"Nowy trener sprawił, że Polacy skoczyli do tyłu". Kubacki był w szoku

Łukasz Jachimiak
- Nie można skakać tyłem albo bokiem - mówi Kamil Stoch pytany przez Sport.pl o innowacje Thomasa Thurnbichlera. Ale już w pierwszym miesiącu pracy z Austriakiem przyznał, że odkrywa potencjał, który wcześniej został całkowicie pominięty. Naszym zdaniem nowy trener sprawił, że Polacy skoczyli do tyłu. I dzięki temu znów są z przodu - pisze Łukasz Jachimiak ze Sport.pl.
Dawid Kubacki i Thomas Thurnbichler
Fot. Agencja Wyborcza.pl

W sobotę w Wiśle Dawid Kubacki został pierwszym liderem Pucharu Świata w nowym sezonie. A Polska objęła prowadzenie w Pucharze Narodów. Już w pierwszym konkursie pod wodzą Thomasa Thurnbichlera nasza kadra osiągnęła wynik, jakiego nie umiała wyskakać przez całą poprzednią zimę. Wtedy punktowało sześciu Polaków (1. Kubacki, 5. Żyła, 10. Stoch, 15. Wąsek, 23. Pilch, 27. Hula), a tych punktów zdobyli razem 199.

Zobacz wideo Slatnar przeprowadził rewolucję w świecie skoków. Kulisy pracy producenta słynnych płaskich nart

Thurnbichler zanotował najlepszy trenerski debiut w historii naszych skoków. A w niedzielnym konkursie świętował drugie zwycięstwo Kubackiego. I choć humory psuła nam dyskwalifikacja Stocha (po czwartym miejscu w kwalifikacjach), to do Pucharu Narodów i tak dorzuciliśmy 141 punktów. I do prowadzącej Norwegii tracimy tylko 11.

"Stare dziadki" znów mają fajną energię

To dopiero początek sezonu. Jest zdecydowanie za wcześnie, by twierdzić, że zima będzie należała do Polaków. Ale już widać, że po słabym poprzednim sezonie coś się zmieniło. I to słychać w wypowiedziach naszych skoczków.

"Kamień z serca po poprzednim sezonie" - stwierdził Dawid Kubacki

"Stare, dobre czasy wracają" - ogłosił Piotr Żyła

"No, zdecydowanie! Jest dużo więcej luzu, dużo więcej radości" - odpowiadał Paweł Wąsek pytany o inną, zdecydowanie lepszą atmosferę w zespole. To wypowiedzi z soboty, tak nasi zawodnicy mówili już po jednym konkursie nowego sezonu.

A szczególnie ciekawe rozszerzenie dał Żyła. - Trener dał nam trochę świeżości. My już takie stare dziadki, a jeszcze nam się chce. On pokazał, że też daje radę, bo czasem z nami potrenuje, pokazuje nam, że się da, daje nam fajną energię. Są u nas stosowane fajne metody. Byliśmy w takim tunelu aerodynamicznym [w Sztokholmie], w jakim jeszcze nigdy nie byliśmy i dzięki temu teraz widać, że każdy z nas jest lepiej poukładany w locie. A ogólnie to spodziewałem się, że trzeba będzie rypać. Bez pracy się nie da, niestety. Wcześniej też pracowaliśmy, nie mówię, że nie. Ale trzeba mocno pracować. Jak się nie pracuje, to się nie ma - usłyszeliśmy.

Nocny Kochanek i matematyka. "Yyy?"

Praca popłaca - wiadomo. Ale żeby tak było, chyba trzeba mieć z niej radość. I tę Polacy odzyskali. Dzięki Thurnbichlerowi, jego sztabowi i ich innowacjom. - Przygotowania do tego sezonu wyglądały inaczej. Może taki rodzaj przygotowań lepiej wpływa na moją dyspozycję i dzięki temu może stałem się lepszym zawodnikiem - mówi Wąsek.

"Polacy muszą śpiewać, liczyć i odkrzykiwać nazwy kolorów podczas skoków. Śpiewają, gdy siedzą na belce na rozbiegu. Repertuar dowolny, za to ich głos ma być słyszalny nawet na dole skoczni. Każdy może zatem wybrać coś innego. W piątek Dawid Kubacki postawił na "Konia na białym rycerzu" od Nocnego Kochanka, Kamil Stoch na piosenkę nieodzownie związaną z jego ukochanym Liverpoolem, "You'll Never Walk Alone", Piotr Żyła w amerykańskim stylu: "Take Me Home, Country Roads", Paweł Wąsek "Wehikuł Czasu" Dżemu, a Jakub Wolny na "Lornetkę" braci Golców" - tak o szczegółach przygotowań już w maju pisał na Sport.pl Jakub Balcerski.

- Dopiero po ruszeniu z belki odsłania się pierwsze równanie i trzeba je już wtedy rozwiązać, bo w locie do wypatrzenia jest drugie. Potem łączy się obie części tego matematycznego równania i jeszcze przed lądowaniem trzeba wykrzyczeć wynik. Nikt z nas się z tym wcześniej nie spotkał. W powietrzu miałem takie "Yyy?", ale udało się ten wynik wykrzyczeć przed lądowaniem - opowiadał Kubacki. - Ja z matematyką nie byłem "za pan brat", ale sobie poradziłem - dodawał Kamil Stoch.

- Robiłem już takie ćwiczenia podczas pracy z zawodnikami w Austrii i to dobrze wypadało. Jak się spodziewacie, wykonujemy je nie tylko dla rozluźnienia, ale w konkretnym celu. Nie wchodząc w szczegóły, chodzi o porzucenie pewnych starych nawyków, które potrafią robić różnicę w dyspozycji zawodnika - tłumaczył nam wtedy trener Thomas Thurnbichler.

"Zrozumieli, że nie muszą czarować"

Dziś Thurnbichler mówi tak: - Przy tworzeniu podstaw pomogło nam świeże spojrzenie na specyfikę naszej pracy. "Hej, nawet jeśli jesteśmy doświadczonymi zawodnikami, to możemy próbować czegoś nowego i się rozwijać w bardzo różny sposób". To pomogło im powrócić do pewności siebie. Zrozumieli, że nie muszą czarować, żeby odnosić sukcesy.

- Praca z Thurnbichlerem pokazała mi, że mam w sobie jeszcze sporo energii. Miałem tego lata sporo bardzo dobrych skoków, co utwierdziło mnie, że mogę dalej skakać na najwyższym poziomie - mówi Stoch.

On to czuł już na początku maja. Zacytujmy jego wypowiedź dla oficjalnej strony PZN z 7 maja. "Te pomysły, które trener przedstawił na samym początku już wlały we mnie dużo optymizmu. To są rzeczy, o których niby wiedzieliśmy, ale tak do końca tego nie robiliśmy. Jest dużo nowych ćwiczeń, nowych form aktywności. Dzięki temu ja sam poznaję tak jakby swoje ciało na nowo i dostrzegam rezerwy. Odkrywam pewien potencjał, który został całkowicie pominięty"

Prawie pół roku później prosimy Stocha, by wrócił do tamtej wypowiedzi i wyjaśnił, co konkretnie najbardziej pomogło mu odkryć pewien całkowicie dotąd pominięty potencjał.

- Nie były wprowadzone jakieś superinnowacje, to były drobne modyfikacje treningowe. Oczywiście każdy trener, który przejmuje grupę, chce wprowadzić drobne zmiany i swoją wizję skoku narciarskiego. Ale oczywiście nieodbiegającą od podstaw, bo nie można skakać inaczej niż skaczemy teraz, nie można skakać tyłem albo bokiem. Zasada jest jedna, ale oczywiście te metody, o których była mowa przez całe lato, czyli więcej treningu, żeby poczuć swoje ciało, żeby poprawić ruchomość ciała, czy dodatkowe zadania podczas skoku, to wszystko miało na celu, żebyśmy my mieli większą świadomość samych siebie i tego, co robimy - mówi Stoch.

Wygibasy jak u dzieci z Austrii. Wróciła radość

O co chodzi z treningiem, który pozwala poprawić ruchomość ciała? To najlepiej wyjaśniał Kubacki w niedawnej rozmowie z Eurosportem. - Na pewno nie kupiłem wszystkich pomysłów Thurnbichlera, bo były takie, które spędzały nam sen z powiek. Zwłaszcza na początku, kiedy miały być różne "wygibasy" w powietrzu w trakcie skoków. Jak to zobaczyłem, to moja reakcja była taka, że tu się zabiję, tutaj tego nie zrobię i ogólnie jest to niemożliwe do wykonania - opowiadał. I dodawał: - Drugi szok był, kiedy okazało się, że musimy wykonać wszystkie elementy z tej listy. Nie miałem pewności, że jest to w ogóle wykonalne na skoczni. Później okazało się, że sprawdziło się powiedzenie Klimka Murańki, że oczy się boją, ale ręce i nogi zrobią wszystko.

Wygibasy, śpiewanie, liczenie, czy granie w kolory podczas skoków to metody, które w Austrii stosuje się w pracy z dziećmi. A zatem Kamil Stoch ma rację, gdy zauważa, że nowy trener nie kazał nikomu skakać tyłem lub bokiem, ale wygląda na to, że świetnym pomysłem było nakłonienie naszych zawodników, by skoczyli do tyłu. A skoro odnaleźli dziecięcą radość, to nic dziwnego, że mając moc w nogach, waleczność w sercach i pamięć wielkich chwil w głowach, znów potrafią z tego wszystkiego korzystać. I znów być z przodu.

Łukasz Jachimiak
Więcej o: