził Ziga Jelar, zdobywca małej Kryształowej Kuli za PŚ w lotach za zeszły sezon, cytowany przez portal telewizji RTV Slovenija.

- Może muszę jeszcze się poprawić i kogoś "zaskoczyć", udowodnić, że to oni się mylą. Jestem spokojny, zrelaksowany, cieszę się lotami, ale w kolejnych zawodach ktoś nie pozwala mi sięgnąć po najwyższe miejsca - dodał Słoweniec, który po skokach na 212,5 i 200 metrów skończył zawody na siódmym miejscu.

W przypadku obu sobotnich lotów Jelar musiał przez długi czas - od mniej więcej 150. metra - szorować tyłami nart po śniegu. "Nie wiem, czy to byłoby możliwe w przypadku gorszego skoku" - napisał, publikując filmik z finałowego skoku z perspektywy spod skoczni na Twitterze.

Oczywisty błąd i kompromitacja. FIS obrywa już z każdej strony

"Gdy do skoków narciarskich wprowadzono przeliczniki za wiatr i belkę, wydawało się, że rywalizacja będzie i płynna, i sprawiedliwa. Ale minęły lata, a zawodnicy są "wycinani" przez wiatr bez żadnej reakcji jury na zmianę warunków" - pisał dziennikarz Sport.pl, Karol Górka już po zawodach w Zakopanem.

Od tego momentu w zasadzie nie ma konkursu, gdy nie pojawia się sytuacja, w której jury popełnia choćby delikatny błąd. Ten na Kulm mocno wpłynął na przebieg zawodów i kilku skoczkom wręcz uniemożliwił uzyskanie dobrego rezultatu. Jest tak oczywisty, że można go uznać za kompromitację działaczy. Krytyka nie płynie już tylko z - jak twierdzi Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS) - przewrażliwionych na punkcie skoków i doszukujących się spisków polskich ekspertów, czy dziennikarzy, a bezpośrednio od skoczków.

Może taki głos wreszcie wpłynie nieco na zarządzanie zawodami i zwróci uwagę na niekompetencję niektórych odpowiedzialnych za kontrolę nad konkursami. Niedzielną rywalizację indywidualną w Austrii zaplanowano na 14:15. Kwalifikacje ruszą o 12:45. Relacja na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl LIVE.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.