Legenda skoków kompletnie zmieniła życie i zawód. "Skoki to przeszłość"

Już wiadomo, że Alex Pointner nie zostanie trenerem reprezentacji Polski. O blaski i cienie jego ery w reprezentacji Austrii zapytaliśmy Martina Hoellwartha, legendę skoków, która postanowiła kompletnie zmienić swoje życie. - Pointner w pewnym momencie stracił kontrolę nad trenerami i to był problem - mówi w rozmowie ze Sport.pl

Starsi kibice skoków doskonale muszą pamiętać charakterystycznego skoczka, który startował w Pucharze Świata w latach 1991-2008. W tym czasie sięgał po cztery medale igrzysk olimpijskich (zdobył dwa indywidualne srebra w Albertville oraz srebro i brąz w zawodach drużynowych. Kolejno w Albertville i Nagano). Austriak ma również aż sześć medali mistrzostw świata, w tym trzy drużynowe złota. Nigdy nie udało mu się wygrać Turnieju Czterech Skoczni, ale aż trzy razy zajmował drugie miejsce, a raz był trzeci. Swoją karierę zakończył w 2008 roku i od razu objął reprezentację Estonii. Jego przygoda skończyła się we wrześniu 2009 po finansowym krachu estońskiej federacji.

Zobacz wideo Kluczowa rozmowa dla przyszłości polskich skoków. PZN potwierdza

Piotr Majchrzak: Nie ma Cię dużo w austriackich mediach. Próbowałem się dokopać jakichś artykułów, ale z reguły są bardzo stare.

Martin Hoellwarth: Tak, to prawda. Trudno znaleźć cokolwiek, bo pracuję w sklepie Intersport w Innsbrucku. Zajmuję się po prostu sprzedażą sprzętu sportowego.

A pracujesz jeszcze w jakiejś roli w skokach narciarskich, czy zostawiłeś to za sobą?

- Nie, właściwie to jest już przeszłość. Moja kariera w skokach narciarskich jest zamknięta. Oczywiście nadal interesuje się skokami narciarskimi i śledzę je w telewizji. Ale nie będę już chyba pracować w skokach. Chociaż zawsze jak ktoś mnie o to pyta, to potem mam w głowie taką myśl: "a może jednak".

Tuż po zakończeniu kariery zostałeś głównym trenerem estońskiej kadry. Nominacja na stanowisko trenera była dość szybka i niespodziewana, ale jeszcze szybciej się zakończyła. Łącznie trwała nieco ponad rok. 

- To prawda, była krótka. Wszystko rozbiło się de facto o sponsora, który nagle wycofał się ze wspierania naszej reprezentacji. Związek nie miał pieniędzy na opłacenie treningów czy trenerów i zaczęły się duże problemy. Dla mnie i całej drużyny to był cios, bo tak naprawdę wszystko wydarzyło się we wrześniu. Wtedy trudno jest już wrócić do Pucharu Świata, wszystkie drużyny mają obsadzone sztaby.

Za kilka dni koniec sezonu skoków. Czeka nas pewnie dużo zmian na rynku trenerskim. Myślisz, że twój kolega z kadry Andreas Widhoelzl (trener kadry Austrii) może spać spokojnie?

- Początek sezonu i Turniej Czterech Skoczni nie był dla nas najlepszy. Igrzyska olimpijskie też nie były dla nas łatwe. O ile jeszcze na normalnej skoczni skakaliśmy dobrze (srebrny medal wywalczył 37-letni Manuel Fettner - przyp. red), tak na dużej skoczni mieliśmy więcej problemów. Oczywiście zawody drużynowe to coś innego i tam się nam powiodło (Austria zdobył srebrny medal - przyp. red). Myślę jednak, że Andreas może spać spokojnie, bo jego drużyna przywiozła medale z igrzysk olimpijskich. Mamy też medal Stefana Krafta, a także kilka innych zwycięstw w Pucharze Świata. Więc tutaj nic nie powinno się zmienić i Widhoelzl dalej powinien prowadzić naszą reprezentację.

W Polsce dużo mówi się teraz o Thomasie Thurnbichlerze, który jest asystentem Andreasa Widhoelzla. Wiemy, że może zostać nawet następcą Michala Doleżala. Jak go wspominasz z czasów, gdy byłeś już doświadczonym skoczkiem, a Thomas był młodym chłopakiem.

- Kompletnie nie znam go jako trenera, ale Thomas jako skoczek był odrobinę speszony i próbował odnaleźć swoją drogę. Być może jako trener jest bardziej skoncentrowany. Myślę, że wykonuje bardzo dobrą pracę, ale tak jak mówiłem, nie znam go dobrze z tej roli.

W Polsce dużo mówiło się o tym, że naszym trenerem zostanie Alex Pointner, ale już teraz wiemy, że nie porozumiał się z Polskim Związkiem Narciarskim. Środowisko jest podzielone i można usłyszeć o nim różne rzeczy.

- Myślę, że Alex potrafi znakomicie zarządzać drużyną trenerów jako menadżer. W Austrii miał ten problem, że grupa trenerów rosła z każdym sezonem i na końcu była po prostu za duża. W pewnym momencie dochodziło do takiej sytuacji, że było za dużo głosów. Każdy trener mówił różne rzeczy. A to nigdy nie jest dobre.

O to, ciekawe. W Polsce mamy raczej tradycję taką, że większość szkolenia jest w rękach głównego trenera i jednego lub dwóch asystentów. Wielu kibiców chciałoby zaś austriackiego systemu, gdzie jest wielu trenerów, zawodnicy szkolą się w swoich ośrodkach itd.

- Tak, ale właśnie uważam, że to nie zawsze jest dobre. Jeśli masz mniejszy zespół trenerski, to łatwiej jest złapać w garść całą drużynę. To ważne szczególnie w sytuacji, gdy robi się jakiś problem. Jeśli masz za duży zespół i pojawia się problem, to trudniej jest to zatrzymać.

Wiadomo też, ale Alex Pointner, jak każdy trener, ma wady. Co mogło być na przykład przeszkodą w pracy w Polsce?

- Myślę, że jeśli Polska dałaby mu wolną rękę w organizacji sztabu i treningów, to mogłoby być tak, że zmian byłoby za dużo. Alex jest taką osobą, która chce mieć pełną kontrolę nad takimi kwestiami jak trening fizyczny, techniczny. Chciałby mieć pewnie trenera mentalnego. To dużo rzeczy. I pewnie znowu zacząłby budować duży zespół trenerski. W Austrii Alex Pointner wykonał olbrzymią i dobrą pracę, ale najpierw był menadżerem, a dopiero później trenerem. Przez długi czas zarządzał tym wszystkim znakomicie, ale wydaje mi się, że w pewnym momencie stracił kontrolę nad trenerami i to był jego problem.

Więcej o: