Współpracownik Kojonkoskiego wrócił z Chin i boi się mówić o wszystkim. "Przerażające historie"

- Mam historie, które zawsze pozostaną tylko w Pekinie. Teoretycznie mógłbym powiedzieć o wszystkim, co mnie tam spotkało, ale słyszałem przerażające historie, co stało się z tymi, którzy dużo mówili - mówi były norweski skoczek Joakim Aune w rozmowie z telewizją TV2.

36-letni Joakim Aune dwa lata temu przestał skakać na nartach. Wcześniej nie odniósł żadnego większego sukcesu. W Pucharze Świata zadebiutował 12 marca 2017 roku w Oslo, gdzie zajął 21. miejsce. W tym samym konkursie był też osiemnasty. Były to jego jedyne miejsca w "30" w konkursach Pucharu Świata w karierze.

Zobacz wideo

Schlierenzauer pokazuje gest w stronę sędziówNajsłynniejszy upadek w historii skoków. I ten gest w stronę sędziów [WIDEO]

"Mógłbym mówić wszystko, ale słyszałem przerażające historie, co stało się z tymi, którzy dużo mówili"

Joakim Aune w październiku ubiegłego roku dołączył do sztabu szkoleniowego reprezentacji Chin. Wcześniej, bo w 2018 roku Mika Kojonkoski, legendarny trener skoczków narciarskich rozpoczął budowę chińskiej drużyny skoków narciarskich, której celem miał być dobry występ na zimowych igrzyskach olimpijskich w Pekinie. Kojonkoski w październiku ubiegłego roku został jednak zwolniony. – Negocjacje w sprawie rozwiązania umowy trwały do końca roku. Ustalenia są takie, że obie strony zobowiązują się do zachowania milczenia – mówił Kojonkoski w rozmowie z Ilta Sanomat.

Milczeć na temat sytuacji w Chinach nie zamierzał za to Joakim Aune.

- Mam historie, które zawsze pozostaną tylko w Pekinie. Nie bez powodu, ludzie odmawiają wywiadów. Teoretycznie mógłbym powiedzieć o wszystkim, co mnie tam spotkało, ale słyszałem przerażające historie, o tym, co stało się z tymi, którzy dużo mówili. Różni decydenci są tam bardzo szanowani, a jak ktoś im się sprzeciwi, to mogą dziać się z nim złe rzeczy - opowiada Aune w rozmowie z telewizją TV2.

Zdradził również, że w Chinach pracował bardzo ciężko i wiele godzin w ciągu doby.

- Byłem tam przez około trzy miesiące, a czułem się, jakbym spędził tam trzy czy nawet pięć lat. To pewnie dlatego, że pracowałem tak ciężko i w tak szerokim zakresie czasowym. Stałem przez dziesięć godzin z grypą na skoczni przy minus 25 stopniach, a potem po przyjściu do hotelu przez całą noc trzeba było szyć kombinezony. Pracowaliśmy dziennie od 12 do 15 godzin. To było wykańczające - przyznaje Aune.

Ciężka praca miała doprowadzić skoczków do dobrego wyniku na igrzyskach olimpijskich.

- Jako sportowiec nigdy nie poradziłbym sobie z systemem, który oni mają. Presja na sportowców była ogromna i oni to doskonale czuli. Nie było jednak nikogo, kto mógłby dobrze poradzić sobie na igrzyskach. Naprawdę ciężko tam było być te kilka miesięcy. Byli zawodnicy, którzy przed rozpoczęciem treningu prawie spali na ziemi, bo byli bardzo zmęczeni - tłumaczy Aune.

"Kiedyś wysłano mi wideo z kamery"

Aune przyznał też, że zupełną nowością, z którą się spotkał w swojej pracy, było monitorowanie go przez całą dobę.

- Kiedyś wysłano mi wideo z kamery, która uchwyciła, że poszedłem na recepcję w hotelu, a nie było to dozwolone. Poczułem się niespokojnie. Mój telefon był monitorowany i wiem, że ludzie obserwowali wszystko, co robiliśmy, ale trudno mi powiedzieć dokładnie i w jakim stopniu. Inni zagraniczni trenerzy mówili mi, że ich telefony były na podsłuchu, a oni cały czas czują się obserwowani - opowiada.

Joakim AuneJoakim Aune Screen TV2

Chińscy zawodnicy byli karani za złe skakanie.

- Dawali skoczkom pewną kwotę miesięcznie, a potem poprosili nas trenerów o odliczenie części tej kwoty, jeśli ktoś źle wypadł na treningach. Potem musieliśmy wybrać tego, który na treningu wypadł najgorzej. Postanowiliśmy zatem dawać minus jednemu skoczkowi w jednym tygodniu, a drugiemu w następnym. Potem robiliśmy coś odwrotnego po stronie plusów. Właściwie zmanipulowaliśmy system, w którym ktoś musiał stracić pieniądze, ponieważ miał zły okres - dodaje Aune.

Adam Małysz i Michal DoleżalZaskakujące słowa Małysza. Powiedział za dużo? "W PZN byli źli"

Chińscy skoczkowie na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie spisali się fatalnie. Weijie Hen, Yixin Lyu, Qiwu Song i Xiaoyang Zhou nie zakwalifikowali się do finałowej rundy i zajęli ostatnie miejsce. Żaden z nich nie skoczył więcej niż 90 metrów. Najdalej Yixin Lyu skoczył właśnie 90 metrów. Chińczycy pobili niechlubny rekord, jeśli chodzi o najniższą liczbę punktów w konkursie drużynowym. W sumie w czterech zdobyli bowiem zaledwie 115 punktów.

Więcej o: