Małysz usłyszał od Stocha: Nie życzę sobie. Ujawniamy, gdzie jest kasa, gdzie jest klasa

Łukasz Jachimiak
Dostali pieniądze na 300 kombinezonów. Na ich pensje poszły 3 miliony złotych. A Kamil Stoch mógł się wahać, ile tylko chciał i z Turnieju Czterech Skoczni wrócić, wykorzystując dopiero trzeci bilet lotniczy. Za wszystko płacił Polski Związek Narciarski. PZN w fatalnym stylu żegnał się z Michalem Doleżalem i Grzegorzem Sobczykiem a teraz kompromituje się z (nie)ogłaszaniem nazwiska nowego trenera. Ale naprawdę nie tylko działacze powinni mieć moralnego kaca.

- Wiele można nam zarzucić, ale nie żałowanie kasy na skoczków i trenerów - usłyszeliśmy od jednej z najważniejszych postaci Polskiego Związku Narciarskiego.

Od tygodnia na jedną z największych polskich federacji sportowych spada lawina krytyki. PZN w amatorski sposób rozwiązał trudną kwestię rozstania z trenerami kadry skoczków. W czwartek, na początku kończącego sezonu weekendu Pucharu Świata w Planicy, wiceprezes Wojciech Gumny i dyrektor Adam Małysz spotkali się z Michalem Doleżalem i przekazali mu, że nie dostanie oferty nowej umowy. Dotychczasowa wygasa 31 marca. Małysz i Gumny pozostawili Doleżalowi kwestię poinformowania o wszystkim kibiców. A czeski trener ogłosił to w piątek przed kamerą Eurosportu. I wtedy się zaczęło.

Zobacz wideo ZAKSA o krok bliżej finału Ligi Mistrzów

Pożar, który benzyną podlali Stoch, Kubacki i Żyła

Dziennikarz stacji Kacper Merk, który rozmawiał z Doleżalem, zrozumiał, że to Czech zrezygnował z pracy w Polsce, a nie Polska z niego. Trener nie do końca to sprostował i choć doprecyzowanie ze strony PZN-u pojawiło się dość szybko, to kibice nie wiedzieli komu wierzyć. A benzyny do ognia dolewali tylko najlepsi polscy skoczkowie: Piotr Żyła, Dawid Kubacki i przede wszystkim Kamil Stoch.

Żyła i Kubacki narzekali głównie na to, że wobec rozstania z Doleżalem i braku trenera nie wiedzą, co i jak mają robić. Kubacki żartował nawet gorzko, że pójdzie do pośredniaka poszukać nowej pracy. Obaj byli rozżaleni, że Doleżal i jego sztab nie dostaną szansy naprawienia tego, co im nie wyszło. Jeszcze dalej poszedł Kamil Stoch. On nie tylko bronił trenerów po słabym, zdecydowanie najgorszym od lat sezonie, ale też sugerował, że PZN szuka oszczędności. I zapowiadał, że jeśli będzie taka potrzeba, to może sam finansować swoje przygotowania i mieć takiego trenera, z jakim chce pracować.

Stoch bardzo narzekał, że z nim i z jego kolegami nie skonsultowano decyzji o nieprzedłużaniu umów ze sztabem trenerskim. Jak się okazało, takie konsultacje były planowane, ale Doleżal - mając oferty z innych krajów - poprosił PZN o przyspieszenie decyzji. Tak, żeby ewentualnie już w Planicy mógł znaleźć sobie nowe zatrudnienie. Polska strona poszła Czechowi na rękę. I czasu na konsultacje z zawodnikami zabrakło.

Ale Małysz o przyszłości trenerów rozmawiał wcześniej z Żyłą, a ze Stochem chciał rozmawiać dwa tygodnie przed Planicą, w Vikersund. Wtedy usłyszał od Kamila, że ten nie życzy sobie takich rozmów w tym momencie, gdy sezon jeszcze trwa. W Planicy Małysz wysłał do Stocha sms z propozycją rozmowy. Odpowiedzi nie dostał.

Małysz trzymał nad Stochem parasol. A Stocha zawsze drażnił ten cień

W Planicy Małysz został za to przez Stocha wyśmiany. Trzykrotny mistrz olimpijski zareagował głośnym, teatralnym śmiechem, gdy Kacper Merk stwierdził przed kamerą Eurosportu, że Adam Małysz i PZN podobno mają zamiar konsultować ze skoczkami kandydatury trenerów, którzy chcieliby zastąpić Doleżala.

We wtorek 29 marca PZN oficjalnie potwierdził, że rozstaje się z Doleżalem i jego asystentem Grzegorzem Sobczykiem. Nowym trenerem ma być Austriak Thomas Thurnbichler, a z nim mają przyjechać zagraniczni asystenci. O ile PZN niczego nie zepsuje na ostatniej prostej. A że może zepsuć, widać po ogromnym zamieszaniu stworzonym przez prezesa Apoloniusza Tajnera. W czwartek 31 marca szef PZN-u był w Polskim Komitecie Olimpijskim, gdy nagrody za olimpijski medal odbierali Kubacki i Doleżal. Tam ogłosił, że Thurnbichler to już nasz trener. Kilka godzin później PZN opublikował komunikat, że nic jeszcze nie jest przesądzone!

Tajner spotkał się też ze Stochem - 29 marca, po posiedzeniu zarządu. Wtedy przekazał liderowi kadry, że mimo jego protestów Doleżal i Sobczyk definitywnie odchodzą. Tajner wziął na siebie rozmowę ze Stochem, bo Stoch i Małysz, niestety, się nie dogadują.

Obecny mistrz od początku swojej kariery alergicznie reagował na naturalne porównania do swojego wielkiego poprzednika. Owszem, w 2011 roku w Planicy Stoch pięknie, tanecznie, żegnał kończącego karierę Małysza. Owszem, już w 2014 roku Małysz potrafił publicznie ogłosić, że Stoch jest od niego lepszy, bo zdobył złoto olimpijskie, a on miał "tylko" trzy srebra i brąz. Owszem, Małysz - mimo że zajął dyrektorski stołek i de facto wszedł w rolę szefa Stocha - potrafił wystawać w deszczu z parasolem trzymanym nad Stochem, gdy ten udzielał wywiadów po wielkich zwycięstwach. Ale jednocześnie Stoch bardzo rzadko zgadzał się ze spostrzeżeniami Małysza, a Małysz nigdy nie bawił się w dyplomatę i o Stochu, a także o innych naszych skoczkach, zawsze prosto z mostu mówił to, co myśli i co widzi.

Małysz mówił za dużo

We właśnie zakończonym sezonie Małysz bywał w swoich opiniach surowy. Potrafił powiedzieć, że na miejscu Doleżala nie zabrałby prawie nikogo na Turniej Czterech Skoczni. Gdy Kubacki skakał słabo, a jednocześnie mówił, że widzi, że wszystko idzie w dobrym kierunku, Małysz się nie zgadzał i publicznie pytał, po czym Dawid to widzi.

Aktualni mistrzowie mieli i mają o to pretensje do swojego poprzednika. Za złe mają mu też, że naciskał na sztab trenerski, by wobec słabych występów w Pucharze Świata wycofywał ich z rywalizacji i zabierał na treningi.

Tylko czy Małysz jako dyrektor PZN-u nie miał prawa próbować przekonywać sztab do swojej wizji? Czy jako autorytet w świecie skoków nie mógł pozwolić sobie na szczere opinie w momentach, w których mistrzowie świata mieli problem z punktowaniem w kolejnych konkursach? Można dyskutować o tym, czy powinien ostrożniej dobierać słowa, czy niektóre z przemyśleń powinien zachować dla siebie. Ale trudno uznać, że przekroczył swoje uprawnienia. A już na pewno nie jest tak, że to Małysz jakimiś intrygami wszystko zepsuł, że to jego działania sprawiły, że polskie skoki z jednych z najmocniejszych na świecie stały się w minionym sezonie przeciętne, by nie powiedzieć słabe.

Z Małyszem tak, bez Małysza nie. Wrócił i pomógł

Jeśli przyjmiemy szerszą perspektywę czasową, to zobaczymy, że jest wręcz odwrotnie. W 2016 roku polskie skoki żegnały się z trenerem Łukaszem Kruczkiem, pod którego wodzą nasi zawodnicy wyskakali tamtej zimy jedno podium na 35 konkursów PŚ. I to właśnie wtedy, w chwili kryzysu, Małysz zgodził się przyjąć dyrektorskie stanowisko w związku. I właśnie on sprowadził do Polski Stefana Horngachera. Austriak stawiał sprawę jasno - z Małyszem tak, bez Małysza nie.

Z Horngacherem w roli trenera, Doleżalem w roli jednego z asystentów oraz z Małyszem w roli dyrektora zbudowaliśmy potęgę. Doczekaliśmy się drużyny, która praktycznie nie schodziła z podium, która zdobyła mistrzostwo świata i medale wszystkich innych imprez. Stoch z trzeciej światowej dziesiątki wrócił na szczyt. A doskoczyć na najwyższy poziom, czyli do wygrywania i do miejsc w czołówce Pucharu Świata, zdołali też Żyła i Kubacki, a momentami również Maciej Kot, Stefan Hula i Andrzej Stękała.

Kruczka też bronił. Stoch lojalny wobec przyjaciół

Era Horngachera i Doleżala była wyjątkowa, najlepsza w historii polskich skoków. Ale się skończyła. Stoch, który w jej trakcie był jednym z najlepszych skoczków na świecie, teraz bronił Doleżala i Sobczyka jak niepodległości. Jego prawo. Ale tu chodzi o więcej niż sport, chodzi o relacje, o przyjaźnie. Lojalność to piękna cecha. Jednak bywa tak, że sport od sfery osobistej po prostu trzeba oddzielić.

Tym bardziej, że Stoch powinien to wiedzieć z autopsji. W 2016 roku lider kadry początkowo nie zgadzał się na rozwiązanie, które przygotował PZN. Mimo słabiutkich wyników nie był zwolennikiem zmiany szkoleniowca, myślał za to o stworzeniu swojej ekipy z Kruczkiem w roli trenera. Ostatecznie się na to nie zdecydował. I chyba nie żałuje.

Teraz historia trochę się powtarza. Stoch twierdzi, że Doleżal i Sobczyk wciąż są w stanie wykorzystać potencjał, który on sam wciąż ma. Ale fakty są takie, że nie tylko przez cały sezon 2021/2022, ale także już przez drugą część sezonu 2020/2021, ci trenerzy nie potrafili mu pomóc w ustabilizowaniu formy i utrzymaniu się w czołówce.

Tuż przed igrzyskami w Pekinie w dużej rozmowie ze Sport.pl Stoch mówił, że ta zima jest jak rollecoaster. Ale też zgodził się, gdy zauważyliśmy, że jego wagonik kolejki górskiej zbyt rzadko się wznosi i za często zjeżdża w dół, by widzieć to tak, jak powiedział.

Prawda jest taka, że przez cały sezon Stoch nie zrealizował żadnego celu. I że najbliżej tego był po wymuszonej kontuzją przerwie, gdy na igrzyskach w Pekinie zajął szóste i czwarte miejsce. Może jednak rację miał Małysz, gdy wcześniej powtarzał, że potrzeba właśnie tej przerwy, spokojnego treningu i dopiero wtedy mogą być efekty? Trener Sobczyk twierdzi, że takie stawianie sprawy to kłamstwo. Ale jakie ma argumenty?

Kto komu co ukradnie? Szpila w przyjaciela Małysza

Nieprawdą są powtarzane przez naszych starszych skoczków twierdzenia, że końcówka sezonu była dla nich wyraźnie lepsza. Nie, jedynym momentem tej zimy, który można uznać za dobry, były igrzyska. Tam mieliśmy się z czego cieszyć, bo brązowy medal wywalczył Kubacki. Po igrzyskach na 12 konkursów Pucharu Świata dwa podia wywalczył Żyła. I to tyle dobrego. A dodać trzeba kompletnie nieudane mistrzostwa świata w lotach, na których nie byliśmy blisko żadnego medalu. I była to pierwsza mistrzowska impreza od 2016 roku, na której polscy skoczkowie nie wskoczyli na podium.

PZN miał prawo uznać, że dotychczasowy sztab nie znajdzie pomysłu na przywrócenie kadry do czołówki. Zwłaszcza, że gdy Doleżał został poproszony o przedstawienie planu, według którego miałby skoczków odrodzić, operował tylko ogólnikami. Powiedział ponoć, że pokaże więcej, jeśli dostanie ofertę nowej umowy. Podobno Stoch uzupełnił to stanowisko mówiąc, że istnieje obawa, że bez gwarancji dalszej pracy Doleżala jego pomysły ukradnie Maciej Maciusiak.

To szpila wbita w trenera, który pomagał wielu polskim skoczkom w różnych momentach ich karier i który prywatnie przyjaźni się z Małyszem. Kiedyś Maciusiak miał też bardzo dobrą relację z Sobczykiem, przyjacielem Stocha. Ale teraz Maciusiak i Sobczyk są tak pokłóceni, że od połowy sezonu zupełnie ze sobą nie rozmawiają, mimo że na papierze byli równoprawnymi asystentami Doleżala.

Kozioł ofiarny niepotrzebny. Potrzebna szczerość i uczciwość

W sobotę Stoch dał mocny wywiad w Eurosporcie, a w niedzielę mówił o moralnym kacu. Dlaczego go czuł? Bo przesadził? Bo dał się ponieść emocjom? Bardzo niedobrze, że PZN rozwiązuje sprawę trenerów nieprofesjonalnie. Ale też bardzo niedobrze, że doświadczonym mistrzom wydaje się, że to oni mają największe prawo do wybierania ludzi do prowadzenia polskiej kadry.

Bardzo nieładne było sugerowanie przez Stocha, że działaczom chodzi o wszystko, tylko nie o dobro polskich skoków. Owszem, ci działacze niestety bywają koszmarnie nieudolni, ale mimo wszystko robią na tyle dużo, że akurat skoczkom nie brakuje ptasiego mleka.

Są w tej grupie pieniądze na inwestycje. Podobno w trakcie minionej zimy sztab uszył około 300 kombinezonów, a koszt jednego stroju to około 2 tys. złotych. Nieoficjalnie dowiadujemy się, że pensje kilkunastoosobowego sztabu przez rok pochłonęły 3 miliony złotych. PZN nie szuka oszczędności na niczym. Dowodem niech będzie sytuacja z Turnieju Czterech Skoczni. Kamil Stoch nie awansował do drugiej serii konkursu w Oberstdorfie, nie awansował do drugiej serii zawodów w Garmisch-Partenkirchen i nie awansował nawet do konkursu w Innsbrucku. Małysz próbował naciskać na sztab, by Kamil został wycofany ze startów. Przekonywał, że lepiej zrobią mu odpoczynek i spokojne treningi. Wskazywał, powołując się na swoje doświadczenie, że warto taki ruch wykonać na zaledwie miesiąc przed igrzyskami. Stoch i trenerzy do takiego wniosku dojrzeli dopiero po tym, jak PZN wykupił dla Kamila trzeci bilet lotniczy.

Przez całą trudną, nieudaną zimę ani razu nie było tak, że dyrektor Małysz, prezes Tajner czy ktokolwiek inny wymusił cokolwiek na zawodnikach albo na trenerach. To niesprawiedliwe, że zwłaszcza z Małysza robi się teraz człowieka, który rzekomo wszystko zepsuł.

A przede wszystkim szkoda, że zamiast efektu synergii, zamiast budującego połączenia doświadczeń i autorytetów, które mają przecież i Małysz, i Stoch, jesteśmy świadkami wbijania szpilek, zakulisowych oskarżeń i podziału na frakcje. W ten sposób na pewno daleko nie doskoczymy.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.