Polski mistrz świata był na szczycie, teraz walczy o karierę. "Byłem zły na siebie"

Jakub Balcerski
- Trudno mi powiedzieć, ile mogę wytrzymać - mówi w rozmowie ze Sport.pl Maciej Kot. Polski medalista igrzysk i drużynowy mistrz świata w skokach nie dostał się do kadry olimpijskiej, która poleci do Pekinu, ale ma już nowy cel. Chce zawalczyć o powrót sponsora i kontynuowanie kariery skoczka.

Maciej Kot znalazł się wśród sześciu polskich skoczków, którzy od piątku wystąpią w zawodach Pucharu Świata w Titisee-Neustadt w Niemczech. Taka decyzja trenerów oznaczała, że zabraknie go na igrzyskach olimpijskich w Pekinie, ale zawodnik w rozmowie ze Sport.pl zapewnia, że po konkursach w Zakopanem i tak wyciągnął pozytywne wnioski. Teraz zamierza walczyć o kontynuowanie swojej kariery.

Zobacz wideo Polscy skoczkowie znów rozczarowali. "Zostało nam liczenie na cud"

Jakub Balcerski: Jak się czujesz po Pucharze Świata w Zakopanem?

Maciej Kot: Czuję się dobrze. We wtorek na treningu było standardowo. Jak po każdych zawodach, czyli test na platformie dynamometrycznej i siłownia, żeby już rozpocząć przygotowania do kolejnego weekendu. W środę pojechaliśmy do Wisły i tam trenowaliśmy już na skoczni.

 

Wyniki w porządku? Czujesz się silniejszy fizycznie, może też psychicznie?

Na pewno psychicznie czuję się po wszystkim taki podbudowany. Zebrałem dużo pewności siebie potrzebnej do dobrego skakania. Jest swoboda. Na początku odczuwałem też trochę zmęczenia. W Zakopanem to były jednak trzy dni skakania na najwyższym poziomie, wchodzenia na szczyt swoich możliwości. W piątek był tylko jeden skok, bo resztę programu odwołano, ale i tak było nastawienie na długie oczekiwanie na skoki, rozgrzewkę zrobiłem na sto procent. To czasem kosztuje nawet więcej energii. Za mną trudne dni, ale na samym treningu nie widziałem już u siebie wielkiego przemęczenia, więc o to jestem spokojny. Widać, że wszystko jest w porządku.

Piotr ŻyłaPiotr Żyła zakażony koronawirusem! Szanse spadły do minimum. Potrzebuje 4 negatywów!

Rozstrzygnęła się walka o to, kto pojedzie na igrzyska w Pekinie. Trenerzy wybrali Stefana Hulę. Bardzo obciążało cię to, że stworzyła się taka ostateczna rozgrywka na te zawody na Wielkiej Krokwi?

Najważniejsze było to, że wciąż jest szansa. Ta świadomość powodowała, że chciałem walczyć do końca. Przystępowałem do tego weekendu Pucharu Świata z takim pozytywnym nastawieniem: nic nie muszę, wszystko mogę. Chciałem pozytywnie zaryzykować. Śmiałem się, że to można porównać do pokera. Nieważne, jakie mam karty, wchodzę "all-in" i może się uda? To ten moment sezonu, kiedy wszystko, co mamy w rękach, a może i asa z rękawa, trzeba wyłożyć na stół. Wiadomo, że te najlepsze karty to dobre skoki. Miałem nadzieję, że one będą tak udane, jak na obozie w Planicy, z którego wróciliśmy przed zawodami. Że one będą najlepsze tej zimy.

Czy to było duże obciążenie? Jakaś presja się pojawiła, ale nie zadziałało to deprymująco. Nie miałem nic do stracenia. Nie jeździłem na ostatnie Puchary Świata, ale z moich obserwacji to atmosfera w kadrze była taka, jaką zapamiętałem ze swoich ostatnich wyjazdów. Tu nie było mowy o większym stresie, czy jakiejś milczącej grupie ludzi, która nie odzywa się do siebie, bo jest skoncentrowana i nie chce sobie przeszkadzać. Każdy z nas wiedział, co ma zrobić, każdy wiedział, o co walczy. Odbyło się to jednak w normalnej, bardzo dobrej atmosferze.

Co poczułeś, gdy usłyszałeś, kto leci do Chin?

Już po oddaniu mojego drugiego skoku, który nie dał mi awansu do drugiej serii niedzielnego konkursu, miałem w głowie, jaka będzie decyzja. Nie wiedziałem tego, ale spodziewałem się, kogo wskażą trenerzy. Wszystko było widać czarno na białym. Nie można było mieć zbyt wielkich nadziei, że może jednak okaże się inaczej. Stefan zapracował sobie na ten wyjazd, wszedł do drugiej serii, skoczył lepiej i ja już nie spodziewałem się innej decyzji, niż ta, którą usłyszałem. To nie był wielki ból i zaskoczenie.

W przerwie po kwalifikacjach, a przed konkursem w studiu TVP Sport Adam Małysz stwierdził: jeśli Maciej Kot odda taki skok, jak w kwalifikacjach, będę optował za wybraniem go do kadry. Ta walka faktycznie była i ku zdziwieniu wielu fanów rozgrywała się pomiędzy tobą a Stefanem, czyli zawodnikami, którzy w zasadzie do niej doskoczyli.

Był w niej jeszcze Andrzej Stękała i Jakub Wolny, to nie tak, że my toczyliśmy odrębny pojedynek. Jeśli spojrzymy na to, jak przebiegał sezon, to ktokolwiek skoczyłby na poziomie najlepszej piętnastki, czy dwudziestki Pucharu Świata byłby brany pod uwagę przy walce o to piąte miejsce w kadrze na igrzyska. Ten skok z kwalifikacji był moim najlepszym w zawodach tej zimy. Myślę, że gdybym taki oddał też w pierwszej serii, to miałbym awans i tworzyłaby się szansa do rozstrzygnięcia wszystkiego na swoją stronę w finałowej rundzie. Popełniłem jednak błąd i to tylko moja wina, że nie wszedłem do drugiej serii. Wiadomo, było blisko, ale to sport na najwyższym poziomie i tu zawsze decydują niewielkie elementy i jak w tym przypadku ułamki punktów.

 

Było w tobie trochę złości, że wcześniej nie pojawiłeś się na Pucharze Świata i nie mogłeś tej walki i szans na pokazanie się rozciągnąć?

Tak, na siebie. Byłem zły, że nie pokazałem takich skoków, jak w Zakopanem wcześniej. Pomimo ciężkiej pracy, wielu wyrzeczeń i cierpliwości, jaką miałem, planu, który realizowałem, najpierw z moim bratem Kubą, potem z Maćkiem Maciusiakiem, z którym trenowaliśmy ostatnie dwa tygodnie, to wszystko przyszło za późno. Takie skoki trzeba było pokazać przed Turniejem Czterech Skoczni, żeby tam pojechać i mieć szansę na dłuższą walkę o igrzyska. Nie mam pretensji do trenerów, bo mam świadomość, że zrobiłem za mało. Wyniki na mistrzostwach Polski, czy w Pucharze Kontynentalnym nie dawały argumentów do tego, żebym jechał. Pretensje mam do siebie, bo za późno przyszła poprawa moich skoków.

Wiemy, że zaczynałeś w trudnych warunkach, bez wsparcia wielu osób. Miałeś gorzej od innych zawodników z kadry, a zakończyłeś ten okres niemalże na równi z zawodnikami, którzy jadą do Pekinu. Jakbyś podsumował cały ten sezon do tej pory?

To temat, który niechętnie poruszam, jest dla mnie ciężki. Ale nie ukrywam, że mam małą wewnętrzną satysfakcję razem z Kubą, który przygotowywał mnie latem i na początku zimy, widząc, co się dzieje i wkładając w to wszystko wiele sił. Pomimo pewnych ograniczeń zdołałem walczyć do samego końca o Pekin i pokazać w Zakopanem całkiem niezłe skoki, które dały dobry wynik. To w tym momencie poziom, który chciałbym ustabilizować. To taki realny cel, bo ogółem chciałoby się wrócić do walki z najlepszymi, o duże wyższe miejsca. Pamiętam, jak cztery lata temu walczyliśmy o wyjazd do Pjongczangu i co trzeba było zrobić, żeby się załapać.

Piotr ŻyłaJest plan awaryjny dla zakażonego Piotra Żyły. W tym cała nadzieja

Wejść do najlepszej dziesiątki Pucharu Świata, a może nawet stanąć na podium.

Myślę zatem nie o rywalizacji na swoim podwórku, a szerzej: o najlepszych, poziomie Pucharu Świata i widać, że tam jeszcze sporo brakuje. Prawdziwą, pełną satysfakcję poczuję, kiedy im dorównam.

Jak dużo się zmieniło, kiedy przygarnął cię pod swoje skrzydła Maciej Maciusiak? Dużo w kwestiach technicznych, czy może też choćby w psychice?

Najwięcej pracowaliśmy nad kwestiami technicznymi w skokach. Nad psychiką czuwa u mnie psycholog, ale wiadomo, że Maciek jest trenerem, który stara się działać kompleksowo, czyli rozmawiać z zawodnikiem także o podejściu do skoków i zawodów. Potrafi zapytać, co zawodnik ma w głowie i rozwiązywać takie problemy. Miał zatem swoją zasługę przy moim odblokowaniu w zawodach i tym, że poczułem się pewny siebie, uwierzyłem w swoje umiejętności. Najwięcej udało się jednak wykonać przy samym przejściu od odbicia do lotu. Nie raz pozycja najazdowa, odbicie było dobre, ale przejście do lotu i sam lot już ten skok psuł. Tam traciłem nawet od dziesięciu do piętnastu metrów. To wciąż bardzo duży mankament, ale pojawił się postęp i już ta faza wygląda lepiej. Przede wszystkim wiemy, na czym polega błąd, jak nad nim pracować i mamy na to jasny plan. Wtedy dużo łatwiej się pracuje.

To także dla trenera Maciusiaka pewien sukces: te twoje skoki i obecność Stefana Huli w składzie na igrzyska, prawda?

Mam nadzieję, że czuje z tego satysfakcję, bo ma prawo być z tego zadowolonym. Nadzieje mogły być większe, bo obaj chcieliśmy, żebym zdobył punkty i wtedy byłaby większa radość. Pracę wykonaliśmy jednak dobrze, bo widać progres u praktycznie każdego, kto był na obozie w Planicy na początku stycznia. To nie poszło na marne, tylko dało wymierne efekty.

 

Co z kolejnymi krokami? Cel na Titisee-Neustadt to znów punkty Pucharu Świata?

Zdecydowanie. Celem wynikowym są punkty, na samej skoczni trzeba skupić się na konkretach i swojej pracy. Z Maćkiem Maciusiakiem ustalimy, nad czym chcemy się skupić. Mam jednak taki wniosek po Zakopanem: nie można tych skoków za bardzo kontrolować i skupiać się na szczegółach. Tu trzeba równowagi, bo gdy za mocno skoncentruję się na jakimś elemencie, te skoki są niezłe, ale bez odpowiedniej energii i przekonania. Kiedy je "puszczam", staram się skoczyć na luzie, to one automatycznie są lepsze.

I to według mnie pokazuje, że te dobre próby mam gdzieś w głowie, tylko trzeba je odblokować. Zaufać samemu sobie. Pod tym względem Zakopane sporo mi dało, bo poczułem, że to powinno iść w tę stronę. Do Niemiec mogłem pojechać z takim samym nastawieniem, czyli bez zbędnego obciążenia. Wielkiej presji nie ma, bo tutaj nikt nie spodziewa się wielkich sukcesów, a każdy skok, który daje punkty, może gdzieś podbijać moje notowania. Wiadomo, że walczę głównie o dobre wyniki, ale także, żeby odzyskać sponsora. To też uwiera mi i jest trudną sytuacją.

A czego potrzeba ci do podjęcia kolejnych kroków w karierze, decyzji o tym, co dalej? Właśnie wsparcia sponsora?

Do ostatnich zawodów w tym sezonie chcę w stu procentach realizować plan treningowy i się angażować. I mogę zapewnić, że tak będzie. Wiem już ze swojego doświadczenia, że praca wykonana w jednym sezonie ma spory wpływ na kolejne. Każdy skok, dobre wykonane powtórzenie na siłowni procentuje na przyszłość. Wiadomo, że po sezonie przychodzą momenty na analizy, rachunek sumienia, czy rozmowy z trenerami. Po pierwsze: muszę poczekać na decyzje o składach kadr narodowych, czy grup szkoleniowych. W Polskim Związku Narciarskim nadchodzą zmiany, więc na to wszystko chciałbym poczekać. Na to, jakie będą możliwości treningowe i plany.

Ważna faktycznie będzie kwestia sponsora i wsparcia finansowego. W tym roku zacisnąłem zęby i powiedziałem, że nieważne, co by się stało, nawet jeśli nie znajdzie się sponsor, to zawalczę do końca sezonu o to, żeby go odzyskać. Jeszcze jest trochę czasu, ale to nie zależy tylko ode mnie. Ja mogę tylko starać się skakać w Pucharze Świata, żeby zostać zauważonym i pokazać, że warto we mnie zainwestować. Zobaczymy, jak ta sytuacja się rozwinie, bo to na pewno potrzebne do podjęcia decyzji. Jestem zawodnikiem, który jeśli w coś się zaangażuje i spojrzy na przyszły rok z chęcią występu w mistrzostwach świata, to robi to przemyślanie, akceptuje wszystkie wyrzeczenia i pracuje każdego dnia na sto procent. Akceptuję to, ale mam na utrzymaniu rodzinę, więc za tak ciężką pracę chciałbym mieć jakieś wynagrodzenie. To naturalne.

Piotr ŻyłaPiotr Żyła skomentował zakażenie. I to jak... "Przesadzę z lekarstwem"

Mówisz o zaciskaniu zębów. Jak długo jeszcze jesteś w stanie to robić?

Nie myślę o tym. Nie mam jakiejś fatalnej sytuacji. Nie jestem człowiekiem rozrzutnym, więc moje życie prywatne i rodzinne jest w jakiś sposób ustabilizowane. Nie da się jednak robić tego, co się lubi, jeśli nie ma odpowiednich przychodów. Wiadomo, że najlepiej pracować w tej dziedzinie, którą się kocha. Ale gdy jest się dorosłym, ma się dziecko i żonę, nie można tylko tak myśleć. Nie można być zapatrzonym w swoją pasję bez względu na to, co ona daje. To trzeba łączyć i mam głęboką nadzieję, że to się jeszcze uda. Najsilniejszą kartą przetargową w takiej sytuacji są dobre wyniki. Wciąż wierzę, że jestem w stanie je uzyskiwać i cieszę się z każdej kolejnej szansy.

Takiej, jaką są choćby zawody w Titisee-Neustadt. Potem sezon też będę chciał zakończyć w Pucharze Świata, wysłać sygnał, że jestem mocny i podbić kandydaturę do obecności w kadrze. I trudno mi powiedzieć, ile mogę wytrzymać. Każdy potrzebuje finansowej pewności i stabilności w życiu zawodowym. Tylko tak mogę się skupić na pracy, która wbrew pozorom jest czymś ciężkim. Niektórym wydaje się, że tak nie jest. Ale całej pracy, którą wykonujemy niestety nie widać.

Więcej o: