Dwa niesamowite oszustwa podczas skoków narciarskich. System oszukany

Odległość uzyskaną w skokach narciarskich mierzy się od momentu wybicia do punktu, w który zawodnik dotyka zeskoku obiema stopami. W historii zdarzyły się jednak przypadki prób, w których zawodnicy oddawali "podwójne" skoki. Jednym z nich był obecny trener Polaków Thomas Thurnbichler, ale miał się na kim wzorować.

Procedura pomiaru długości skoku w skokach narciarskich określona jest w 432. artykule ICR wydanym przez Podkomisję do Protokołów, Zasad i Kontroli światowej organizacji FIS. "Opierając się na założeniu, że obie stopy dotykają podłoża w tym samym momencie co narty, prawidłowa odległość jest mierzona, gdy obie narty dotykają podłoża całą swoją powierzchnią" - czytamy w przepisie. Istnieją oczywiście wyjątki jak odpięcie się jednej z nart w locie. Wielu skoczków próbowało obchodzić przepisy w przedziwny sposób, a do historii, jako pierwszy, przeszedł Jussi Hautamaeki. 

Zobacz wideo Historyczny sukces Ślepska Malow. Pierwszy raz awansowali do ćwierćfinału pucharu Polski

"Podwójne" skoki Jussiego Hautamaekiego i Thomasa Thurnbichlera. Próbowali oszukać system w nietypowy sposób

"Podwójne" skoki zawodników polegają na wylądowaniu i ponownym odbiciu się od ziemi w celu uzyskania kilku dodatkowych metrów do końcowego wyniku. Oczywiście sędziowie uwzględniają pierwszy moment kontaktu nart z zeskokiem, ale zawodnicy imali się różnych sposób na poprawienie sytuacji podczas zawodów. 

Fin Jussi Hautamaeki w 1997 roku był podwójnym mistrzem świata juniorów, ale w seniorach tylko raz stał na podium zawodów - w Sapporo w 2003 roku. W historii dyscypliny zapisał się w zupełnie nietypowy sposób. Podczas konkursu w norweskim Trondheim w 2001 roku oddał słaby skok, w okolice 90. metra, ale postanowił wydłużyć go w sposób niezgodny z przepisami. Ponownie odbił się od zeskoku, poszybował kilka metrów dalej i dopiero wylądował ponownie. Sędziowie omyłkowo zmierzyli skok na 117. metr, ale niedługo później skorygowali decyzję. 

"Bardzo ciekawą ewolucję wykonał na skoczni" - stwierdził wtedy komentator Igor Błachut. 

 

Dwa lata później jego wyczyn powtórzył nikomu nieznany wtedy przedskoczek na zawodach w austriackim Bischofshofen. Tym zawodnikiem był obecny trener polskich skoczków Thomas Thurnbichler. 13-latek miał sprawdzić warunki panujące na skoczni, a skradł show występującym wtedy profesjonalistom. Austriak wylądował nieznacznie za bulą zeskoku, ale odbił się ponownie i spędził w powietrzu kolejne kilka sekund. Jego wyczyn spotkał się z aplauzem publiczności, a młody zawodnik jeszcze zagrzewał fanów do dopingowania. 

 

- Myślę, że trener, który był wtedy odpowiedzialny za przedskoczków, mógł być ciągle trochę pijany po imprezie, jaka miała miejsce poprzedniego dnia. Na odprawie powiedział mi: "Thomas, jeśli znowu wylądujesz tak blisko, to skocz po prostu jeszcze raz". Żartował, a ja wziąłem to na poważnie - przekonywał w wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" Thurnbichler. 

Wyczyn przedskoczka spotkał się ze zdecydowaną reakcją ówczesnego dyrektora zawodów Pucharu Świata Waltera Hofera. - Mógł być zły, bo tamtym skokiem zwróciłem na siebie uwagę i 13-letni skoczek trochę skradł show. Stał się na chwilę ciekawszy niż najlepsi zawodnicy świata. Wiem, że Hofer rozmawiał o mnie wtedy z Tonim Innauerem i ustalili, że Thurnbichler ma już nie skakać - dodał trener polskich skoczków. 

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.