Kelner mógł zdekonspirować negocjacje PZN. Pokręcony wybór nowego trenera skoczków

Jak Polski Związek Narciarski wpadł na pomysł zatrudnienia Thomasa Thurnbichlera? Dlaczego prawie wszystkie drogi prowadziły do 32-letniego Austriaka i jak to się stało, że krakowski kelner był bliski zdekonspirowania negocjacji z jednym z trenerów. Ujawniamy, jak wyglądał proces wyboru nowego szkoleniowca polskich skoczków, a także nazwisko największego konkurenta Thurnbichlera.

Choć umowa trenera Michala Doleżala wygasała po sezonie 2021/2022, to przed ostatnią zimą raczej nikt w Polskim Związku Narciarskim nie zakładał, że będzie to ostatni sezon ze sztabem, któremu przewodził Czech. Ba, na koniec poprzedniej zimy prezes związku Apoloniusz Tajner odpowiadał na liczne pytania w stylu "Dlaczego jeszcze nie przedłużamy wygasającego za rok kontraktu z Doleżalem?". W PZN liczono, że sezon 2021/2022 nie będzie się wiele różnił od poprzednich, a system zbudowany przez Stefana Horngachera, poprzednika Doleżala, przetrwa z dobrymi wynikami jeszcze przynajmniej sezon olimpijski.

Zobacz wideo Adam Małysz ujawnia plan na nowego trenera skoczków. "Rozmowy trwają i są bardzo zaawansowane"

Zdecydował brak zdecydowania 

Listopad i grudzień 2021 roku szybko dały jednak odpowiedź, że coś w naszych skokach się wypaliło. Kto wie, czy kluczowym momentem, który zdecydował o rozpoczęciu poszukiwań nowego trenera, nie była sytuacja z początku grudnia i Pucharu Świata w Wiśle.

Wtedy biało-czerwoni zaliczyli najgorsze domowe konkursy od ponad 20 lat, a Apoloniusz Tajner i Adam Małysz zaczęli domagać się działań, które miały uratować zimę. Tylko że napotkali na opór ze strony sztabu, który nie chciał wprowadzać paniki, np. ordynując dodatkowe zgrupowanie. Doleżal i jego asystent Grzegorz Sobczyk byli temu przeciwni. Ale ostatecznie się ugięli.

Do Ramsau pojechał Sobczyk z innym asystentem, Maciejem Maciusiakiem. Szybko się jednak okazało, że trenerzy podjęli decyzję o powrocie po zaledwie pięciu treningach na skoczni. Tajner czy Małysz byli bardzo zdenerwowani. Doskonale wiedzieli, że zgrupowanie było za krótkie, by ustabilizować formę. Ba, ostatecznie nie do końca zadowolony był z tego także Doleżal, który miał dać temu wyraz. A kolejne konkursy w Klingenthal i Engelbergu nie przyniosły nic dobrego. A gdy wydawało się, że forma Kamila Stocha wystrzeli po podium w Klingenthal, to przytrafiło się zapalenie zatok, które kompletnie go rozbiło.

Kiedy zaczęły się poszukiwania?

Mniej więcej w okolicach Turnieju Czterech Skoczni PZN dostał jasny sygnał, że trenerzy nie mają pomysłu na poradzenie sobie z kryzysem. Federacja cały czas zapewniała, że nie będzie zwalniała szkoleniowców przed końcem sezonu, ale równocześnie rozpoczęła poszukiwania na rynku trenerskim.

PZN wiedział również, że nie można popełnić błędu z 2019 roku, gdy Polskę opuszczał Horngacher. Wtedy do końca liczyliśmy, że Austriak z nami zostanie i nie prowadziliśmy rozmów z potencjalnymi następcami. A to był duży błąd, bo gdy następca nagle stał się potrzebny, to ostatecznie jedyną opcją był dla nas Doleżal - wszyscy zagraniczni szkoleniowcy mieli już kontrakty lub nie chcieli zmieniać pracy. Dlatego tym razem PZN chciał dać sobie więcej czasu i rozpoznanie rynku trwało zdecydowanie dłużej. Choć ostateczne negocjacje i tak odbyły się już w drugiej połowie marca. 

Pierwszym, naturalnym kierunkiem dla związku był Alexander Stoeckl, który od 2011 jest trenerem Norwegów. Po sezonie kończył mu się kontrakt, więc Austriak był otwarty na luźne dyskusje dotyczące przyszłości. Już w czasie PŚ w Zakopanem, czyli w połowie stycznia, okazało się jednak, że Stoeckl zostanie w Norwegii. Jego rodzina nie chciała zmieniać miejsca zamieszkania, a Austriak uważał, że praca w stylu Horngachera czy Doleżala - czyli dolatywanie z miejsca zamieszkania na akcje szkoleniowe - po prostu mija się z celem. 

Kelner mógł ujawnić negocjacje?

W połowie stycznia głośno zrobiło się również o Mice Kojonkoskim. Legendarny fiński trener, który przed sezonem olimpijskim został niespodziewanie zwolniony z reprezentacji Chin, zaczął dawać do zrozumienia, że interesuje go praca w Polsce. Nawet jego otoczenie sugerowało nam, że Fin chętnie przejmie Polskę po sezonie.

Kojonkoski wydawał się bardzo zmotywowany. W styczniu przyleciał nawet do Krakowa, by spotkać się z przedstawicielami PZN. Choć wszystko odbywało się w dużej konspiracji, to w jednej z krakowskich restauracji natknął się na niego kelner, który był... wielkim kibicem skoków narciarskich. Ostatecznie jednak tajemnica nie wyszła na jaw przed igrzyskami - nie chciał tego nikt w związku, jak również sam Kojonkoski.

Dlaczego Fin ostatecznie do Polski nie trafił? Można usłyszeć, że jego żądania finansowe były lekko absurdalne. Nie wiadomo, ile dokłanie chciał zarabiać, ale można było usłyszeć, że ponad dwa razy więcej niż dostawał u nas Horngacher. A dziś wiemy, że zarobki Austriaka wynosiły około 10-12 tysięcy euro.

PZN takimi pieniędzmi dysponuje, ale nie dla jednego trenera, tylko cały sztab. Ten, który zbudował Thomas Thurnbichler, składa się z trzech zagranicznych szkoleniowców. Do tego dojdzie także dodatkowy polski asystent. I trudno przypuszczać, by łącznie zarabiali mniej niż chciał sam Kojonkoski. Ale Fin jednak przeszarżował.

W przypadku Kojonkoskiego decydowały też inne kwestie, jak np. to, że mieszkałby w Finlandii, a większość treningu nadzorowaliby polscy asystenci. A PZN chciał wpuścić nowych ludzi i nowe spojrzenie do polskich skoków. Ostatecznie wszystko wskazuje na to, że Kojonkoski zostanie dyrektorem skoków i kombinacji norweskiej w Finlandii.

Walter Hofer i Thomas ThurnbichlerWalter Hofer przestrzega Thurnbichlera przed pracą w Polsce

Szerokie poszukiwania w Austrii. Drogi prowadziły do Thurnbichlera

Mniej więcej równolegle do negocjacji z Kojonkoskim toczyły się także szeroko zakrojone rozmowy i skauting na austriackim rynku. W tym obszarze najbardziej aktywni byli Małysz, Wojciech Gumny (wiceprezes PZN) i Jan Winkiel (sekretarz generalny), którzy kilka razy jeździli do Austrii. Prowadzili dziesiątki rozmów telefonicznych. Oczywiście na pierwszy ogień poszły znane nazwiska. Choć każdy wiedział, że to mało realne, to kurtuazyjnie rozmawiano z Wernerem Schusterem, byłym trenerem reprezentacji Niemiec. Ten szybko podziękował jednak za zainteresowanie. Stwierdził, że nie chce jeszcze wracać do pracy z kadrą.

Największą sensacją były jednak rozmowy z Alexandrem Pointnerem. Legendarny austriacki trener w pewnych kręgach uchodzi za sportowego dziwaka, więc do rozmów z nim podchodzono z olbrzymią rezerwą, ale wszyscy w związku potwierdzają, że byli zaskoczeni ich przebiegiem. Pointner przygotował naprawdę interesujący plan dla polskich skoków. Dał się poznać jako niezwykle otwarta i chętna na dyskusję osoba. Jeszcze 19 marca wydawało się, że to on obejmie reprezentację Polski. Pointner miał być menadżerem, Thurnbichler - przejąć rolę trenera, Mathias Hafele - być trenerem odpowiedzialnym za sprzęt. Pointner chciał również, by Marc Noelke odpowiadał za przygotowania fizyczne i mentalne.

Gdy doszło do finalizacji rozmów, obie strony nieco się jednak poróżniły. Oficjalnie - przez zbyt mały budżet. Nieoficjalnie? Nawet w poufnych rozmowach obie strony dżentelmeńsko zostają przy kwestiach finansowych. Choć nie można wykluczyć, że decydować mogło też coś innego.

Skąd wziął się Thurnbichler?

Nie da się ukryć, że nazwisko Thurnbichlera było na liście PZN było dużo wcześniej. Właściwie każdy Austriak go polecał, trudno było usłyszeć o nim złe zdanie. Być może przełomowym momentem dla związku był ten, w którym Pointner przedstawił go w swoim planie na reprezentację Polski w roli trenera odpowiedzialnego za techniczną stronę skoków. PZN dostał wówczas kolejny sygnał, że warto zainwestować w 32-latka, skoro nawet Pointner chce by to Thurnbichler był de facto trenerem.

Przypadkiem okazało się więc, że ojcami chrzestnym nowego rozdania w polskich skokach zostały austriackie legendy - Pointner i Toni Innauer, który w czasach Pointnera był dyrektorem reprezentacji. Nie da się ukryć, że obaj na pewno pomagali Thurnbichlerowi w negocjacjach z naszą kadrą. Są też jego mentorami. A po fiasku negocjacji Pointnera z PZN szybko okazało się, że do Polski trafił dokładnie ten sztab, którego polecał były trener Austriaków.

Wydaje się, że najwięcej znaków zapytania mogło być w stosunku do Niemca - Marca Noelke. Głównie przez dawne wydarzenia z reprezentacji Niemiec. PZN potrzebował więc trochę czasu na jeszcze dokładniejszy skauting. Rozmawiano z przedstawicielami innych dyscyplin, którym ostatnio pomagał. I ostatecznie zdecydowano się na jego zatrudnienie. A Noelke przedstawił bardzo konkretne plany działań i budowy nowego systemu. 

Kto był rywalem Thurnbichlera?

Dziś wydaje się, że największym rywalem Thurnbichlera do objęcia naszej reprezentacji był Nik Huber. Wielkim zwolennikiem 53-letniego Austriaka jest były znakomity skoczek Andreas Goldberger, który nawet skontaktował trenera z Małyszem. Według naszych informacji Huber bardzo chciał przyjść do Polski, ale związek ostatecznie się na niego nie zdecydował. I to pomimo potężnego doświadczenia Hubera i długiej listy jego sukcesów - to on był szkoleniowcem, który pomógł Wolfgangowi Loitzlowi wygrać Turniej Czterech Skoczni i mistrzostwo świata w 2009 roku, gdy był jego osobistym trenerem. Niedługo później Huber pod swoimi skrzydłami miał również Andreasa Koflera, z którym również udało mu się wygrać Turniej Czterech Skoczni. Pracował również z Thomasem Morgensternem i Gregorem Schlierenzauerem.

Po kilkuletniej przerwie na pracę w kombinacji norweskiej, a także zawodowy wyjazd do USA, w 2019 roku Huber wrócił do Austrii, gdzie zaczął pracę w ośrodku szkoleniowym w Eisenerz. Ostatnio spod jego ręki wyszedł m.in. niezwykle utalentowany skoczek Jan Hoerl, który wygrał konkurs PŚ. A teraz jest trenerem m.in. Markusa Muellera, który zdobył brązowy medal na niedawnych mistrzostwach świata juniorów w Zakopanem.

PZN ostatecznie zdecydował się jednak na sztab Thurnbichlera. Być może dlatego, że od razu dostał gotowy plan sztabu przygotowany przez Pointnera. Dodatkowo Thurnbichler zamieszka w Krakowie, gdzie dołączy do Hafele, który już w Krakowie mieszka ze swoją polską partnerką. A to powinno znacznie ułatwić pracę. 

Więcej o: