Zwolnił trenera, wyleciał z kadry i został potępiony. "Perła skoków" dokonała rewolty i wraca na szczyt

Jakub Balcerski
Timi Zajc na zakończonych właśnie w Vikersund mistrzostwach świata w lotach zgarnął srebro i złoto. Ten sezon jest najlepszym w jego karierze, choć jeszcze nieco ponad rok temu nie było go w kadrze. Został z niej wyrzucony za bunt przeciwko trenerom. Związek pozbył się nich, ale wraz z innymi skoczkami potępił zachowanie młodego zawodnika. Ten jednak dojrzał, zrozumiał swój błąd, a teraz w wielkim stylu wrócił na szczyt.

939,5 metra - tyle w piątek i sobotę w swoich wszystkich skokach uzyskał Timi Zajc. I choć to o 26 metrów dalej od Mariusa Lindvika, to właśnie Norweg został indywidualnym mistrzem świata w lotach w Vikersund, a Słoweńcowi pozostał srebrny medal. Po złoto Zajc sięgnął jednak już w niedzielę, gdy wraz z kolegami z reprezentacji nie dali szans innym kadrom w konkursie drużynowym, a on był najlepszy w jego indywidualnych wynikach.

Zobacz wideo "Mamy teraz taki sezon, jak w 2014/2015"

Zajc poleciał po medale, choć falowały mu narty, a trener zapomniał, że mógł mu pomóc

Zajc poza medalami na pewno zapamięta ten weekend także z niebotycznego lotu na 245 metrów w serii próbnej z soboty, kiedy poprawił własny rekord życiowy. Jeśli czegoś po tak niezwykłych mistrzostwach może żałować, to tego, że trener Robert Hrgota zaczął obniżać mu belkę, żeby zdobyć dodatkowe punkty dopiero w niedzielę. Aż prosiło się o to w trzecim skoku konkursu indywidualnego, w sobotę.

Na to zwróciły uwagę także słoweńskie media. Hrgota wziął sobie do serca uwagi dziennikarzy, ale czasu już nie wróci. Może w taki sposób Zajc mógłby odrobić 9,9 punktu, które stracił do Lindvika, ale trzeba też przyznać, że jego loty w Norwegii nie były perfekcyjne technicznie. Zwłaszcza w czwartek i piątek, gdy zupełnie nie radził sobie z drugą fazą lotu. Tuż przed lądowaniem mocno falowały mu narty i skoczek często unikał telemarku, żeby nie musiał ratować się przed upadkiem. - Mówił mi, że mniej więcej od dwusetnego metra inaczej reagował nawet na najmniejsze podmuchy wiatru. Kołysało mu nartami, on się tego nie spodziewał i wybijał się z rytmu. Leciał daleko, ale nie potrafił lądować telemarkiem - mówi nam dziennikarz słoweńskiego radia Val 202, Bostjan Rebersak. 

Rok temu został wyrzucony z kadry. I "zwolnił trenera", choć wcale na tym nie wygrał

Dla Zajca dwa medale tegorocznych mistrzostw świata w lotach to jednak i tak wielki sukces. Podczas poprzednich został przecież wyrzucony z kadry. 

Joakim AuneWspółpracownik Kojonkoskiego wrócił z Chin i boi się mówić o wszystkim. "Przerażające historie"

Grudzień 2020 roku, Planica, MŚ w lotach. To miało być święto dla słoweńskich skoków, a dla Timiego Zajca pierwsza wielka impreza w karierze, na której odniesie sukces. Tak się jednak nie stało - po pierwszych seriach rywalizacji skoczek był dopiero 27., a jego koledzy z reprezentacji radzili sobie tylko trochę lepiej. Zajc po zawodach chodził zrezygnowany i wściekły. Stanął wtedy przed kamerami jednej ze słoweńskich telewizji. W wywiadzie ostro skrytykował Gorazda Bertoncelja, trenera słoweńskich skoczków.

Pod koniec dnia opublikował też post na Instagramie, w którym pisał: "Wszystko dzisiaj się rozpadło. Trenowałem przez całe lato, by dzisiaj latać w kierunku czołówki. Trenerzy muszą wziąć na siebie odpowiedzialność za to, co się stało. Niestety musisz z nimi pracować, bo w innym razie wyrzucą cię z reprezentacji. Dlatego chcę, żeby główny trener wziął na siebie odpowiedzialność za słabe wyniki. Mogę tylko powiedzieć: bardzo dziękuję i do widzenia". Dzień później Bertoncelj wyszedł do mediów i ogłosił swoje odejście. A działacze słoweńskiego związku podali, że Zajc zostaje odsunięty od kadry narodowej do odwołania

Poza Słowenią wiele osób mylnie wskazało, że Zajc był w tej sytuacji wygranym: przecież zwolnił trenera, a kilka miesięcy później osiągnął świetną formę i zaczął wygrywać na najwyższym poziomie tak, jak w Vikersund. Jednak niewiele osób wie, skąd jego decyzja o emocjonalnym wybuchu i słowach oskarżających trenerów podczas MŚ w Planicy, a także co przeżywał przez kolejne tygodnie. 

Zajc był najmłodszym zawodnikiem w całej kadrze. Najmniej doświadczonym, stresującym się chwilami, gdy prowadził w najważniejszych zawodach. Jego kariera dopiero nabierała tempa. Jako junior w swoim kraju wygrał wszystko, nie było zawodów, w których ktoś z jego rocznika potrafiłby go pokonać. Towarzyszyła mu jednak dziwna, nerwowa atmosfera. Trenował w klubie z Ljubna, małej miejscowości, gdzie zawsze trzeba o wszystko walczyć z krajowym związkiem i działaczami zainteresowanymi tylko tym, co dzieje się w głównych ośrodkach szkolenia - Planicy i Kranju.

Schlierenzauer pokazuje gest w stronę sędziówNajsłynniejszy upadek w historii skoków. I ten gest w stronę sędziów [WIDEO]

Jego rodzina, a zwłaszcza ojciec, Bostjan, napędzona zwycięstwami syna, chciała, żeby bardzo szybko znalazł się w głównej kadrze i zaczął odnosić sukcesy w Pucharze Świata. Naciskała tak samo na słoweńską federację, jak i samego skoczka. Tak jakby to wszystko miało być tymczasowe, a talent Timiego miał gdzieś ulecieć w kolejnych latach. Bostjan Zajc kiedyś obiecał z nami porozmawiać, ale na wysłane mu pytania odpowiedział wymienieniem sukcesów syna i zdjęciem ściany z trofeami w ich rodzinnym domu. 

Zdjęcie trofeów Timiego Zajca zgromadzonych w rodzinnym domuZdjęcie trofeów Timiego Zajca zgromadzonych w rodzinnym domu Fot. materiały archiwalne Bostjana Zajca

Słoweniec miał w sobie zatem cząstkę buntownika - zawsze musiał walczyć o siebie, chodził sfrustrowany tym, że nie ma najlepszych warunków do treningu tak, jak jego rywale z innych miejsc w Słowenii, choć jest od nich o klasę lepszy. Gdy wreszcie dostał się do kadry narodowej w grudniu 2017 roku, zaledwie rok później rywalizował już o miejsca w czołówce. W lutym 2019 wygrał konkurs lotów w Oberstdorfie. Z miejsca zakochał się w mamucich skoczniach i wymarzył sobie, że największy sukces odniesie na domowych mistrzostwach świata w lotach w Planicy. Te niestety przesunięto z marca na grudzień 2020 roku ze względu na epidemię koronawirusa. Forma Zajca bardzo spadła i na imprezie zaprezentował się bardzo słabo. Młody skoczek nie wytrzymał tej porażki emocjonalnie i oskarżył o niepowodzenie trenerów. 

Zajc wybuchnął w nieodpowiednim momencie. Został potępiony przez wszystkich

Słusznie, bo współpracę z Gorazdem Bertonceljem i jego sztabem źle oceniała praktycznie cała słoweńska kadra. Skoczkowie mieli dość metod szkoleniowca. Ten najpierw usunął ze sztabu świetnego fachowca od przygotowania fizycznego, Matjaża Polaka, twierdząc, że go nie potrzebuje. Do tego chciał przekonać słoweńskie środowisko skoków, że w kadrze nie ma już miejsca dla przechodzącego kryzys po wielkich sukcesach Petera Prevca. Najlepiej, gdyby skończył karierę, ale tego Bertoncelj wprost już nie mówił. Wprowadzał za to do kadry wielu młodych zawodników, ograniczał wspólny kontakt zawodników, aż atmosfera z dobrej, wręcz rodzinnej przerodziła się w bardzo napiętą. Bez sukcesów to nie miało szansy wypalić. Zwłaszcza że choć Bertoncelj świetnie radził sobie w kadrach młodzieżowych i wielu skoczkom - w tym Zajcowi - bardzo pomógł, to po awansie do głównej reprezentacji nie potrafił obrać jednego głównego kierunku rozwoju. Mieszał wiele metod szkoleniowych, a sami zawodnicy nie mieli pojęcia, o co mu chodzi. 

Zmiana była zatem potrzebna. Grupa nieformalnie wybrała Zajca na swojego przedstawiciela. Najstarsi zawodnicy wiedzieli, że jest młody i może w każdej chwili wybuchnąć, a jednak wysyłali mu wiadomości, w których pisali, że musi im pomóc doprowadzić do rewolucji. Nieświadomie nakłaniali go do buntu, a sami myśleli, że odpowiedni moment przyjdzie po mistrzostwach świata w Oberstdorfie, albo dopiero pod koniec sezonu. Tymczasem wybuch Zajca nastąpił już w Słowenii, nawet nie w połowie sezonu. W kadrze pozostał niesmak i złość na Zajca. Bo wszystko trzeba było zmieniać. Trener Bertoncelj odszedł, zastąpił go jego asystent, Robert Hrgota, a związek i zawodnicy potępili zachowanie Zajca.

Oczywiście, to on doprowadził do zmiany, której potrzebowała cała reprezentacja, ale zrobił to w sposób, którego w wielu przypadkach później się już nie wybacza. Sugerowano mu, że powinien zachować się jak Peter Prevc w stosunku do Gorana Janusa, który najpierw doprowadził go do wielkich sukcesów, ale później nie potrafił utrzymać przy dobrej dyspozycji. Prevc prawdę o tym, jak wyglądały jego ostatnie miesiące pracy ze szkoleniowcem zdradził, dopiero gdy wiedział, że Janus odchodzi. 

Słoweniec zrozumiał swój błąd. Dorósł i wrócił na szczyt

Tymczasem Zajc dokonał rewolty, której szybko sam zaczął się wstydzić i przepraszał za nią. Zarząd związku kazał mu jednak trenować poza kadrą, a jego forma psychiczna i sportowa bardzo spadła. Rodzina wciąż go wspierała, ojciec nawet ślepo ufał, że jego syn swoją wypowiedzią zrobił to, co powinien. Zajc zrozumiał jednak, że to był błąd. 

W sezonie 2020/2021 nie potrafił jeszcze wrócić na najwyższy poziom. W zawodach Pucharu Świata z powrotem pojawił się w Willingen, ale do końca marca jego najlepszym wynikiem pozostało 18. miejsce w Zakopanem. Niektórzy stwierdzili już, że sam nie zrujnował sobie kariery. - On potrzebował jednej wiosny w całości przepracowanej z nowym sztabem, pod kierownictwem Roberta Hrgoty. Znał go już z roli asystenta Gorazda Bertoncelja. Obaj potrafili sobie zaufać, Zajc musiał na to liczyć, bo nie miał innego wyjścia. Okres przygotowawczy do sezonu olimpijskiego poza szlifowaniem techniki i powrotu do dobrej formy fizycznej spędził także na naprawianiu relacji z kolegami z kadry. Teraz atmosfera wygląda już zupełnie inaczej - opowiada dziennikarz Bostjan Rebersak. 

Adam Małysz i Michal DoleżalZaskakujące słowa Małysza. Powiedział za dużo? "W PZN byli źli"

Wyniki też wyglądają inaczej: w tym sezonie Zajc siedmiokrotnie znalazł się w najlepszej "10" zawodów Pucharu Świata, w tym raz stając na podium w Engelbergu, gdzie był trzeci. Na igrzyskach olimpijskich w Pekinie zdobył srebro w drużynie i złoto w mikście, choć miał też szansę na indywidualny medal w konkursie na dużej skoczni. Wtedy spadł jednak z trzeciego miejsca po pierwszej serii na szóste w końcowych wynikach. Wszystko odbił sobie srebrem i złotem mistrzostw świata w lotach.

A jako skoczek dojrzał i zrozumiał, jaką drogę musi obrać, żeby pozostać wśród najlepszych na świecie. Ma potencjał, żeby z perły słoweńskich skoków, za jaką uważaną go w czasach, gdy był juniorem, spełniać największe oczekiwania kibiców, trenerów, działaczy, ale przede wszystkim zadowalać samego siebie.

Więcej o: