Przebił płuco po kilku piwach. Skakał też nago. Granerud szalał, a teraz jest w panteonie gigantów

Jakub Balcerski
Swoją fascynację narciarstwem przekuł w szalone wyczyny. Skakał nago, na nartach przebił także płuco, ale potem dorósł do wielkich zwycięstw. Gdy wygrał Kryształową Kulę stał się fenomenem, bo rok wcześniej załamany kończył sezon z zaledwie ośmioma punktami w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Teraz Halvor Egner Granerud ma już także Złotego Orła po triumfie w 71. Turnieju Czterech Skoczni. I to na pewno nie koniec jego sukcesów.

To odświeżona wersja tekstu opublikowanego na Sport.pl 20 listopada 2021 roku przed startem zeszłego sezonu.

Młody chłopiec oddaje swoje pierwsze skoki w życiu na skoczni K45. Ojciec zabrał go na obiekt stojący w cieniu wielkiego mamuta w Vikersund, tuż obok obiektu, na którym najlepsi przebijają niezwykłą granicę 200 metrów. Po treningu po wylądowaniu ostatniego z nich podchodzi do taty i mówi: "Teraz wiem, jak się lata".

Mija kilka lat. Zawody Pucharu Świata w lotach narciarskich już na przebudowanym, ogromnym mamucie w Vikersund. Debiutujący na takim obiekcie Halvor Egner Granerud wychodzi z progu, ale za chwilę spada i wygląda, jakby miał lądować na buli. Falują mu narty, napina się, próbując wydłużyć skok. Wiatr wynosi go nieco ponad zeskok, Norweg jakby niewidzialnie się od niego odbija i dolatuje do 220 metrów. Bije swój rekord życiowy. Po lądowaniu ma na twarzy uśmiech szaleńca i naśladuje rękami ruch nart podczas lotu. Po wszystkim mówi ojcu, Sveinowi Granerudowi: "Tato, teraz już naprawdę wiem, jak się lata".

Zobacz wideo Prawie 9 kilogramów prestiżu. Tak wygląda nagroda za TCS

- Już wtedy, te kilka lat wcześniej, wiedziałem, że nic go nie zatrzyma. Że zostanie skoczkiem. Choć nigdy na niego nie naciskałem. Tak, jak nikt w rodzinie. Wspieraliśmy go w każdej decyzji. A był chłopcem, który o wszystkim chciał decydować sam - wspominał Svein Granerud, ojciec zdobywcy Kryształowej Kuli z 2021 i Złotego Orła już w 2023 roku. Dla Sport.pl on i trenerzy Graneruda odsłaniają kulisy tego, jak powstawał materiał na jednego z najlepszych skoczków cyklu Pucharu Świata ostatnich lat.

Granerud zaczynał od rywalizacji z bratem i zabawy w biathlonistę. "Udawał, że kijek to tak naprawdę karabin"

Granerudowie nie mają jednak wiele wspólnego ze skokami. - Nie jesteśmy "skokową rodziną". Dziadek Halvora, Bjoern Egner, przez pewien czas był skoczkiem, ale przede wszystkim biegał na orientację. Mój dziadek był lekkoatletą. Ja i mama Halvora, Marit, też biegaliśmy na orientację i ogólnie uprawialiśmy trochę biegów narciarskich, ale też telemarku i narciarstwa alpejskiego. Odkąd Halvor skacze, w skoki zaangażowaliśmy się organizacyjnie, bo od 2010 roku pomagamy przy zawodach Pucharu Kontynentalnego i Pucharu Świata na Holmenkollen w Oslo. Od pięciu lat jestem ich szefem - opisał ojciec skoczka.

- Halvor ma jednak brata, Joergena, który jest o dwa i pół roku starszy i od pierwszych kroków z nim rywalizował. Pod każdym względem. Gdy miał półtora roku już pierwszy raz założył narty i nie można go było od nich odpędzić. Jeździł tyle, ile tylko miał siłę. Latem grał w piłkę i biegał z nami na orientację. Kiedykolwiek w telewizji pojawiały się zawody w biegach narciarskich, siedział i oglądał, a potem dopytywał o techniki: "Dlaczego oni robią tak, a dlaczego tak?". Był bardzo młody, gdy przebiegł swoje pierwsze dwadzieścia kilometrów na nartach. Nie miał jeszcze trzech lat, a już oddał pierwszy skok. Bawił się też w biathlonistę. Biegał po pobliskich trasach i udawał, że kijek, którym się odpychał to tak naprawdę karabin - śmiał się Svein Granerud.

Kiedy tylko pojawiał się śnieg, Halvor od razu przygotowywał obok rodzinnego domu w Asker skocznię o punkcie K 3,5 metra oraz 80-metrową trasę biegową. - To nie ustało, nawet gdy dorósł. W 2015, gdy zdobył swoje pierwsze mistrzostwo Norwegii w drużynie, cały wieczór bawił się na nartach w górach. Uwielbiał trenować i w wieku dwunastu lat grał w piłkę, biegał na orientację, jeździł na nartach, skakał, jeździł na nartach, a do tego dokładał jeszcze biathlon i kombinację norweską. Później rok po roku odpadały piłka nożna, biegi narciarskie, biathlon, bieg na orientację, a w wieku siedemnastu lat też kombinacja. Zostały same skoki, które były dla niego najbardziej interesujące. Najsłabszy był chyba w biathlonie i biegu na orientację. Do dzisiaj lubi jednak po prostu wybrać się na narty, czy pobiegać w lesie - opisał Granerud senior.

"Skakał tak długo, że nudziło się to już wszystkim wokół. Ale nie jemu". Przebijał też płuco po kilku piwach i skakał nago

Na początku Granerud uczęszczał do sportowego gimnazjum WANG Toppidret. Potem został zawodnikiem lokalnego Asker Skiklubb. - Pierwszy raz zobaczyłem go chyba na treningu w wieku sześciu albo siedmiu lat. Brał to bardzo na poważnie, był oddany skokom, jak nikt inny. Wtedy graliśmy w piłkę, robiliśmy podstawowe symulacje skoków "na sucho", a potem szliśmy na skocznię. Czy myślałem już wtedy, że mam przed sobą przyszłego zawodnika, który będzie skakał w Pucharze Świata? Pewnie nie, ale wydawał się bardzo dojrzały, jak na swój wiek. I potwierdzam: faktycznie opuszczał wychodził ze skoczni ostatni. Skakał tak długo, że nudziło się to już wszystkim wokół. Ale nie jemu - mówił Sport.pl pierwszy trener Halvora Egnera Graneruda, Jan Bertzen. - Gdy w kwietniu, po sezonie, nie było już odpowiednio dużo śniegu, żeby pokryć skocznię, zbierał go w swoim ogródku, usypywał górki i szedł skakać z nich długimi godzinami. Miał świetną koordynację, bardzo wcześnie wyróżniał się z grupy - dodał szkoleniowiec.

Halvor od pierwszych skoków przez całą karierę juniora do zostania seniorem, miał aż jedenastu trenerów. - Cóż, praca trenera w Norwegii to na początku wolontariat. A w grupie Kollenhopp, której częścią został Halvor, szkolą w tym samym systemie, co w kadrze narodowej. Otrzymywał zatem takie same uwagi, od początku był obyty z tym, jak to będzie wyglądało w przyszłości. Nie sądzę, że miał jakikolwiek problem z pracą z różnymi trenerami. Zawsze wiedział, co powinien robić, a do tego lubi z nim długo dyskutować - wskazał Svein Granerud.

- Zawsze miał łatwość dokonywania zmian w technice swoich skoków, więc nie miałem z nim problemów - potwierdza trener, który pracował z Granerudem dwukrotnie, Marius Huse. Szkolił go, gdy ten miał. - Był jednym z największych talentów obok Philippa Sjoena i Jarla Magnusa Riibera. Był w grupie świetnych zawodników i od razu widziałeś, że ma w sobie to coś, co sprawi, że stanie się naprawdę dobrym skoczkiem. Gdy kończył szkołę, stawiano go na równi ze starszymi chłopakami, bo był na ich poziomie, jeśli nie lepszy. Zawsze z nimi startował, więc był już przyzwyczajony do skoków z seniorami - ocenił.

- Lubił skakać nie tylko na skoczni. Bawił się nartami, zawsze chciał się pochwalić jakimiś trikami i sztuczkami. Potrafił naprawdę wiele - dodaje Huse. Po jednej z takich zabaw Granerud wylądował w szpitalu. Po wypiciu kilku piw chciał zrobić salto po skoku na nartach biegowych z jednego z górskich zboczy. Skończyło się na przebitym płucu. Zasłynął także z innego szalonego pomysłu - skoku na nartach nago.

Halvor Egner Granerud skaczący na 'mikro-nartach' na skoczni K35 w Ornskioldsvik w Szwecji, gdzie wciąż ma rekord (po lewej) i robiący salto na nartach do biegów narciarskich (po prawej), 2009 rokHalvor Egner Granerud skaczący na 'mikro-nartach' na skoczni K35 w Ornskioldsvik w Szwecji, gdzie wciąż ma rekord (po lewej) i robiący salto na nartach do biegów narciarskich (po prawej), 2009 rok Materiały archiwalne Sveina Graneruda

"Myślałem sobie: Co do cholery?! Skąd w ogóle można wyciągnąć takie skoki?"

Talent Graneruda stał się widoczny, a forma zdawała się rosnąć. Choć do czasu. Dostawał szanse w zawodach międzynarodowych, w tym w Pucharze Świata, gdzie zdążył zapunktować i trzykrotnie zajął nawet piąte miejsce. Potem przytrafił mu się jednak spory dołek, a droga na szczyt się wydłużyła. W sezonie 2019/2020 w PŚ wystartował tylko dwukrotnie. - Nikt nie wiedział, jak mu pomóc. Pisał do mnie, dzwonił i mówił o swoich problemach z techniką, a ja analizowałem skoki i próbowałem pomóc. Ale musiałem przed sobą przyznać: nie potrafiłem. To było zadanie ponad moje siły, już dla tych trenerów z absolutnej czołówki - mówił szczerze Marius Huse. "I wtedy wydarzyła się akcja z mailem?" - pytaliśmy. Huse kiwnął głową i opowiedział.

- Halvor jest zbyt zdeterminowany, żeby się poddać. Dokonał zmiany i przeszedł do grupy Tronderhopp z Trondheim. Faktycznie wysłał e-mail do wszystkich trenerów stamtąd i w kadrach. To był desperacki ruch, bo już zupełnie nie wiedział, co robić, ale pokazuje też, jak Halvor nie może wytrzymać ani chwili, gdy nie wie, jak dążyć do doskonałości w swoich skokach. Alexander Stoeckl, czyli trener kadry narodowej, usiadł z nim i ustalił nowy plan na jego skoki, który, jak wiemy wypalił całkiem nieżle - śmiał się Huse. Po tych poprawkach Granerud wygrał przecież jedenaście konkursów zeszłego sezonu Pucharu Świata i zdobył Kryształową Kulę.

- Zajęło mu całą zimę, żeby zdać sobie sprawę, że musi zmienić kierunek. W momencie, gdy wysłał do nas tego maila, był w tak trudnym miejscu, że nie miał nic do stracenia. Nie mieliśmy pojęcia, że efekty będziemy widzieć już w tym sezonie. To było bardzo pozytywne doświadczenie: dostać bezpośrednią prośbę o rady dotyczące skoków i błędów od zawodnika. Zebraliśmy w sobie wszyscy energię, usiedliśmy i wypisaliśmy wszystko, o czym myśleliśmy. Odpowiedzieliśmy i najwyraźniej te rady zebrane w taki sposób sprawiły, że prościej mu było je wdrożyć do planu treningowego. Mógł po prostu sprawdzać, czy wszystko, co robi, jest zgodne z tym, co wysyłaliśmy - mówił nam o tej sytuacji Stoeckl.

Forma nie przyszła jednak od razu. Latem Granerud nadal nie skakał najlepiej, ale jesienią doskoczył do czołowych zawodników kadry. - Pamiętam te treningi na skoczni Midstubakken. Moje oczy wychodziły mi wtedy z orbit. Myślałem sobie: "Co do cholery?! Skąd w ogóle można wyciągnąć takie skoki?". Skakał z trzech-czterech belek niżej, niż wszyscy inni i lądował na rozmiarze skoczni. To było coś nadzwyczajnego. I skoro skakał tak przed wejściem w sezon, to mogłem sobie tylko wyobrażać, co będzie dalej - zdradza Marius Huse. - Nie byliśmy zatem zaskoczeni tym, jak wszedł z powrotem do Pucharu Świata. Myśleliśmy bardziej: Czy ktoś w ogóle go pokona? - dodaje trener. - Już wiosną 2020 roku zapytano go: to jaki masz teraz cel? Chciał odpowiedzieć, że najlepszą dziesiątkę Pucharu Świata, ale ugryzł się w język. Potem powiedział: czołowa trójka. I po dziesięciu minutach zmienił to na zdobycie Kryształowej Kuli. Dziennikarz nie wierzył, ale przecież tego właśnie dokonał! - przytoczył Svein Granerud.

"Trenował trzy godziny i tak intensywnie, jak tylko się dało. Odddał 63 skoki, a w ostatnim pobił rekord życiowy"

- Spośród najpiękniejszych skoków z jego najlepszego sezonu wybrałbym ten z Planicy. Były mistrzostwa świata w lotach, a on dał Norwegii złoto w konkursie drużynowym niezwykłym, długim lotem. Specjalnie obniżono mu belkę, więc miał przeciwko sobie niską prędkość na progu, a do tego sporą presję, żeby nie zepsuć skoku. Skończyło się złotem - mówił nam ojciec Halvora. Gdy pytamy o najgorszy moment sezonu, wcale nie wybiera porażek - choćby słabej austriackiej części Turnieju Czterech Skoczni, czy braku medalu na mistrzostwach świata w Oberstdorfie, gdy najpierw słabiej spisał się na normalnej skoczni, a potem miał pozytywny wynik testu na koronawirusa. Nie, wybiera moment największego triumfu. - To zdecydowanie chwile w Planicy. Wręczenie Kryształowej Kuli zostało przyćmione groźnym upadkiem jego wielkiego przyjaciela, Daniela Andre Tandego. Bardzo to przeżył. To zabrało mu trochę z tego bardzo szczęśliwego momentu - wskazał ojciec skoczka.

- Jeśli Halvor czuje, że zrobił wszystko dobrze na tyle, ile potrafił, to znosi porażki dobrze i cieszy się tak, jak jego rywale pomimo gorszego rezultatu. Jeśli czuje, że zrobił coś dziwnego, może być zły. A jeśli przegrywa, bo coś było nie fair, robi się smutny i potrzebuje trochę czasu - mówił za to o trudnych momentach swojego syna.

Ojca Halvora pytamy też, co jest najważniejszym czynnikiem sukcesu Halvora. - Ciężka praca - wskazał bez wahania. - Powtarza wszystko do skutku, aż wyjdzie tak, jak chce. Zazwyczaj przychodził na skocznię pierwszy i wychodził ostatni. Trenował trzy godziny i tak intensywnie, jak tylko się dało. Pamiętam pierwszy dzień, kiedy skakał na skoczni K60. Oddał łącznie 63 skoki, a w ostatnim pobił rekord życiowy. Od tego czasu w ogóle się nie zmienił. Miał cel, żeby stać się najlepszym na świecie w jednym ze sportów, które zaczął uprawiać. Myślał tak odkąd miał 5-6 lat. I zawsze wiedział, że musi się skupić na tym, co ma do zrobienia. Na występie, a nie wyniku - zapewniał.

Dwa ogromne problemy Graneruda. Miał przez nie przegrywać i zawalać wielkie imprezy. Ale teraz ma Złotego Orła

Przez wiele miesięcy mówiło się, że Granerud to nie skoczek na wielkie imprezy. Że zdobył Kryształową Kulę równą i świetną formą w całym sezonie Pucharu Świata dwa lata temu, ale nie jest zawodnikiem, który będzie kolekcjonował trofea. Bo w Oberstdorfie mu nie wyszło, bo nie wygrał z Karlem Geigerem na MŚ w lotach w Planicy. Bo kolejny sezon - olimpijski - już nie był dla niego tak wybitny, jak poprzedni. Z Pekinu nie przywiózł żadnego medalu - konkurs drużynowy Norwegowie skończyli poza podium, a z indywidualnych bardziej od ósmego miejsca na dużej skoczni zapamięta pewnie dyskwalifikację z normalnej.

Jednak sam Granerud nie myśli o wielu swoich błędach i porażkach negatywnie. Najpierw ciężko je znosił - w Planicy na MŚ w lotach i w 69. Turnieju Czterech Skoczni buzowały w nim emocje. W Słowenii smutek, a potem w Austrii nawet wściekłość. Teraz nauczył się je już nie tylko akceptować, ale i czerpać z nich: wyciągać wnioski i poprawiać, co się da. - To wcale nie był taki zły okres - zaskoczył nas w długiej rozmowie Granerud. - Oczywiście, wyniki mogły być lepsze, a gdy dostałem pozytywny wynik testu stwierdziłem, że w ogóle muszę sobie dać na wstrzymanie. I te zeszłoroczne mistrzostwa to wcale nie jest złe wspomnienie. Tamtej zimy miałem tylko jeden cel: Kryształowa Kula za klasyfikację generalną Pucharu Świata. Wiedziałem, że jestem w stanie to osiągnąć, ale mniej więcej w połowie Turnieju Czterech Skoczni norweskie media zaczęły mnie pytać praktycznie tylko o złoto mistrzostw świata. A ja mówiłem: "Jezu, nie obchodzą mnie mistrzostwa świata". Wystąpię na nich, chcę być w formie, powalczę, ale będę się głównie przygotowywał do walki o Kryształową Kulę do końca sezonu. W Oberstdorfie, w czasie mistrzostw, miałem już dość tych pytań o medal. I wszystko się nawarstwiło: to uczucie, zmęczenie, do tego Covid - wyjaśnił.

Na wiele rzeczy reaguje śmiechem, choć do innych podchodzi bardzo poważnie. Zwłaszcza dopracowywaniu swoich skoków do perfekcji. Granerudowi coraz częściej zaczął się udzielać błąd w technice skoku - znosiło go na prawą część zeskoku, praktycznie co skok bliżej bocznych band. Dlaczego? Ma lewą nogę dłuższą od prawej i musi czekać aż obie narty wyjdą mu z progu. To spory problem, gdy w locie spędza się tak niewiele czasu. - Lądowałem tak blisko band, że jedną rękę miałem już poza skocznią - mówił w rozmowie ze Sport.pl Granerud już w tym sezonie. Błąd pojawia się rzadziej, a to dzięki zmianie nart z firmy S.K.I. z reklamą fluege.de na BWT produkowanych przez Fischera.

- Największe problemy miałem na mamutach. W Planicy w locie wręcz miałem wybór: albo zmienię coś w kierunku wyjścia z progu, albo będę dalej leciał w prawo i w końcu naprawdę skończę za bandami - tłumaczył nam Norweg. Na Twitterze pojawiały się memy z nim w roli głównej i grą "Deluxe Ski Jump", bo w popularnym "Małyszu" można było wylecieć poza skocznię i wylądować poza bandami. - Były świetne, bardzo śmieszne. Ale z drugiej strony wyobrażałem sobie, że to się może tak skończyć - komentował Granerud.

Na obecny sezon znów doszedł do świetnej formy. Często był jednak w czołówce treningów, a nie przekładał tego na konkursy. Dominował w piątek, żeby przegrywać, a nawet zawodzić w sobotę i niedzielę. Po zawodach w Titisee-Neustadt i Engelbergu przyznał, że zmaga się z blokadą mentalną, która w przypadku najbardziej stresujących momentów nie pozwala mu na dalekie skakanie. - - ocenił Svein Granerud i wskazał, że jego syn jest gotowy, żeby wygrać na 71. Turnieju Czterech Skoczni.

Chyba sam nie spodziewał się, że Granerud będzie aż w takiej formie. Po zwycięstwie w Oberstdorfie wraz z grupą 20 pozostałych członków rodziny, dziewczyną skoczka i jego przyjaciółmi ruszyli do Garmisch-Partenkirchen. Od tej pory podróżowali już za Norwegiem i w piątkowy wieczór zobaczyli, jak zapewnia sobie Złotego Orła za wygraną w TCS. I znów coś sobie udowadnia. Tym razem, że umie wygrywać na wielkich imprezach. Że prestiż Turnieju go nie zwiódł, nie przestraszył. I właśnie dołączył do panteonu gigantów, wygrywając Turniej jako pierwszy Norweg od 15 lat i triumfu Andersa Jacobsena. A to wszystko wyjątkowo zasłużone.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.