Kubacki okradziony ze zwycięstwa? Członek jury tłumaczy kluczową decyzję

Jakub Balcerski
Oczekiwanie na pozwolenie na drugi skok Dawida Kubackiego podczas konkursu PŚ w Engelbergu
Screen Eurosport Player

Po tym, jak Dawidowi Kubackiemu w drugiej serii sobotniego konkursu w Engelbergu wymknęło się zwycięstwo, pozostanie spory niesmak. Polak prowadził, ale został wyprzedzony przez Anze Laniska, tylko że na finałowy skok czekał aż 40 sekund na belce startowej. I to pomimo tego, że warunki nadawały się do tego, by puścić w nich lidera Pucharu Świata.

To był dziwny i dość niesmaczny finał sobotniego konkursu Pucharu Świata. Dawid Kubacki przegrał z Anze Laniskiem o 3,3 punktu, ale w sprawiedliwej, równej walce. W odniesieniu czwartego zwycięstwa w tym sezonie Polakowi przeszkodziły głównie nieco lepsza odległość i noty za styl od sędziów, które dostał Słoweniec.

Ale nie ma co się spierać: to Lanisek tego dnia skakał na Grosse Titlis nieco lepiej i choć niewiele brakowało, żeby wygraną cieszył się Kubacki, to zwycięstwo jednego z jego największych rywali nie może dziwić. Szkoda jedynie, że skok zawodnika Thomasa Thurnbichlera z drugiej serii był długo wstrzymywany, na co skarżył się sam szkoleniowiec i co może stanowić pewną kontrowersję.

Zobacz wideo Rekordowy start sezonu polskich skoczków. Tak dobrze jeszcze nie było

Wymowne słowa Thurnbichlera po finałowym skoku Kubackiego. "Będę szczery"

- Będę szczery, nie wiem, dlaczego Dawid musiał czekać na oddanie swojego skoku tak długo. Wszystko mieściło się w korytarzu. Nie wiem, czemu nie nadeszło zielone światło. Ostatecznie musiał ruszać i oddał dobry skok, choć nie jeden z jego najlepszych na tej skoczni - ocenił Thurnbichler w rozmowie z Eurosportem po konkursie.

- Tam też się trochę zaczęły warunki pogarszać. Taki to jest sport, myślę, że jak na te warunki, to i tak sobie nieźle poradziłem - mówił za to Eurosportowi Kubacki, choć jeszcze nie wiedział, jak dokładnie wyglądała sytuacja przed jego skokiem. A prawda jest taka, że było aż za dobrze. 

Przed skokiem Kubackiego zmienił się kierunek wiatru. Ale ten pozostał w korytarzu. Skąd decyzja o wstrzymaniu Polaka?

Światło na górze skoczni, które wskazuje skoczkom, kiedy mogą ruszyć, tej zimy świeci się na żółto 60 sekund. FIS testuje ten system na prośbę zawodników. Zazwyczaj ten czas skrócony jest do 45 sekund. Kubacki na pozwolenie, żeby rozpocząć swoją próbę, musiał czekać 40 sekund. Na początku po świetnym skoku Anze Laniska na 142 metry laserowa linia "to beat" pokazywała, że Kubacki do pokonania Słoweńca będzie potrzebował odległości około 143-143,5 metra przy 56 punktach za styl. Taka wartość pokazywał się w grafice telewizyjnej przez ponad 15 sekund. Co ważne, wiatr nie był pokazany jako silny, zaznaczony czerwoną falującą linią, a ewidentnie mieścił się w wyznaczonym przez jury korytarzu. Tak było przez cały okres oczekiwania na skok Kubackiego.

Potem nagle podmuchy się nieco wzmocniły, a nawet zmieniły kierunek. Uśredniony pomiar wskazał, że wiało pod narty, więc Polak potrzebowałby aż 144-144,5 metra do prowadzenia. Taka sytuacja utrzymywała się jednak krótko - przez pięć sekund, a na ujęciu w stronę wieży trenerskiej widać było flagę Thomasa Thurnbichlera powiewającą mocno ze względu na silny wiatr z tyłu. I po kolejnych dziesięciu Kubacki został wreszcie puszczony - właśnie przy wietrze z tyłu skoczni i wymaganej odległości w granicach 142-143 metrów. 

Uzyskał 140 metrów i przy niższych notach od Laniska przegrał z nim o 3,3 punktu, czyli wartość odpowiadającą nieco więcej niż 1,5 metra. Pozostaje jednak pytanie: czemu był tak długo trzymany na belce, skoro wiatr mieścił się w korytarzu, nie zagrażał zdrowiu zawodnika, a Polak finalnie i tak został puszczony przy pierwszej próbie oddanie swojego skoku?

Członek jury tłumaczy: "Poprosiłem Borka, żeby zaczekał". A alarmem skok Stocha

- Wiatr był w korytarzu, ale poprosiłem Borka (Sedlaka, asystenta dyrektora Pucharu Świata, który zapala skoczkom światło - red.), żeby zaczekał. Zobaczyliśmy, że za chwilę pojawią się zmiany w sile wiatru i jego kierunku. Chcieliśmy przez te dodatkowe kilkanaście sekund zobaczyć, gdzie właściwie zmierza tendencja tych zmian. Ostatecznie zdecydowaliśmy się puścić Dawida, ale warunki były fair, bardzo podobne do tych, które miał Anze - tłumaczy Sport.pl delegat techniczny konkursu w Engelbergu, Słoweniec Saso Komovec. To on był zatem odpowiedzialny za to, jak dokładnie przebiegała końcówka zawodów.

- W grafice mogło to wyglądać na wiatr pod narty, ale właściwie to raczej była cisza na skoczni. Zrobiło się trochę nietypowo dla Engelbergu, bo tu króluje przecież wiatr z tyłu, wiejący w plecy zawodnika. Byliśmy już na limicie z korytarzem. Różnica 0,5 metra na sekundę jest tu za duża, żeby podjąć nieodpowiedzialną decyzję. Skok Kamila Stocha był dla nas alarmem, bo to wtedy wiatr ucichł i musieliśmy tego przypilnować przy ostatnich zawodnikach - ocenia Komovec. Wydaje się, że po zakończeniu konkursu w taki sposób, biorąc pod uwagę, że Kubacki mógł oddać jeszcze lepszy skok, pozostanie trochę niesmaku.

Zapytany o warunki na niedzielę słoweński delegat techniczny przekazuje, że te nie powinny być problemem. Pogoda będzie podobna do tej z soboty, a wiatr znów będzie wiał z tyłu skoczni. Początek konkursu zaplanowano dużo wcześniej niż w poprzedni dzień, bo nie o 16:00, a o 12:30. To ze względu na próbę dogrania terminarza zawodów do dnia finału mistrzostw świata, a także dostosowania go do innych zimowych dyscyplin - choćby biegów narciarskich, narciarstwa alpejskiego i kombinacji norweskiej, nad którymi władzę także ma FIS. Relacje na żywo z zawodów w Engelbergu na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl LIVE.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...