Horngacher i Eisenbichler wpadli w furię! Farsa w Willingen

Jakub Balcerski
Pierwsza i jak się okazało jedyna seria sobotniego konkursu Pucharu Świata w Willingen była przykładem kompletnej farsy jury - zawodów narażających bezpieczeństwo zawodników przeprowadzonych w niebezpiecznych i zupełnie niesprawiedliwych warunkach. Reakcje Kamila Stocha, Dawida Kubackiego, czy Markusa Eisenbichlera tylko potwierdzały, że mamy do czynienia ze skokami narciarskimi w wydaniu, którego nikt nie chce oglądać.
Markus Eisenbichler i Stefan Horngacher zareagowali na konkurs PŚ w Willingen
Screen Eurosport Player

Nie takiego konkursu po piątkowym świetnym występie Polaków mogliśmy się spodziewać już następnego dnia rywalizacji w Willingen. Od początku wiadomo było jednak, że zawody w Niemczech zapowiadają się loteryjnie, zapewne z trudnościami w przeprowadzeniu nawet jednego konkursu. 

Zobacz wideo Przełom w skokach Polaków tuż przed igrzyskami? Jest wyraźna zmiana

I to nie był fałszywy alarm. W sobotę mocno wiało już od rana, czego doświadczyły choćby skoczkinie. Konkurs mężczyzn zamienił się już nawet nie w loterię, a w farsę. Tu jednak pogodzie zdecydowanie pomogła nieporadność jury. 

Z torów robiła się kałuża, a podmuchy sięgały nawet 7 metrów na sekundę. Jury nic nie robiło sobie z trudnych warunków

Zakończono go po jednej serii. Wygrał Ryoyu Kobayashi przed Halvorem Egnerem Granerudem i Mariusem Lindvikiem. W czołówce byli zatem jedni z najlepszych zawodników tego sezonu, choć w oczy uderza fakt, że skaczący bezpośrednio po sobie. Bo okoliczności rozgrywania konkursu pozostawiają sporo do życzenia. Wiatr w uśrednionym pomiarze sięgał nawet 2,5 metra na sekundę. Podmuchy? 7 metrów na sekundę, albo i więcej. A do tego padający deszcz, który sprawił, że z torów najazdowych na rozbiegu skoczni w Willingen robiła się momentami jedna wielka kałuża. Nietrudno zatem zauważyć, że zwycięzcy poza tym, że byli w dobrej formie, trafili na znakomite okno pod względem warunków i mogli odlecieć.

Jury nie potrafiło sobie poradzić z sytuacją w Willingen. Nie dość, że próbowało kontynuować konkurs w niebezpiecznych dla zawodników chwilach - gdy wiatr ściągał ich bezpośrednio na zeskok, albo podmuchami wytrącał z równowagi w powietrzu, to popełniło też ogromny błąd w kontekście zadbania o najazd. Pomiędzy zawodnikami, którzy czekali na swój skok dłużej niż kilkadziesiąt sekund nie puszczano przedskoczków, a to sprawiało, że tory były przepełnione wodą z ciągle padającego deszczu. To sprawiało, że zawodnicy tracili wiele w prędkości na progu, a to wpływało na jakość oddawanych przez nich skoków. 

Stoch tylko machnął ręką, Kubacki je rozkładał. Bezsilność Polaków

Sporego pecha mieli Polacy. Chyba największego Kamil Stoch. Polak rozpoczynał najazd na próg, gdy odległość potrzebna do objęcia prowadzenia wynosiła 138,5 metra. Jednak w momencie odbicia ta zmalała do 134,5 metra. To oznacza, że w tym czasie drastycznie zmieniły się warunki - uśredniony pomiar z bardzo korzystnego spadł do jednych z najgorszych warunków w całym konkursie. Stoch miał też absolutnie najgorszą prędkość na progu - 85,9 kilometra na godzinę. I choć zazwyczaj nie jest "demonem prędkości", to nietrudno stwierdzić, że na tę konkretną bardzo wpłynęły niemal płynące przez brak przetarcia przed skokiem Polaka tory najazdowe.

W takiej samej sytuacji, jak Stoch kilkanaście minut później znalazł się Stefan Kraft. Austriak skoczył tylko 119,5 metra i wskaźnik "to beat" przy jego skoku także wariował. Mistrzowi świata z Oberstdorfu odjęto jednak aż 22,2 punktu.

Stoch uzyskał zaledwie 115,5 metra i ostatecznie zajął dopiero 22. miejsce. Po skoku mógł tylko machnąć ręką w geście frustracji, wściekłości, ale chyba przede wszystkim bezsilności. Taką swoim ruchem rozłożenia rąk po próbie wskazał też Dawid Kubacki. On skoczył 112,5 metra i skończył na 28. pozycji. Najlepszym z Polaków był Piotr Żyła (14. miejsce, 130 metrów), który też nie wyglądał na zadowolonego. Pawłowi Wąskowi (40. miejsce, 99,5 metra) i Stefanowi Huli (34. miejsce, 108,5 metra) ich próby już zupełnie nie wyszły. Aktualizacja: Hulę i Żyłę zdyskwalifikowano po konkursie. Powodem były nieprzepisowe buty.

Eisenbichler sam musiał przecierać gogle. Horngacher zerwał się z wieży

Wściekli byli jednak nie tylko Polacy. Powody do złości mieli także przede wszystkim gospodarze zawodów, Niemcy. Ich lider i obecnie najlepszy zawodnik klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, Karl Geiger osiągnął tylko 120,5 metra i był 20., a Markus Eisenbichler zajął dopiero 30. miejsce po skoku na 118,5 metra. Ten drugi wpadł w furię przed swoim skokiem, gdy czekał na poprawę warunków i musiał przecierać sobie gogle, które co chwilę zlewała mu nowa fala kropli deszczu. 

Reakcja Markusa Eisenbichlera podczas konkursu PŚ w Willingen
Reakcja Markusa Eisenbichlera podczas konkursu PŚ w WillingenScreen Eurosport Player

Wściekły po skokach swojej kadry był także trener kadry Stefan Horngacher, który tuż po skoku Geigera zerwał się z wieży trenerskiej i zszedł z niej w kierunku domków dla skoczków i sztabów. Od razu nasuwa się porównanie do sytuacji z 2019 roku. Wtedy Austriak jeszcze jako trener Polaków podczas rozgrywanego w jeszcze bardziej kuriozalnych warunkach konkursu na normalnej skoczni podczas mistrzostw świata w Seefeld po pierwszej serii wyszedł do pobliskiego lasu. Polski sztab zaczął się martwić, że nie wróci przed drugą serią. Horngacher pojawił się jednak tuż przed nią. Resztę historii tamtego konkursu znamy - szczęście się odwróciło i po skokach rywali w fatalnej pogodzie złoty medal zdobył Dawid Kubacki, a srebrny Kamil Stoch. W sobotę w Willingen happy endu dla Polaków i Niemców jednak nie było. 

Znów to samo. Bez przedskoczków i na torach pełnych wody

Trzeba przyznać, że Niemcy są to częściowo sobie winni. Podczas gdy w większości miejsc na świecie, gdzie rozgrywany jest Puchar Świata wymogiem i normą są tory nie naturalne - wycinane w śniegu, a lodowe z metalowymi rynnami, które gwarantują większe odprowadzanie wody. Ta może w nich zalegać, ale na pewno nie na tyle, ile w takich, w jakie wyposażony jest obiekt Muehlenkopfschanze w Willingen. 

Warunki podczas konkursu PŚ w Willingen
Warunki podczas konkursu PŚ w WillingenScreen Eurosport Player

FIS nic sobie z tego jednak nie robi. Wymaga od innych, a Niemcom nie ma nic do zarzucenia. Sobotni konkurs to kolejny przykład na to, że pewnie warto byłoby coś z tym jednak zrobić. Podobnie, jak z puszczaniem przedskoczków w trudnych warunkach. Jury w Bischofshofen na początku stycznia zafundowało skok do stracenia Jakubowi Wolnemu, któremu śnieg zasypał wówczas zupełnie tory i sytuacja mogła być nawet niebezpieczna dla Polaka. Wściekły Michal Doleżal zasygnalizował wówczas delegatom, że nie chce, żeby coś podobnego jeszcze raz się wydarzyło. Konkurs w Willingen pokazał, że tutejsze jury nie nauczyło się jednak choćby na błędach z tamtych zawodów.

Bo przedskoczków w wielu momentach nie puszczano. Próbowano za to szybciej puszczać zawodników i dawać im kolejne szanse wejścia na belkę startową przy wietrze wyraźnie zbyt silnym, żeby oddać swój skok. Pytanie: czy warto? Do rywalizacji podczas igrzysk olimpijskich w Pekinie został niecały tydzień, a jury postanowiło urządzić sobie konkurs ryzyka w Willingen. Zupełnie niepotrzebny, budzący negatywne emocje i budujące złe opinie. A już na pewno niemający nic wspólnego ze zwykłą, sportową rywalizacją.

Jakub Balcerski
Więcej o: