Skoki narciarskie zmierzają ku przepaści. Nowy Małysz nie ma żadnych szans

Maciej Kucharski
Skoki narciarskie zmierzają ku przepaści. Wszystkiemu winny wyścig technologiczny związany z ciągłym udoskonalaniem sprzętu, którego FIS nie potrafi okiełznać. Jest jednak sposób, który mógłby temu zapobiec i przywrócić skokom ich romantyczny charakter - pisze Maciej Kucharski ze Sport.pl.

Sezon 2000/2001. Adam Małysz robi furorę na Turnieju Czterech Skoczni (świetnie tamten czas opisał w tekście Łukasz Jachimiak). Turniej wygrywa z gigantyczną przewagą, a w kolejnych konkursach bije rywali jak chce i wygrywa z ogromną przewagą klasyfikację Pucharu Świata. Wiatr mógł wiać z przodu, z tyłu, lekko, mocno - nieważne. Małysz miał wielkie umiejętności, był w wielkiej formie i robił, co chciał.

Zobacz wideo Horngacher rozpętał wojnę tuż przed IO. "Perfidne zbliżenia"

Małysz wygrywał i nie przeszkadzało mu, że polskie skoki były wtedy biedne, bez perspektyw i panowały prowizorka i marazm. Wtedy to nie miało jednak aż takiego znaczenia. Nie było przepaści między sprzętem najbiedniejszych i najbogatszych federacji. Na skoczni decydowały głównie umiejętności i forma. Różnica siły wiatru 1 m/s nie przekładała się na kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt metrów różnicy w odległości skoku tak, jak dzieje się to teraz.

Wyścig technologiczny sprawił, że obecne kombinezony skoczków są ultraczułe na jakiekolwiek, choćby delikatne podmuchy. Dwóch skoczków o podobnych umiejętnościach, dwa podobnie oddane skoki, a różnica odległości 10-15 metrów. Wystarczy, że jeden z nich będzie miał wiatr korzystniejszy o 0,2-0,3 m/s. Przeliczniki, które są w założeniu dobrym rozwiązaniem, nie nadążają i nie rekompensują tej różnicy.

Kamil Stoch podczas konkursu PŚ w WillingenPolacy się poddali w wojnie z FIS. Te zasady jeszcze nawet nie istnieją

Dziś na najlepsze kombinezony i materiały, z których są one wykonane, stać tylko najbogatszych - Niemców, Austriaków, Polaków, Japończyków, Słoweńców czy Norwegów. Pozostali są na straconej pozycji. Choćby we Włoszech, Francji, Czechach czy Kazachstanie urodził się nowy Małysz, to same umiejętności już nie wystarczą. A jeśli któraś z czołowych obecnie skokowo nacji na dwa-trzy sezony złapie zadyszkę, to do czołówki już nie wróci. Jak fantastyczni jeszcze 15-20 lat temu Finowie. Romantycznych historii w skokach narciarskich już nie doświadczymy, nowych rynków ten piękny sport nie zdobędzie. Wymrze.

Jeden sposób na ratunek skoków narciarskich

FIS musi zadziałać zdecydowanie i natychmiast. Trzeba zatrzymać szalony wyścig technologiczny i nie potrzeba tu skomplikowanych działań. FIS powinien wprowadzić jednolity sprzęt, który sam by zapewniał. Takie same narty, takie same kombinezony wykonane z takich samych materiałów, taki sam krój. Oczywiście dopasowany do rozmiarów każdego ze skoczków. I musiałby być to sprzęt gorszej jakości od obecnych, żeby różnice w sile i kierunku wiatru nie miały aż tak gigantycznego znaczenia jak teraz.

Piotr ŻyłaŻyła został oszukany. Był wściekły. "Nie powiedział mi o dyskwalifikacji"

FIS na to nie stać? To prawda. Dlatego płacić za to powinny krajowe związki. Każdy komplet stroju kosztowałby tyle samo. Czołowe federacje na pewno wydają dużo więcej na "kosmiczne" technologie, które teraz posiadają. Dla każdego skoczka można byłoby kupić przed sezonem z góry ustaloną liczbę identycznych kompletów strojów i sprzętu.

I wtedy znowu moglibyśmy się cieszyć sportem, w którym Dawid może pokonać Goliata. Bo decydować będą umiejętności i forma. Romantyzm skoków wróci, a my będziemy wiedzieć, że kibicujemy skoczkom, a nie ich kombinezonom i protestom Stefana Horngachera.

Więcej o: