"Niemcy przesadzają". FIS opowiadał o laserach, rentgenach, ale rewolucji nie będzie

Jakub Balcerski
Rentgen, laser, specjalna kamera, a nawet mierzenie skoczka leżącego na stole - tak mogłyby wyglądać zmiany w kontroli sprzętu na nowy sezon zawodów Pucharu Świata w skokach narciarskich. Wszystkie odrzuciła jednak Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS). Niewielkie zmiany będą, rewolucji w sprawdzaniu sprzętu u skoczków nie.

Miniony sezon skoków narciarskich był bardzo kontrowersyjny - być może najbardziej w historii - pod kątem kontroli sprzętu i dyskwalifikowania skoczków. Wiele krytyki wylało się na sprawdzającego sprzęt na zawodach mężczyzn, Mikę Jukkarę. Uważano, że wpływ na jego decyzje mają osoby ze sztabów poszczególnych reprezentacji - w tym choćby Stefan Horngacher, czy Adam Małysz, a sam Fin na swojej pracy zbyt dobrze się nie zna. Za skandaliczny uznano konkurs mikstów na igrzyskach olimpijskich, kiedy Agnieszka Baczkowska zdyskwalifikowała aż pięć zawodniczek ze zbyt dużymi kombinezonami.

Zobacz wideo W Polsce szykuje się siatkarskie święto. Premier ogłosił, że nasz kraj przejmie organizację mistrzostw świata zamiast Rosji

Długo mówiło się, że spore zmiany, być może nawet personalne, w kwestii kontroli sprzętu przed kolejnym sezonem są nieuniknione. I faktycznie, już wiemy, że pewne szczegóły zostaną zmienione. Ale nie będzie rewolucji, choć pomysłów na to, co powinien zrobić FIS, było dużo.

Mogła być kamera, rentgen, czy laser. Ale FIS nie przeprowadzi rewolucji w kontroli sprzętu w skokach

Na spotkaniu komisji sprzętowej z producentami w Zurychu padły propozycje, które po wprowadzeniu rzeczywiście nazwalibyśmy trzęsieniem ziemi w stosunku do tego, jak kontrola wyglądała do tej pory. - Kontrolę sprzętu można byłoby przeprowadzać poprzez kamerę, cyfrowo. Dopasowywałoby się kształt, który jest odpowiedni dla konkretnego kombinezonu i porównywało z tym sfilmowanym. Mogłoby to pomóc także w zobrazowaniu pomiaru widzom i upublicznieniu tego, co dzieje się za drzwiami kabiny kontrolera - usłyszeliśmy w plotce dotyczącej tego, co usłyszeli zgromadzeni w Szwajcarii.

Kolejne propozycje? Pomiar laserem, a nawet rentgenem, czy mierzenie zawodników leżących na stołach. Koncepcji faktycznie nie brakowało, ale z tego, co usłyszeliśmy, wszystkie, albo zdecydowana większość z nich upadła. - Pomiar laserowy porównywano z tym manualnym, dokonywanym przez kontrolera, i nie zauważono wielkich zmian w wynikach. Takie mierzenie byłoby też wątpliwe etycznie, bo żeby sprawdzić punkt pomiarowy, trzeba byłoby się bardzo zbliżyć do miejsca, w którym się mierzy. Rentgen był z kolei za drogi - słyszymy od osoby, która brała udział w obradach komisji.

Thomas Thurnbichler / Stefan HorngacherThurnbichler przestrzega Horngachera: Postawię się. Zawsze będę bronić Polski

"FIS nie kalkuluje kosztów przy swoich pomysłach"

Działania FIS w przypadku sprawdzania kombinezonów powinny iść w kierunku uproszczenia kontroli, ale federacja nie ma jeszcze na to gotowych rozwiązań. Tymczasem ta dotycząca butów i nart ma być bardzo drobiazgowa, a do przepisów i pomiarów mają zostać włączone zupełnie nowe kryteria i przedmioty, którymi dokonuje się sprawdzania np. grubości ścianki buta.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się też, że już zapowiedziano duże zmiany w kwestii pasków w kombinezonach. Tak duże, że wiele kadr musi od nowa szyć wszystko, co było przygotowane na letni i co zostało po zimowym sezonie.

- FIS nie kalkuluje kosztów przy swoich pomysłach. Zwłaszcza, gdy dotknie to kogoś innego, ale ma też problemy, żeby dobrze ocenić je przy swoich wydatkach. I później wychodzi na to, że wiele zmian jest wstrzymywanych - słyszymy. Mika Jukkara, który pozostanie kontrolerem sprzętu podczas zawodów skoczków, wycofał się z wielu swoich pomysłów, co część producentów kombinezonów przyjęło z wielką ulgą, ale i tak koszty dla nich i sztabów poszczególnych reprezentacji mogą być ogromne. Każda drobna zmiana sprawia, że się zwiększają, a budżety nie są przecież z gumy. 

Polacy nie wskazali zmian w kontroli sprzętu, choć narzekali cały sezon

Jeszcze w trakcie sezonu PŚ pytaliśmy poszczególne reprezentacje, co powinno się zmienić przed kolejnym sezonem. Kontrowersje związane z kontrolą sprzętu były podgrzewane przez praktycznie każdą z największych reprezentacji, więc spodziewaliśmy się, że członkowie sztabów, czy trenerzy będą chętni do wskazania swoich pomysłów. Tymczasem odpowiedzi nie przedstawili nam choćby Niemcy, Słoweńcy, czy co chyba najbardziej przykre, Polacy. Czyli kadra, która kwestionowała niemalże każdą decyzję Miki Jukkary przeciwko niej, zapytana o konkrety, nie ma mu nic do zarzucenia i nie chce publicznie mówić o propozycjach zmian na przyszłość? To dziwi, tym bardziej że nie kontaktowaliśmy się z jedną osobą ze sztabu, a kilkoma i to pracującymi bezpośrednio przy sprzęcie.

Poprosiliśmy zatem o głos jednego z producentów sprzętu polskich skoczków - Markusa Lutza z firmy Schoeller Textil AG, produkującego materiał do kombinezonów. - Jestem zły na FIS i to, jak podchodzili do kontroli w trakcie sezonu, ale także poprzednich lat. Uważam, że problemy stwarzała nie tylko obecna praca Miki Jukkary, ale też to, co przed nim w ostatnich latach swojej pracy robił Sepp Gratzer z Walterem Hoferem. FIS przeprowadza kontrole inaczej u mężczyzn i kobiet, wprowadza dużo chaosu swoją niekompetencją i nie jest tak profesjonalny, jak mówią działacze. Oni tworzą fałszywy obraz - przekazuje Sport.pl Lutz.

Producent materiału na kombinezony Polaków ma gotowe rozwiązania dla FIS. "Dlaczego nie może być tak, jak w innych sportach?"

Jakie rozwiązania dla FIS-u widzi Austriak? - Mnie podobał się system "plombowania" sprzętu przed sezonem używany przed laty. Kombinezon był zatwierdzany zgodnie z regulaminem, pod kilkoma względami, w tym choćby grubości i doboru krojów. Oczywiście, można było zmieniać nawet całe fragmenty kombinezonu, czy jego rozmiary, ale były pewne reguły i FIS miał nad tym o wiele większą kontrolę niż teraz. Teraz nie wie na jego temat praktycznie nic - wskazuje Markus Lutz. - W trakcie weekendu dużo się z kombinezonem dzieje i nie chodzi tylko o ingerencję sztabów. Jest słonecznie, więc skoczek się poci. Kombinezon przyjmuje ogromne ilości wody - choćby deszcz. Kiedy jest mgliście, zmienia się termika na skoczni i to także wpływa na materiał. Jest ogrom czynników wpływających na jego stan. A przy "zaplombowaniu" wyglądałoby to trochę inaczej. Zmniejszyłoby się ryzyko dyskwalifikacji, bo FIS byłby świadomy tego, co może się wydarzyć z kombinezonem i co wpływa na to, że zmieniają się jego konkretne parametry. Za rzadko mówi się o tym, że w wielu przypadkach skoczkowie i trenerzy nie mają wpływu na stan kombinezonu i to, jak zostanie zweryfikowany przez kontrolera. Na to już dawno zwracamy uwagę jako producenci, ale FIS nie słucha - dodaje.

- Kwestia mierzenia też jest bardzo kontrowersyjna. W zależności od tego, jak uszyty jest kombinezon, wiele w przypadku kontroli i ewentualnej dyskwalifikacji zawodnika, zależy od tego, w jaki sposób stanie na górze skoczni. Jak porusza ramionami, czy łokciem, tu wszystko ma wpływ na rozmiar kombinezonu w konkretnych punktach, w których mierzy się materiał. Nie chcę przesadzać i mówić, że wszyscy oszukują, ale wiele zachowań jest nie w porządku. Kontrolerzy mogą nawet nie wiedzieć, że sprawdzają ten sam kombinezon: raz będzie w porządku, a za drugim razem pomiar wyjdzie zupełnie inaczej - ocenia przedstawiciel szwajcarskiej firmy Schoeller. - Rozwiązanie problemów z kombinezonami? Można stworzyć taki przylegający bezpośrednio do ciała, do skóry. Maksymalny rozmiar to będą praktycznie wymiary skoczka. Na pewno nie byłoby już tego trzycentymetrowego limitu, który jest teraz i sprawia kontrolerom ogromne problemy. Bo to właśnie ten element zasad nakłania zawodników do naciągania zasad do granic możliwości. Dlaczego nie może być tak, jak w innych sportach? Sprawcie, że kombinezony będą ciaśniejsze. Tak, jak jest wszędzie - apeluje do FIS-u Lutz.

Ammann zadowolony z pracy Jukkary. Niczego, by nie zmienił

Jak na nasze pytanie o zmiany odpowiedziały obozy innych reprezentacji? Zdarzały się dość kuriozalne odpowiedzi, jak ta Simona Ammanna [nie otrzymaliśmy odpowiedzi ze szwacjarskiego sztabu, więc zapytaliśmy jednego z zawodników - red.]. Po zawodach na mamucie w Oberstdorfie stwierdził, że według niego Mika Jukkara działa świetnie, kontrole wyglądają coraz lepiej, a rywalizacja jest sprawiedliwa. I że na kolejny sezon niczego by nie zmieniał, bo wszystko działa tak, jak powinno. 

Dość dziwnie brzmi też odpowiedź przesłana Sport.pl przez dyrektora wykonawczego Japońskiego Związku Narciarskiego, Michihiko Nakamurę. "Pracujemy nad tym, żeby przedstawić naszą opinię ws. kontroli sprzętu FIS-owi, ale twierdzimy, że priorytetem jest to, aby nasi sportowcy mogli osiągać najlepsze wyniki w sprawiedliwy sposób i odpowiednim środowisku. Każda krajowa federacja powinna zapewniać sobie takie środowisko. Powinniśmy zatem stopniowo usuwać niepokój, który może się w nim gromadzić, a nie zajmować nieufnościami wobec naszych sportowców. W tej kwestii należy szukać najlepszej możliwej opcji dla wszystkich zainteresowanych stron i to zadanie międzynarodowej federacji" - czytamy w komunikacie. 

"To jakiś Prima Aprilis?". Zima w skokach ma ruszyć na igelicie w Wiśle

Kontrole tylko przed skokiem? Tego chcą Norwegowie, Niemcy i Austriacy

Najważniejszą i najciekawszą możliwością zaproponował Alexander Stoeckl, trener Norwegów. - Dyskutowaliśmy już wewnątrz zespołu o możliwości robienia wszystkich potrzebnych kontroli przed oddaniem skoku przez zawodnika, żeby nie pojawiały się dyskwalifikacje po konkursie. To oczywiście nie będzie łatwe do przeprowadzenia, ale myślę, że sprawiłoby, że skoki stałyby się lepsze - twierdzi Austriak. 

Z nieoficjalnych informacji Sport.pl wynika, że tę samą koncepcję FIS-owi przedstawiają Niemcy i Austriacy, którzy na naszą prośbę o wskazanie proponowanych zmian na nowy sezon odpowiedzieli, że nie chcą publicznie ujawniać takich informacji. 

"Niemcy są specjalistami w obniżaniu kroku. Przesadzają"

Stoeckl nie wspomina jednak o zagrożeniach, które pojawiłyby się wraz z usunięciem kontroli zawodników po zawodach, na dole skoczni. - Pewne wymiary i kształt kombinezonu zostanie zatwierdzony przed skokiem, a później jeśli znajdzie się sposób na manewrowanie przy sprzęcie, nikt go już nie sprawdzi. Nie będzie możliwości dyskwalifikowania zawodników, nawet jeśli ktoś coś zauważy. Bo na dole już nikt nie przeprowadzi kolejnej kontroli - zauważa Markus Lutz.

- Niemcy są specjalistami w obniżaniu kroku w trakcie drogi na belkę startową. W locie, gdy rozłożą nogi do stylu V, on nie jest może na poziomie kolan, jak bywało w przeszłości, ale nie jest też zgodny z wyznaczonymi limitami. Tylko spojrzysz na to w przekazie telewizyjnym i widzisz, że coś jest nie tak. To robi różnicę. Inne zespoły też mają za duże kombinezony, ale nie aż tak, jak kadra Stefana Horngachera. W Lahti była taka dyskusja o manipulowaniu bielizną pod kombinezonem u Stefana Krafta. Przed skokiem obniżał ją sobie ramieniem, co wychwycił Martin Schmitt. To pomaga, ale nie przesadnie. Cóż, może gdyby Niemcy przyjrzeli się temu, co na górze skoczni robią ich zawodnicy, nie musieliby w ogóle zwracać uwagi na Krafta, czy innych. Bo to oni przesadzają - twierdzi przedstawiciel producenta kombinezonów polskich skoczków. To, jak wygląda ekstremalny przypadek powiększonego kombinezonu, mogliśmy zobaczyć u Karla Geigera podczas konkursu na dużej skoczni na IO w Pekinie.

FIS nie wykorzystał wielkiej szansy na poprawę wizerunku. Będzie, jak zawsze

Czy kontrowersyjny pomysł Austriaków, Niemców i Norwegów przejdzie? Co z przedstawionych na spotkaniach komisji sprzętowej zmian zamierza wprowadzić FIS? Na te pytania odpowiedzi dostaniemy najprawdopodobniej dopiero 26 maja, kiedy zaplanowano kongres federacji.

Dlaczego tak późno? FIS miał tak duży problem z zatwierdzeniem poszczególnych elementów zmian w kontroli sprzętu, że, choć zazwyczaj po spotkaniu w Zurychu wiadomo było już co mniej więcej uda się wprowadzić, teraz wciąż nie wiadomo, od czego konkretnie działacze odejdą, a co nowego pojawi się w przyszłym sezonie. Kibice mogą się jednak spodziewać, że nie będą to zmiany, które wpłyną na odbiór skoków narciarskich z ich perspektywy. Szansy, żeby to poprawić FIS nie wykorzystał. Byłaby to też szansa na odmianę wizerunku federacji.

A zapowiedzi były wielkie. Zwłaszcza po konkursie mikstów na igrzyskach olimpijskich w Pekinie. Pięć dyskwalifikacji wśród skoczkiń na najważniejszej imprezie czterolecia miało się stać przyczyną zmian, które odmieniłyby skoki. - Ten konkurs był błędem systemowym. Nie ma jednego winnego, bo FIS nie szyje zawodnikom kombinezonów, robią to sztaby. My możemy to jednak kontrolować: choćby tendencję tego, w jaki sposób kombinezony są tworzone przed tak ważnymi zawodami, jak igrzyska. I one były zdecydowanie za duże, a zabrakło na to reakcji. Ona nastąpiła w czasie konkursu. Była słuszna, ale brutalna. Nie chcemy już doprowadzić do takiego zdarzenia. Potrzebujemy zmian na wielu płaszczyznach, ale przede wszystkim w kontroli sprzętu - oceniał jeszcze niedawno Sandro Pertile, dyrektor Pucharu Świata w skokach narciarskich mężczyzn w rozmowie ze Sport.pl.

Sandro PertileDyrektor Pucharu Świata zapowiada zmiany w skokach. "Pewnie wielu się zdziwi"

Tymczasem teraz FIS twierdzi, że koszty rozwiązań, które pozwoliłyby na wyraźną kontrolę przez działaczy tego, jaki sprzęt jest wykorzystywany i jak zmienia się w trakcie sezonu, nie zrównoważy tego, w jaki sposób funkcjonowałyby innowacyjne rozwiązania. Działacze nie byli z nich zadowoleni i się na nie nie zdecydują. Wygląda to tak, jakby wyglądały bardziej rewolucyjnie niż działają. Rozwiązaniem jest zatem niemalże powrót do punktu wyjścia: najprawdopodobniej wprowadzenie nowych przepisów, manualne kontrole z nowymi przedmiotami i technikami sprawdzania sprzętu.

Bądźmy szczerzy: nie wygląda na to, żeby w środowisku po takich zmianach coś miało się zmienić. One nie sprawią, że problem kontroli sprzętu zniknie. Na razie FIS nie jest przecież nawet w stanie powiedzieć, czy się pogłębi, czy sytuacja ulegnie nieznacznej poprawie. Działa na ślepo, a nie tego oczekiwano po największym konflikcie sprzętowym w skokach od kilkunastu lat. Miały być wnioski i konkretne działania, które coś zmienią. Będzie tak, jak zawsze.

Więcej o: