Polscy trenerzy byli w szoku, gdy usłyszeli o urazach polskich skoczków. "Rósł w nas gniew"

Jakub Balcerski
- Kiedy przyjechaliśmy do Krakowa i usłyszeliśmy, z jakimi urazami i problemami mierzą się skoczkowie, byliśmy w szoku. Rósł w nas gniew - mówi Sport.pl asystent Thomasa Thurnbichlera Marc Noelke.

O zeszłym sezonie polscy skoczkowie chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Obiecujące lato, a potem fatalna, najgorsza od lat zima i słodko-gorzkie igrzyska w Pekinie. Przyczyn kryzysu szukano w niemalże każdym aspekcie przygotowań, funkcjonowania systemu polskich skoków czy problemów zawodników. 

Do Polski w miejsce Michala Doleżala zatrudniono Austriaka Thomasa Thurnbichlera, a z nim sztab, który ma pomóc kadrze wrócić na szczyt. Asystent trenera Marc Noelke mówi Sport.pl o tym, dlaczego Thurnbichlerowi warto zaufać, zdradza, jak można byłoby poprawić system polskich skoków i diagnozuje błędy, które powodują problemy, jego zdaniem, nie od roku, a co najmniej kilku sezonów.

Zobacz wideo Kosowski aż podrapał się po brodzie. Jednoznacznie o karierze Boruca

Jakub Balcerski: Jak długo znacie się z Thomasem Thurnbichlerem?

Marc Noelke: A jak długo mogę mówić?

Ile potrzebujesz.

Pewnie polscy fani kojarzą jego "podwójny skok" z Bischofshofen z 2003 r. Tego dnia ja też zobaczyłem go po raz pierwszy. W tamtym momencie pracowałem już z jego bratem Stefanem, który był "królem Pucharu Kontynentalnego". Wygrywał wszystkie konkursy. Thomas wtedy był początkującym skoczkiem, jeszcze chodził do szkoły.

Nasze drogi przecięły się ponownie trzy, albo cztery lata temu. Pracowałem z austriackimi kombinatorami norweskimi, a on zadzwonił i powiedział, że chciałby mnie u siebie. Nie byłem przekonany, mówiłem mu, że może być mi trudno zmienić pracę, ale on był bardzo uparty. I przekonujący. Zgodziłem się na wspólny obóz z jego kadrą juniorów, który wypadł bardzo dobrze. Poznałem go w roli dobrze zapowiadającego się, młodego i pełnego pomysłów trenera. Ale też mądrego, wyedukowanego i po prostu świetnego gościa. Chciałbym go poznać, gdy byłem zawodnikiem.

Adam Małysz i Kamil Stoch podczas konferencji prasowej przed LGP w Wiśle.Przełom w polskich skokach. Symboliczne zdjęcie Małysza i Stocha

Polski projekt zaczęliście jednak nie z Thomasem, a z Alexandrem Pointnerem.

Kilka miesięcy temu Alex powiedział mi, że myśli nad ofertą z PZN-u i widziałby mnie w swoim sztabie. Powiedział, że "beze mnie nie idzie". Miałem wówczas dwie prace: w austriackim związku, gdzie miałem współpracować z zawodnikami i trenerami do 2023 r., a także w Niemczech, w Kolonii, gdzie koordynowałem szkolenia trenerów na uniwersytecie.

Przenosiny do Polski nie bardzo zgrywały się z tym, co miałem zaplanowane. To był jednak tak fascynujący projekt, że w mojej głowie od razu zaczęły się pojawiać nowe pomysły. Potem przyszła jednak wojna na Ukrainie, a z nią pewne problemy finansowe i zmiana okoliczności wokół projektu z Alexem. Od początku było jasne, że ten projekt to nie tylko kadra narodowa skoczków, a Alex miał świadomość, że jeśli nie będzie mógł zarządzać tym przedsięwzięciem tak, jak sobie zakładał, to trudno mu będzie w to wejść.

Wciąż wspierał jednak nasz projekt i zaproponował związkowi, żeby porozmawiać ze mną i z Thomasem. Adam Małysz był już zresztą po pierwszych negocjacjach z Thomasem, bo prowadził je trochę wcześniej. Thomas też pytał, czy mógłbym z nim w to wejść, ale na początku chciałem być lojalny wobec Alexa i miałem mieszane uczucia. Spytałem go, ale wskazał: "zgódź się, nic do tego nie mam. My zobaczymy się później". Potem wszystko zaczęło się układać i choć podczas finału sezonu w Planicy do końca nie wiedzieliśmy, co dzieje się wokół polskich skoczków i za kulisami, to niedługo później się wyklarowało. Dołączył do nas Mathias Hafele, który negocjował też z FIS-em odnośnie roli kontrolera sprzętu w Pucharze Świata, ale wybrał Polskę. Zadzwoniłem wtedy do Hafesa i był tak smutny, jakby właśnie rozstał się z dziewczyną. To wszystko, bo wybrał Polskę i pracę z nami, a odrzucił stanowisko, o które starał się latami. Długo o nim myślał, ale ostatecznie się nie zdecydował.

I tak zaczęła się wielka zmiana w polskich skokach. Co powiedziałbyś tym, którzy jeszcze nie są do niej przekonani?

Po pierwsze: że nie wykopaliśmy z Polski Michala Doleżala i poprzedniego sztabu kadry. Jest naszym dobrym kolegą, był dla nas zawsze miły i przykro nam, że tak się to potoczyło i dłużej go w Polsce nie będzie. Z drugiej strony, takie jest życie i dzięki temu pojawiła się szansa dla nas. Zawsze trudno jest przekonywać innych, więc nie mam w sobie takiej siły, która sprawi, że będziemy mieli wszystkich kibiców skoków w Polsce po naszej stronie. Nie jestem też politykiem i nie będę mówił, że wszystko w najbliższym czasie będzie świetne, fantastyczne. Potrzebujemy czasu, żeby to udowodnić. Sceptycy powinni trochę odpuścić, zacząć słuchać Thomasa i obserwować to, co robi.

Poznałem wielu świetnych trenerów na czele z Reinhardem Hessem, Hannu Lepistoe, Tonim Innauerem, Miką Kojonkoskim, kończąc na Alexie Pointnerze. Na uniwersytecie w Kolonii uczę też trenerów z niemal wszystkich olimpijskich dyscyplin. I mogę powiedzieć jedno: Thomas ma wszystko, co potrzeba trenerowi do tego, żeby osiągnąć sukces. Jest ekspertem we wszystkich czynnikach, które wpływają na wynik w skokach. Ma otwarty umysł, ale także wizję tego, co robi. Jeśli ktoś ma przeciw niemu argumenty, chętnie ich wysłucha i podyskutuje, ale potrafi być też bardzo cięty, restrykcyjny wobec innych. Jego umiejętności są pod wieloma aspektami unikalne i wyjątkowe.

Jednocześnie praktycznie cała jego rodzina jest związana ze skokami: dziadek był skoczkiem i trenerem, tak samo ojciec i teraz on, a wcześniej brat. Thurnbichlerowie wysysają powołanie do skoków z mlekiem matki. Helli, tata Thomasa, uczył skakać Stefana Horngachera. W takim środowisku dorastał, więc co mogło pójść nie tak? Gdy pracowałem z Thomasem na obozach z austriackimi juniorami, czułem jakby był moim bratem. To takie uczucie, jakbyś miał starego, dobrego przyjaciela, z którym widzisz się po piętnastu latach przerwy i nic się nie zmieniło. Nadal idealnie się rozumiecie. Nie przyjechałbym do Polski z osobą, której bym nie ufał. W przypadku Thomasa mam pewność, że to odpowiedni człowiek do takiego zadania.

W Polsce stajecie przed wyzwaniem prowadzenia grupy dwóch prędkości: doświadczonych zawodników, którzy niedługo odejdą z tego sportu, i młodych skoczków, którzy chcą w nich zaistnieć. Jaki stawiacie sobie ogólny cel?

Pewnie, że każdy z nas chciałby sprawić, że polskie skoki wrócą na szczyt. To normalne, że właśnie taki będzie nasz główny cel. Ale mamy też mniejsze cele dotyczące jakości skoków, konsekwencji w działaniu, braku kontuzji. One pomogą nam przeprowadzić tę przemianę w składzie, o której w polskich skokach mówią wszyscy. Ale na razie ci doświadczeni zawodnicy są w świetnej formie i dobrze się z nimi pracuje. Wiedzą, jakich informacji im potrzeba i je sobie wybierają, ale potrzebują czegoś świeżego. Nowych metod, które ten nowy rozdział w ich karierze ma im przynieść. My możemy liczyć na nich, oni na nas. Będziemy ich wspierać, bo zasłużyli sobie na to swoimi erami sukcesów.

Łukasz Kruczek i Adam MałyszPierwsi "ludzie Małysza" wybrani. PZN będzie miał nowego dyrektora sportowego

Proces przemiany w kadrze jest jednak równie ważny. To był jeden z najważniejszych tematów pierwszego zgrupowania w Wiedniu: skupienie na młodzieży. Rozmawialiśmy o sytuacji szkół sportowych, współpracy z kadrą juniorów, a nawet o tym, jak funkcjonują zasady krajowych zawodów w cyklu LOTOS Cup. Choćby pod kątem tego, żeby w kategoriach juniorskich nie skupiać się na tym, w jakich butach skaczą zawodnicy, a na tym, ile mogą z siebie wyciągnąć. W przypadku pracy z młodzieżą to głównie kwestia rozumienia tego, jak funkcjonuje, albo nie funkcjonuje system. Cały czas to analizujemy. Mogę zapewnić, że w przypadku powołań na zawody, jeśli będziemy się zastanawiać nad wzięciem młodego, albo doświadczonego skoczka, to zawsze wybierzemy młodego.

Macie plan na zmianę całego systemu polskich skoków? Ten, który funkcjonował do tej pory był w dużej mierze oparty o działania Haralda Pernitscha. On był w nim kluczową postacią. Teraz ty przejmiesz niektóre jego obowiązki.

Część rzeczy funkcjonuje bardzo dobrze. Wiedza ważnych dla tego sportu osób jest na wysokim poziomie, widzę tu rozwój. Infrastruktura, poza kilkoma przypadkami, też wygląda nieźle. Sporą zaletą jest to, że mamy tylko dwa ośrodki - beskidzki i tatrzański. Nie wiem, czy istnieje w skokach kraj, w którym to wyglądałoby podobnie, może Słowenia. Dzięki temu świetnie powinna funkcjonować komunikacja.

Co chcielibyśmy zrobić? Na pewno wykorzystywać wszystkich trenerów, którzy mają swoje miejsce w systemie. Muszą wziąć na barki odpowiedzialność, być dopuszczeni do pracy z najlepszymi zawodnikami. Jeśli ich od nich odciągamy, motywacja zawsze spada. A w kraju macie naprawdę wielu świetnych trenerów i przeszłość także pokazuje, że powinno się z nich korzystać. Potrzeba pewnych zmian, procesu ewolucji, ale chcemy ich dokonywać ostrożnie. Pracuję trochę w medycynie i tam pierwsza zasada brzmi: najpierw upewnij się, że nikogo nie skrzywdzisz. I tu musi to wyglądać podobnie.

A Harald Pernitsch?

Nie zostanę jego następcą, bo Thomas dokładnie określa, jak mamy funkcjonować w zakresie pracy fizycznej z zawodnikami. To on zarządza podstawowym programem, który realizujemy, a ja go w tym wspieram. System stworzony przez Pernitscha jest zapewne najlepszy na świecie, ale musi zostać użyty w odpowiedni sposób. Bo na świecie nie ma złych narzędzi, tylko ludzie, którzy czasem nie wiedzą, jak się nimi posługiwać. To, co dostarcza Harald to dane. One pomagają nam analizować naszą pracę, ale dotyczą jej wąskiej gałęzi. Dlatego nie powinien podejmować decyzji dotyczących zawodników. Od tego są trenerzy. Eksperci to eksperci. Potrzebujesz ich do rozwiązywania skomplikowanych problemów. I utrzymywanie, czy budowa formy skoczka jest jednym z nich. Ale nie można przechodzić od rzeczy skomplikowanych do kompleksowych tak łatwo, a do tego używać tych samych metod. Jeśli dasz ekspertowi możliwość pracy z jego konkretnymi umiejętnościami nad czymś, na czym praktycznie się nie zna, to zawiedzie. Dlatego nie będziemy kontynuować pracy z Pernitschem w roli konsultanta, ale nadal będziemy używać jego narzędzi i programów do analizy danych.

Takie zarządzanie polskimi skokami to jednak nie jest problem tylko zeszłego roku. To problem, który rozwija się od pięciu, może sześciu lat. Od przyjścia Stefana Horngachera. Porównam to do piłki: kiedy Pep Guardiola prowadził Bayern Monachium, było w nim wiele problemów ze sztabem medycznym. Guardiola zawsze chce wygrywać każdy mecz, więc potrzebował kontuzjowanych piłkarzy z powrotem na boisku tak szybko, jak było to możliwe. Nie dbał jednak w ten sposób o ich zdrowie. Chciał tylko sukcesu, zwycięstw, więc był w tym trochę egoistyczny. My, kiedy przyjechaliśmy do Krakowa i po badaniach całej kadry, usłyszeliśmy o wynikach i tym, z jakimi urazami i problemami mierzą się zawodnicy, byliśmy w szoku. Rósł w nas gniew. Bo to, co tu wprowadzono, w kilku przypadkach było poza etycznym, odpowiedzialnym i właściwym działaniem. Pojawiły się kontuzje wśród młodych zawodników: bóle pleców, urazy kręgosłupa. Trenowali z obciążeniami, które w żadnym stopniu nie odpowiadały choćby temu, jak zbudowane jest ich ciało.

Całe podium niedzielnego turnieju w skokach narciarskich Letniego Grand Prix w Wiśle znowu całe dla białoczerwonych. Podobnie, jak w sobotę na najwyższym stopniu stanął Dawid Kubacki. Drugi był Kamil Stoch, a trzeci Piotr Żyła. </p>
Zawody w Beskidach były jedynymi w ramach letniej rywalizacji. Pozostali gospodarze turniejów zrezygnowali z ich organizacji z powodu pandemii. W tym roku nie będzie wyłoniony zwycięzca cyklu.Wracają skoki narciarskie. Na początek LGP w Wiśle

Prawdopodobnie błędnie wykonywali wiele ćwiczeń i tym samym zamiast działać na ich korzyść, miały wiele negatywnych efektów.

Dlaczego tak się działo?

Nie wiem dokładnie, trudno powiedzieć, że ktoś konkretny jest za to odpowiedzialny. Na to złożyło się kilka błędów, kilka aspektów. I nietrudno zorientować się, że gdy odciągniesz odpowiedzialność za trening fizyczny i jego rozplanowanie od trenerów, to coś podobnego może się wydarzyć bardzo szybko. Dlatego chcemy, żeby wszyscy trenerzy wiedzieli, jak zajmować się zawodnikami na najwyższym poziomie. Chcemy, żeby wkładali w to całe swoje serce i dbali o skoczków. A jak ma się tym zająć ekspert z Austrii? On widzi wyniki, ocenia je, ale raczej nie myśli o tym, czy wszystkie jego założenia wypalą u wszystkich zawodników. Że nie będą tak samo stabilni, nie będą się zachowywać tak samo, jak ci, z którymi pracował w Austrii i Niemczech. Bo są inni, mają inne przyzwyczajenia i problemy.

System, wedle którego miałyby funkcjonować skoki w danym kraju można wymyśleć bardzo szybko. Może nawet przynosić sukcesy, ale co z tego skoro będzie bardzo kosztowny. I to nie w kontekście pieniędzy, a np. zdrowia zawodników. Tak można też przecież łatwo wyrządzić wiele złego. W piłce nożnej giganci nie mają z tym problemu, bo szybko kupią nowych graczy. Dlatego Bayern Guardioli i tak osiągnął sukces. Ale mniejsze kluby nie mogą sobie już na to pozwolić, bo nie mają tak wielu zawodników, ani pieniędzy. I analogicznie do tych mniejszych klubów powinno to funckjonować w skokach. Tu nie ma tylu talentów, żeby wymieniać skoczka na skoczka. Budujesz ich powoli, dbasz o nich i nie chcesz, żeby szybko się wypalili. To dla każdego trenera, ale i eksperta powinno się kojarzyć ze sporą tragedią.

Więcej o: