"To nie do przyjęcia". Burza po dyskwalifikacji Polaków. Stoeckl reaguje

- To świetny pomysł, więc szanuję pracę polskiego sztabu, ale jest to nie do przyjęcia, jeśli spojrzy się na przepisy FIS - mówi o nowym modelu butów polskich skoczków trener Alexander Stoeckl. Szkoleniowiec Norwegów uważa, że Stefan Horngacher robił słusznie, zgłaszając protest, po którym Piotr Żyła i Stefan Hula zostali zdyskwalifikowani z sobotnich zawodów, a rozwiązanie Polaków zostało zabronione przez FIS.

Dyskwalifikacja Piotra Żyły i Stefana Huli pojawiła się kilkadziesiąt minut po zakończeniu konkursu w Willingen. Jak dowiedział się Sport.pl, chodziło nie o rutynową kontrolę po zawodach, a taką przygotowaną na konkretny element sprzętu ze względu na protest wniesiony przez sztab Niemców.

Zobacz wideo Przełom w skokach Polaków tuż przed igrzyskami? Jest wyraźna zmiana

 Stoeckl zgadza się z Horngacherem. "Zmiana w butach była oczywista"

- Pojawił się protest. Na początku dyskwalifikacji nie było, ale skoro pojawił się oficjalnie złożony protest z niemieckiego sztabu, musieliśmy zbadać tę sprawę - wyjaśnia Sport.pl Mika Jukkara, kontroler sprzętu FIS na zawodach Pucharu Świata mężczyzn. Później potwierdził, że polscy skoczkowie nie będą mogli używać nowych butów.

Kamil Stoch i buty używane przez polskiego skoczka podczas konkursu PŚ w WillingenZnamy szczegóły dotyczące butów Polaków. To one rozsierdziły Niemców

- Stefan Horngacher się wściekł, że wyciągnęliśmy nowy sprzęt tuż przed igrzyskami. Wpłacił 500 franków i złożył oficjalny protest na buty naszych skoczków. Uznał, że są nowe. Chyba poskarżył się też na nasze narty i kombinezony - mówi w rozmowie ze Sport.pl Jan Winkiel, sekretarz generalny Polskiego Związku Narciarskiego.

Głos w sprawie zabrał inny zagraniczny trener. - Mam szacunek i sporo uznania dla polskiego sztabu, bo to rozwiązanie było dobrym, bardzo ciekawym pomysłem. To mądre, żeby opracować te buty w taki sposób, jak zrobili to Polacy. Nie jestem jednak zaskoczony tym zamieszaniem. To było oczywiste, że coś się zmieniło, zwłaszcza że czołówka waszych zawodników była ostatnio poza Pucharem Świata. A chwilę później od piątku skakali naprawdę dobrze. Było widać, że coś w butach waszych skoczków się pojawiło - przyznaje w rozmowie z nami Alexander Stoeckl, trener norweskich skoczków.

- W regulaminie jest to konkretnie wyjaśnione: buty nie mogą być tak usprawnione, żeby zapewniać zawodnikom przewagę w kwestii aerodynamiki. To tak oczywiste i tak jasne w przypadku zasad, że zupełnie rozumiem Stefana Horngachera. Postąpił słusznie i fakt, że zdecydował się na ten krok, zupełnie mnie nie dziwi, bo zmiana w butach była bardzo oczywista. Gdyby nie zrobił tego kroku, jestem pewien, że zrobiłby go ktoś inny. Nawet jeśli jest to świetny pomysł, to i tak jest to nie do przyjęcia, jeśli spojrzy się na przepisy FIS dotyczące sprzętu. Nie tym razem, moi polscy przyjaciele - śmieje się Stoeckl.

"Dokonując drastycznej zmiany przed igrzyskami musisz liczyć się z kłopotami"

Austriacki szkoleniowiec odniósł się też do tego, że FIS w trakcie sezonu decyduje się na zakaz stosowania jakiegoś sprzętu. - Duże zmiany w sprzęcie muszą być zaprezentowane na wiosennym spotkaniu, muszą przejść przez fazę testową i mogą, ale nie muszą być zaakceptowane. Jeśli dokonujesz tak drastycznej zmiany w środku sezonu, tuż przed igrzyskami, musisz liczyć się z kłopotami - podkreślił szkoleniowiec.

Nasza ekipa utrzymuje jednak, że wszyscy Polacy skaczą w Willingen w butach, które nie powinny być zakazane, bo wprowadzone do nich modyfikacje nie są zbyt wielkie. A o jakie konkretnie chodzi? Tajemnica.

Kamil Stoch podczas Pucharu Świata w Willingen."To nie spisek, to nie wina jury". Kamil Stoch pechowcem dnia w Willingen

FIS podobno raz uważa, że buty są jednak nowe, a innym razem twierdzi, że modyfikacje są zbyt duże. Jasnego regulaminu, który mówiłby co można a czego nie można w butach zmieniać podobno nie ma. Po proteście Niemców kontroler FIS, Mika Jukkara podjął jednak decyzję także o zakazaniu butów Polaków - nie mogą w nich wystartować w niedzielę, ani na igrzyskach olimpijskich w Pekinie.

Otwarta wojna w skokach tuż przed IO w Pekinie? "Nie było wielkich napięć"

Wydaje się, że w skokach rozpoczęła się w sobotę prawdziwa otwarta wojna na tydzień przed igrzyskami. - Jest trochę chaosu i zamieszanie tuż przed główną imprezą, ale wydaje mi się, że tak jest co każde cztery lata. Próbuje się znaleźć odpowiednie dobre pomysły i niektórym się udaje, innym nie. Nie powiedziałbym, że czuję się, jak na wojnie, bo każdy szanuje pracę innych, ale jeśli coś nie jest zgodne z zasadami, to czemu miałoby być dopuszczone? - wskazuje Alexander Stoeckl

Jaka atmosfera panowała na wieży trenerskiej, gdy wszyscy wiedzieli już, że Polacy przyszykowali coś nowego? - Nie było wielkich napięć i to normalny krok, że ktoś to zgłosił - przekonuje Stoeckl. Dodaje jednak, że ostatni oficjalny protest przeciwko sprzętowi innego zespołu, jaki pamięta, to ten dotyczący wiązań Simona Ammanna podczas igrzysk w Vancouver 2010. - Wydaje mi się, że atmosfera pomiędzy kadrami jest w porządku. Wszyscy zdawali się mówić: dobry pomysł, ale nieprzepisowy - ocenia szkoleniowiec.

- To ogólnie interesujący rozwój wydarzeń, ja lubię takie gierki. Wtedy o sporcie mówi się dużo więcej, nie tylko o rywalizacji. To trochę, jak w Formule 1. To dobry kierunek - uważa Austriak.

Więcej o: