Dzika szarża na trwający od 20 lat ład. FIS chce rewolucji w prawach do transmisji

Piotr Majchrzak
Nowy prezes FIS-u Johan Eliasch chce rewolucji w sposobie sprzedawania praw do transmisji. FIS chce centralizacji praw, ale problemem jest to, że chciałby to zrobić wbrew obowiązującym umowom. Prowadziłoby to do wielu roszczeń prawnych i procesów sądowych na lata, z ogromnymi dodatkowymi kosztami i niepewnością. Czy kibice muszą drżeć o to, gdzie wkrótce obejrzą np. skoki narciarskie?

W świecie Międzynarodowej Federacji Narciarskiej i jej partnerów telewizyjnych zawrzało, gdy stało się jasne, że prezes FIS-u Johan Eliasch chce doprowadzić do rewolucji na rynku praw telewizyjnych, którymi dysponuje FIS.

Zobacz wideo Jan Szturc wychował kilka pokoleń skoczków. "Każdy sukces wychowanka daje ogromną radość"

Prezes FIS-u chce nowego porządku w prawach do transmisji sportów zimowych

Eliasch kilka miesięcy temu wysłał do związków sportowych pismo, w którym informował, że w przyszłości FIS będzie chciał zrestrukturyzować i scentralizować międzynarodowe prawa do transmisji zawodów pod egidą FIS-u. Oznacza to po prostu likwidację obecnego zdecentralizowanego systemu, zgodnie z którym, to krajowe związki sportowe negocjują umowy z brokerem praw, który jest de facto trzecią stroną. Obecnie właściwie w każdym kraju tym brokerem jest szwajcarski konglomerat mediowy - firma Infront Sports and Media. Posiada ona prawa do transmisji zawodów z wszystkich krajów, z wyjątkiem Austrii.

Oznacza to, że jeśli przykładowo Niemcy podpiszą umowę z Infrontem, to ta firma sprzedaje później zagraniczne prawa do transmisji np. ze skoków narciarskich. A te prawa kupowane są np. w Polsce, Norwegii itd.

"Porozumienie Concorde" ma wyeliminować Infront

Celem Eliascha jest scentralizowanie tych praw w ten sposób, by wyeliminować trzeci podmiot. W tym przypadku jest to wspomniany Infront. Nowy ład w FIS-ie miałby nazywać się "Porozumienie Concorde" i zgodnie z jego zasadami krajowe związki nadal posiadałyby prawa do transmisji krajowych. Przykładowo, w Polsce PZN sprzedał prawa do transmisji krajowych zawodów PŚ w skokach narciarskich Telewizji Polskiej i ta umowa obowiązuje aż do 2026 roku. Ale już prawa międzynarodowe byłyby w rękach FIS-u. Oznacza to ogromne zyski dla FIS-u, który wyeliminowałby firmę pobierającą odpowiednie prowizje za sprzedaż praw.

Eliasch chce, aby poza ustandaryzowanymi, centralnymi umowami, wpływy finansowe z kontraktów nabywanych dotąd przez Infront były kierowane na promocję sportu w ramach FIS, standaryzację transmisji w różnych krajach i inwestycje w nowe technologie transmisji.

Infront wszczął postępowanie sądowe. Dzika szarża FIS-u

Oczywiście spotkało się to z ogromnym oburzeniem ze strony firmy Infront, która nie godzi się na takie postępowanie i przypomina o obowiązujących umowach. - Pod koniec 2021 r. prezydent Eliasch niespodziewanie poinformował Infront, że nagle nie jesteśmy już prawowitym posiadaczem praw i w konsekwencji nie możemy dalej sprzedawać licencji. List ten trafił również bezpośrednio do niektórych naszych partnerów umownych, tj. licencjobiorców praw medialnych. I wywołał tam ogromną irytację. Ponieważ FIS nie chciał nawiązać konstruktywnego dialogu na ten temat, byliśmy zmuszeni do niezwłocznego wszczęcia postępowania sądowego w celu zabezpieczenia naszej pozycji - mówi w skiracing.com wiceprezes Infrontu, Jörg Polzer.

Pomysł Eliascha w tym momencie wygląda jak dzika szarża na panujący od ponad 20 lat ład w sportach zimowych. Choćby dlatego, że Infront ma długie umowy z większością związków. Wiele z nich obowiązuje do sezonu 2025/2026, a niektóre nawet do 2031 roku. Prawa wynikające z tych umów są sprzedane nadawcom i innym firmom medialnym w ramach wieloletnich umów licencyjnych. Przykładowo uwielbiane przez Polaków skoki narciarskie, a konkretnie prawa do transmisji, są sprzedane grupie Discovery do 2026 roku.

"Kibice mogą nie obejrzeć następnego Pucharu Świata tak wygodnie jak teraz"

Nie jest więc dziwne, że wielu nadawców i sam Infront patrzy z niepokojem na działania nowych władz FIS-u. - Pochopne i nieskoordynowane podejście nowego kierownictwa FIS prowadzi do ogromnej niepewności co do przyszłości, a zwłaszcza planowania nadchodzącego sezonu Pucharu Świata. Naszym zdaniem wdrożenie proponowanego modelu centralizacji oznaczałoby de facto wywłaszczenie Narodowych Związków Narciarskich. Prowadziłoby to również do mnóstwa roszczeń prawnych i procesów sądowych przez wiele lat, z ogromnymi dodatkowymi kosztami i niepewnością. Kibice mogą nie obejrzeć następnego Pucharu Świata tak wygodnie i szeroko, jak ma to miejsce obecnie - dodaje Jörg Polzer.

Wydaje się, że w obecnej sytuacji FIS nie ma najmniejszych możliwości do podważenia istniejącego porządku prawnego. Można również nieoficjalnie usłyszeć, że niedawno wyjaśniła się kwestia tego, kto jest dysponentem praw i w tym momencie jest nim właśnie firma Infront. Ale Międzynarodowa Federacja Narciarska nie porzuca swojego pomysłu i wiele wskazuje na to, że 25 i 26 maja  na Kongresie FIS będzie to ważnym elementem porządku obrad. W tym momencie trwa raczej coś w rodzaju próby sił i testowania partnerów.

FIS namawia Austrię do zerwania negocjacji z Infrontem

W zeszłym tygodniu austriackie "Kleine Zeitung" poinformowało, że FIS wystosował nawet pismo do austriackiej federacji, którego celem było nakłonienie Ski Austria do przerwania trwających negocjacji z Infrontem ws. sprzedaży międzynarodowych praw do transmisji na nadchodzący sezon. Podobne listy trafiły do Niemców, którzy również negocjują licencyjne kwestie przed nowym sezonem.

O ile w przypadku krajów, które mają podpisane długoterminowe umowy z Infrontem trudno będzie doszukiwać się jakichś zmian (chyba że sam Infront tych praw się pozbędzie), tak już w przypadku Austrii czy częściowo Niemiec może się okazać, że FIS-owi uda się przeforsować swoje plany. A to może być początek rewolucji w sportach zimowych. Celem Eliascha jest bowiem to, by sprzedaż praw w FIS-ie wyglądała tak, jak wygląda takich organizacjach, jak FIFA, PGA czy Premier League, które same dysponują swoimi dobrami.

Więcej o: