Wściekły Stękała tylko machał rękami. "Bez walki". Tak źle nie było od ośmiu lat

Jakub Balcerski
Ostatni raz polscy skoczkowie zdobyli zaledwie cztery punkty osiem lat temu. Wynik kadry, choć osłabionej nieobecnością liderów, znów był dramatyczny. Jedynym, który punktował w niedzielę, był Andrzej Stękała, ale on i tak nie mógł się wyraźnie cieszyć swoją dyspozycją po fatalnym skoku w drugiej serii.

To był kolejny dramatyczny weekend dla polskich skoczków w tym sezonie. Jeśli grupa zawodników, którzy nie dostali się do drużyny, która za kilka dni odleci na igrzyska olimpijskie w Pekinie z Willingen, to niestety, wyglądali jeszcze gorzej niż podczas domowych zawodów Pucharu Świata w Zakopanem. A już po nich nastroje były bardzo złe. 

Zobacz wideo Rafał Kot przestrzega ws. Kamila Stocha. "Może to się srogo zemścić" [Sport.pl LIVE #5]

Stękała zapunktował, ale zapamięta przede wszystkim fatalny drugi skok. Wymowna reakcja

- Płakać mi się chce. Na progu wszystko dobrze wygląda, ale to nie leci. Już myślałem, że te punkciki dzisiaj wlecą. Taki napalony na to byłem, może nie napalony, ale pozytywnie nastawiony. Kurczaczki, o co chodzi w tych skokach? - zastanawiał się po sobotnim konkursie w rozmowie dla Eurosportu Andrzej Stękała. Wtedy był 35., po skoku na 118 metrów. W niedzielę w pierwszej serii było lepiej i na twarzy Stękały mógł nawet zagościć lekki uśmiech. Wszedł do finałowej rundy z 28. miejsca dzięki próbie na 126,5 metra. Nawet jeśli wykorzystał dobre warunki, a pozycja wciąż nie była w pełni zadowalająca, można to było uznać za mały krok do przodu. 

Do momentu, gdy Stękała w drugiej serii wylądował na tyle blisko, że w kadrze transmisji telewizyjnej ledwo zmieściła się wyświetlana na zeskoku skoczni w Titisee-Neustadt zielona linia, którą musiałby przekroczyć, żeby zostać liderem. Zaledwie 108 metrów sprawiło, że Stękała spadł na sam koniec stawki. Nie był ostatni tylko przez to, że w finałowej rundzie nie wystąpił Ziga Jelar, który miał problem z wiązaniami. 

DLOKA\SportKoszmarne skoki Polaków! Stękała awansował, a potem klops! Wyrósł faworyt igrzysk

Reakcja Stękały zaraz po wylądowaniu w drugiej serii była wymowna, mówiła wszystko. Skoczek machnął rękami, a potem złączył dłonie za sobą i pochylił głowę. Wyglądał na załamanego. Do kamery już tylko sarkastycznie się uśmiechał i dalej pytająco machał ramionami. Jakby zupełnie nie wiedział, co wydarzyło się podczas jego próby. 

- Ten skok był bez walki. Strasznie spóźniony, taki w miejscu, w ogóle go nie narotowało. To na pewno nie skok na Puchar Świata - komentował dla Eurosportu trener Maciej Maciusiak. 

Tak wygląda klasyfikacja PŚ i PN po niedzielnym konkursie w Titisee-NeustadtTak wygląda klasyfikacja PŚ i PN po niedzielnym konkursie w Titisee-Neustadt

Polacy najgorzej od ośmiu lat, a katastrofa mogła być jeszcze większa. Zero poprawy

Reszta Polaków nie weszła do drugiej serii. Najbardziej rozczarował chyba Jakub Wolny, który punktował w sobotnim konkursie i jeszcze w kwalifikacjach rozgrywanych półtorej godziny przed zawodami w niedzielę zaprezentował się nieźle - był 28. po skoku na 127 metrów. W pierwszej serii było już jednak słabiutko - tylko 116 metrów i dopiero 45. miejsce. Wolny wyprzedził tylko Kevina Maltseva z Estonii, Anttim Aalto z Finlandii, Francisco Cecona z Włoch i dwóch Norwegów, Sondre Ringena oraz Robina Pedersena. 

Kamil Stoch wrócił po kontuzjiDoskonałe wieści ws. Kamila Stocha. Adam Małysz miał rację

Dorobek punktowy Polaków po całym weekendzie w Titisee-Neustadt? Trudno w to uwierzyć, ale to tylko cztery punkty. Najgorszy wynik od 2014 roku i konkursu w Sapporo w Japonii, kiedy w "30" znaleźli się tylko Krzysztof Miętus i Stefan Hula. A od dramatu, czyli najgorszego wyniku od 22 lat, jak wyliczył dziennikarz Skijumping.pl, Adam Bucholz, uchroniła Polaków zapewne tylko absencja w drugiej serii wspomnianego Zigi Jelara. Jeśli Słoweniec okazałby się lepszy od Andrzeja Stękały, Polacy zdobyliby tylko trzy punkty, a to najgorszy tego typu rezultat od zawodów także w Sapporo, ale w 2000 roku. Wtedy nie punktował nikt z trójki Adam Małysz, Łukasz Kruczek i Wojciech Skupień. 

Martwić kibiców może już nie tylko to, że Polacy prezentują się słabo po raz kolejny w tym sezonie. Nic się nie zmienia, ale nie ma nawet perspektyw na to, żeby pojawił się progres. Zawodnicy, którzy nie powinni mieć na sobie wielkiej presji, skoro i tak nie jadą na najważniejszą imprezę sezonu, i tak nie potrafią poprawić swojej dyspozycji i powoli eliminować błędów. Są tylko przebłyski, pojedyncze skoki, które wydają się dawać nadzieję. Tylko jaką, skoro po powtarzalności tak słabych wyników widać, jak trudno będzie to wszystko odmienić?

Jedyna dobra wiadomość dla polskich skoków w sobotni wieczór to powrót do treningów na skoczni Kamila Stocha. Choć w jego przypadku też pozostaje nadzieja, że wróci do formy. Cała dyscyplina oparta jest na liczeniu na cud. Że w Pekinie magicznie będzie lepiej, a zaplecze wesprze będących w wyraźnym dołku liderów. I odliczanie powoli się kończy. Jeśli nie będzie efektów, zacznie się coraz większa presja. Być może dotycząca także zmian w kadrze.

Więcej o: