Dyrektor Pucharu Świata zapowiada zmiany w skokach. "Nigdy nie chcemy widzieć czegoś podobnego"

Jakub Balcerski
- Wiemy, że w kolejnych latach zmieni się klimat. To oznacza silniejsze podmuchy wiatru i zagrożenie dla naszej dyscypliny, więc musimy dokonać ważnych zmian. I lot bliżej zeskoku to jedna z nich - Sandro Pertile, dyrektor Pucharu Świata w skokach narciarskich, szczerze i drobiazgowo ocenia dla Sport.pl zakończony właśnie trudny sezon. Włoch mówi także o tym, co trzeba zmienić.

W zakończonym właśnie sezonie skoków narciarskich wielokrotnie na Sport.pl ocenialiśmy pracę działaczy Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS). Pisaliśmy o skandalach podczas konkursów Pucharu Świata, wychwytywaliśmy trudne do zrozumienia błędy jury, zauważaliśmy niekonsekwencje w pracy osób zajmujących się kontrolą sprzętu i zbyt duży wpływ na wyniki tych, którzy zarządzają dyscypliną. Pisaliśmy też o tym, że skoki wymagają sporych zmian.

Zobacz wideo Michniewicz wziął na celownik dziennikarzy. "Karty są po jego stronie"

Teraz oddajemy głos dyrektorowi Pucharu Świata, Sandro Pertile. Włoch dostał możliwość przedstawienia "swojej wersji wydarzeń": własnego podsumowania sezonu bez kontr w postaci negatywnych opinii ze środowiska, ale także wskazania, gdzie jego zdaniem skoki narciarskie mają zmierzać w przyszłości. Zadaliśmy mu pięć pytań.

- o ocenę sezonu 2021/2022: czy skoki poszły o krok do przodu, czy cofnęły się w rozwoju względem poprzednich lat?

- Mieliśmy jedenastu indywidualnych zwycięzców z pięciu różnych krajów i 19 zawodników na podium z sześciu różnych krajów. Nie było tak, jak w poprzednim sezonie, kiedy rywalizację zdominował jeden zawodnik. To, że było więcej rotacji na podium, sprawiło, że nasz sport był bardziej otwarty niż w zeszłym sezonie. Do tego rywalizacja o Kryształową Kulę niemalże do ostatniego skoku w Planicy nie była rozstrzygnięta, a w trakcie całego sezonu toczyła się zacięta walka pomiędzy Karlem Geigerem i Ryoyu Kobayashim. W Pucharze Narodów nie mogliśmy być pewni niczego do rozstrzygnięć finałowej serii ostatniego konkursu sezonu.

To trudny moment dla skoków narciarskich, bo wiemy, że w ciągu kilku sezonów stracimy co najmniej kilka, jeśli nie większość najlepszych zawodników, którzy doszli do tego poziomu w ostatnich latach. Musi nastąpić pewna zmiana warty. Ale w tym sezonie pokazały się nowe twarze. To świeżość, której było nam trzeba, bo wierzę, że wśród tych zawodników, którzy debiutowali na podium w tym sezonie, są przyszłe gwiazdy naszej dyscypliny. 

Kamil Stoch i Adam MałyszMałysz usłyszał od Stocha: Nie życzę sobie. Ujawniamy, gdzie jest kasa, gdzie jest klasa

Każdy konkurs miał jakąś własną historię. Mogła być oparta o pozytywne, albo negatywne wydarzenia, ale przynosiła ożywienie, sprawiała, że zawody stawały się na swój sposób wyjątkowe. Przykra była choćby sprawa wypadnięcia Ryoyu Kobayashiego po zakażeniu koronawirusem w Ruce, gdy jednego dnia wygrał konkurs, a potem nie mógł wystartować w kolejnym. Piękna okazała się za to historia Daniela Andre Tandego i jego zwycięstwa na legendarnej skoczni Holmenkollen w Oslo niemalże rok po tym, jak leżał nieprzytomny i walczył o życie po upadku w Planicy. Wszystko to przynosiło wielkie emocje, a nimi żyjemy przez cały sezon. 

Pod względem organizacyjnym ten sezon był o wiele większym wyzwaniem niż cały poprzedni. To może wydawać się dziwne, ale spójrzmy na to od strony niespodziewanych wydarzeń. W 2020 i 2021 roku zasada była prosta: nie ma kibiców. Do tego trzeba było przystosować model organizacji zawodów i go stosować. Teraz mieliśmy już jednak zmniejszanie liczby kibiców na trybunach i często podejmowane na ostatnią chwilę decyzje o tym, żeby rozgrywać zawody zupełnie bez fanów. Wszystko zależało od przepisów w poszczególnych krajach i rozwoju wzrostu zakażeń. Wyzwaniem były też te, na które wpuszczaliśmy kibiców. W styczniu pojawiało się sporo zakażeń wśród sztabów i samych skoczków. Nikt nie mógł być pewny, że będziemy gotowi skakać w każdy weekend. 

Kolejnym trudnym momentem było z pewnością Lahti, kiedy musieliśmy odesłać do domów naszych przyjaciół z Rosji. Tych, którzy codziennie spotykali się z nami na skoczni, stołówce, czy w hotelu. W skokach wszyscy jesteśmy przecież małą rodziną. Liczymy około 200 osób i kiedy "tracisz" członka tej rodziny, to jasne, że nie będzie to łatwym doświadczeniem.

- o pracę jury: czy nie wpływała za bardzo na rywalizację?

- Oceniam ją dobrze. W wielu momentach sezonu członkowie jury wykonywali niesamowitą robotę. Były też bardzo dziwne sytuacje, jak ta, kiedy aż 14 razy zmieniano belkę podczas konkursu w Oberstdorfie. W tym sezonie zdaliśmy sobie jednak sprawę z tego, co ma największy wpływ na kwestię ustawienia belki. Pewnie wielu się zdziwi, że teraz - poza wiatrem czy stanem torów najazdowych - to także kierunek rozwoju sprzętu. To on zyskuje coraz większą rolę w naszym sporcie i pojawiają się sytuacje, w których nie możemy ryzykować zdrowia zawodników, pozwalając im na skok z wysokiej belki w tak podatnym na zmiany warunków sprzęcie.

W Oberstdorfie doszło do najgorszego możliwego przypadku dla jury: zarządzania konkursem przy wietrze, który wielokrotnie się zmieniał, ale pozostawał w wyznaczonym korytarzu. To dzięki tak czułym na podmuchy kombinezonom, nartom i innym elementom sprzętu skoczków, stało się tak, że różnice w odległościach przy zmianach belek znacznie odbiegały od tych, które pojawiają się zazwyczaj. To nie było już tylko pięć, tylko raczej 20-25 metrów. Jesteśmy tylko ludźmi i w pewnych przypadkach pojawiły się spore błędy, które nikomu, a zwłaszcza zawodnikom, którym przytrafiały się skoki przy źle dobranej belce, nie mogły się podobać. 

Jednak jeśli spojrzeć na cały sezon, muszę powiedzieć, że z tego aspektu możemy być zadowoleni. Pod kątem samych warunków w tym sezonie mieliśmy sporo szczęścia. Tylko kilka razy były wyraźne problemy z dokończeniem konkursów, udało nam się wypełnić cały kalendarz Pucharu Świata i odwołana musiała zostać tylko jedna seria. Pewnie, zawsze mogło być lepiej, możemy dyskutować o poszczególnych zawodach, ale w tak trudnych okolicznościach przeprowadzenie wszystkich konkursów to nasz mały sukces. 

- o rozwój sprzętu: czy FIS potrafił nim zarządzać i czy wpłynął pozytywnie na sezon?

- Rozwój sprzętu w ostatnich latach bardzo pomógł zwiększeniu bezpieczeństwa w skokach. Zatem teraz musimy bardzo uważać na ten aspekt. Dlatego nie możemy dopuszczać sprzętu niezgodnego ze standardami bezpieczeństwa, a z każdym nowym elementem trzeba być maksymalnie ostrożnym. 

Zmiana kontrolera sprzętu w Pucharze Świata nie była łatwą decyzją i procesem. Mika Jukkara starał się wykonywać swoje zadania najlepiej, jak mógł, ale w kilka miesięcy nie da się nauczyć wszystkiego na tyle dobrze, żeby wyglądać, jak Sepp Gratzer z 30-letnim doświadczeniem pracy w FIS i przy sprzęcie, a także nawet tworzeniu przepisów. A każdy producent sprzętu przed igrzyskami próbował wydobyć ze swoich produktów coś ekstra dla swoich zawodników. Teraz mamy zamiar przede wszystkim zbliżyć się do nich i zaproponować o wiele jaśniejszy i sprawiedliwy dialog. To nie było naszą mocną stroną, zwłaszcza przez ostatnie miesiące. Wiedzą już, że muszą prezentować sprzęt zawsze przed sezonem i nie chować niczego, nawet na najważniejsze imprezy.

Czymś bardzo trudnym do zniesienia dla naszego sportu był konkurs drużyn mieszanych podczas igrzysk w Pekinie. Pięć dyskwalifikacji, presja mediów, którą odczuwaliśmy tego dnia i ogólne poczucie, że coś takiego nie powinno się wydarzyć - to wszystko nam wówczas towarzyszyło i do dziś nie jest łatwo zaakceptować, jak to wyglądało. Nigdy nie chcemy już widzieć czegoś podobnego.

Wiosną zmiany sprzętowe - w zasadach, kontroli sprzętu, współpracy z producentami, czy stanowiskach FIS - będą najważniejszym tematem naszych dyskusji pod kątem kolejnego sezonu. Wiemy, że teraz kombinezony wielokrotnie przekraczały dozwolone limity. Ogółem, im bliżej końca sezonu, tym sytuacja stawała się lepsza. Potwierdzali to nam także zawodnicy. 

Apoloniusz Tajner i Thomas ThurnbichlerKabaret. PZN odcina się od słów swojego prezesa. Komunikacyjny chaos

- o atrakcyjność skoków: czy była wystarczająca, żeby utrzymać lub zwiększyć popularność dyscypliny?

- Mam konkretną wizję skoków, której się trzymam i opowiem o niej szczerze. Widziałem w tym sezonie kilka pozytywnych aspektów w zgodzie z tym, co według mnie powinno mieć miejsce na skoczni. 

Po pierwsze: wszyscy zawodnicy powinni mieć możliwość lądowania swoich skoków telemarkiem. Chodzi o to, żeby nikt nie karał ich za zbyt daleki skok, przy którym nie ma już szansy na zgromadzenie tylu punktów za styl, co przy skoku o kilka metrów krótszym z idealnym telemarkiem. Chcę, żeby zawody przez to były fair dla wszystkich zawodników.

Po drugie: krótsze skoki pomagają zawodnikom unikać kontuzji, zwłaszcza więzadła krzyżowego. Takie poważne urazy często oznaczają koniec kariery dla wielu skoczków, więc staramy się stawiać kolejne kroki, żeby tego unikać. I w tym sezonie, jeśli niczego nie pominąłem, nie mieliśmy poważnych urazów u zawodników. Skaczemy krócej niż w przeszłości, to jasne, ale moim zdaniem te dwie kwestie w pełni wynagradzają nam to, że czasem tych naprawdę dalekich skoków jest trochę mniej.

Atrakcyjność zawodów zależy dziś często od profilu skoczni. W Vikersund byłem przy 254. metrze i widziałem, że to niemożliwe, żeby dzisiaj wylądować tam dalej niż Stefan Kraft lądował pięć lat temu. Nawet te pół metra dalej niż obecny rekord spowodowałoby ryzyko, że zawodnik może nie wylądować w bezpieczny sposób. Nie będzie stał na nogach. Ugnie je i albo uda mu się nie podeprzeć próby, albo będzie ryzykował upadkiem przy lądowaniu. Uważam, że wciąż możemy zaoferować naprawdę dobre widowisko, jeśli zawodnicy nie ustanawiają nowych rekordów skoczni w każdy weekend. Wiem, że skoki to emocje, ale tu pomaga nam zielona linia i walka w trakcie konkursu, a ta może być bardzo zacięta tak, jak w tym sezonie. Spojrzałbym na to, jak przebiegały ostatnie konkursy w Planicy: loty wielokrotnie ocierały się o 250 metrów, nie przekroczyliśmy rekordu świata, a jednak został zachowany element show. Czyli się da. 

Profil skoczni w Vikersund zapewnia loty bardzo nisko nad zeskokiem, co mi się podoba. Ta trajektoria lotu ma przyszłość. Przynosi dwie bardzo ważne zalety. Jeśli przydarzy się upadek, jak u Daniela Andre Tandego rok temu w Planicy, zawodnik nie spada z wysoka. To przekłada się na większe bezpieczeństwo zawodnika nawet w tak trudnej sytuacji. Do tego wierzę, że to właśnie ten sposób zapewni nam coraz więcej lotów w przestrzeń od 240. do 250. metra. W to celujemy: żeby nie było ogromnej różnicy pomiędzy najlepszą i najgorszą odległością, co będzie też oznaczało niewielkie różnice wśród zawodników w czołówce.

Wiemy też, że w kolejnych latach w sporym stopniu zmieni się klimat. To oznacza silniejsze podmuchy wiatru i zagrożenie dla naszej dyscypliny, więc musimy dokonać ważnych zmian. I lot bliżej zeskoku to jedna z nich. To krok, który pozwoli nam na budowanie większych skoczni w przyszłości. Projekt "Bezpieczny profil" będzie rozwijany, a jednym z narzędzi, które pomoże przeprowadzić nam go w jak najlepszy sposób, jest czujnik podający prędkość i wysokość skoczków w locie, który stosujemy podczas coraz większej liczby zawodów.

Oczywiście słyszę, że odbiór tego sezonu w Polsce był negatywny, ale mam wrażenie, że wpływa na to także to, jakie wyniki osiąga polska kadra. Cóż, jeśli spytałbym o to słoweńskich kibiców, pewnie nie mieliby do nas żadnych zastrzeżeń. Mam świadomość, że produkt, jaki tworzy Puchar Świata w skokach narciarskich nie jest idealny i pewnie jeszcze długo nie będzie. Tworzymy małe rzeczy, które go uatrakcyjniają - jak ujęcia z drona, które testowaliśmy w Vikersund, Zakopanem, czy Wiśle. Tylko wszystko odbiera się nie za pomocą otoczki, a po wynikach. I to dla mnie jasne, że na odczucia kibiców wpływa także to, że ich ulubiony zawodnik, czy - jak w przypadku Polski - niemalże cała kadra ma kryzys. 

- o wnioski, z których skorzysta w kolejnym sezonie

- Ten sezon mógł być o wiele gorszy. Mógł przynieść słabsze wyniki, mniej emocji i o wiele większe problemy. Przy wspomnianych już wcześniej, niełatwych dla nas okolicznościach potrafię dostrzec pozytywy i stwierdzić, że jestem zadowolony z tego, jak wyglądał. 

Mika Kojonkoski nie pracuje już w Chinach. Kuriozalny sposób zwolnienia legendarnego trenera skoczkówMika Kojonkoski powraca. Znalazł nową pracę. Dziennik "Ilta Sanomat" potwierdza

Chcemy, żeby sezon 2022/2023 był już tym, w którym tak wiele nie będzie narzucała epidemia koronawirusa. Celem jest sezon pod znakiem modelu "Covid-free", ale nie wiemy, czy uda się do tego doprowadzić. Mocno na to liczymy, ale musimy mieć w głowie, że trzeci sezon z obostrzeniami nie jest niemożliwy.

Cel sportowy i wizerunkowy na kolejny sezon pokazała Planica. Poziom zawodów był wysoki, a święto stworzone przez kibiców piękne. I w taki sposób chcemy się rozwijać.

Więcej o: