Niemcy oburzają rywali. FIS bezradnie rozkłada ręce. Nie może nic zrobić

Piotr Majchrzak
Szwy otwierające się w trakcie lotu, dzięki którym kombinezon zmienia się w żagiel. Tajemnicze otwory, które ze strojów skoczków robią bańki powietrzne. Specjalna bielizna, która przykleja się do kombinezonu, by go rozciągnąć, albo już mniej wyrafinowane wypychanie bielizny przed pomiarami. Kombinowanie z kombinezonami od lat jest wewnętrznym wyścigiem zbrojeń w skokach naciarskich.

Dla polskiego kibica skoki narciarskie stały się sportem tak naturalnym, że czasem zapominamy o tym, jak bardzo są skomplikowane. Ekstremalne, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, zaawansowane technologicznie w temacie sprzętu. Narty, buty, wiązania, kombinezony - na udany skok wpływ ma wszystko.  Trudno dokładnie oszacować, o ile długość skoku może poprawić dodatkowy centymetr kombinezonu, ale środowiskowa prawda głosi, że tak niewielki luz może się przełożyć nawet na cztery metry.

Dlatego kombinowanie przy kombinezonach jest stałym motywem kolejnych edycji Pucharu Świata. Dziś kombinują Niemcy, wczoraj robili to Austriacy, jutro zaskoczyć mogą Polacy. Regulacje i przepisy się zmieniają, ale inwencja kolejnych reprezentacji nie zna granic.

Zobacz wideo Alarm w obozie polskich skoczków. "Gdyby Doleżał pił, to wpadłby w cug"

- Nadal jest bardzo dużo rzeczy, które możesz zrobić z kombinezonami, by latać dalej. Wiele metrów dalej - przyznaje były wybitny skoczek Janne Ahonen

Kombinezon "szybki", kombinezon "wolny". Kamil Stoch woli ten pierwszy

Kombinezony skoczków w dotyku przypominają skórę foki. Niektóre są bardziej chropowate, inne zaś śliskie. Na ich właściwości wpływają rodzaj i ułożenie włosków. To one decydują o tym, czy kombinezony są "szybkie", czy "wolne".

Każdy zawodnik ma własne preferencje. Kombinezony "szybkie" pozwalają na szybszy lot po zeskoku. Tworzą mniejszy opór powietrza, więc można szybciej przedostać się do strefy lądowania. Właśnie takie kombinezony odpowiadają Polakom, którzy mają wyższy tor lotu i potrzebują prędkości w drugiej fazie. - Proszę popatrzeć na Kamila Stocha, on bazuje właśnie na szybkości w powietrzu. Jeśli ona jest, to odlatuje. Wolniejsze kombinezony powodowałyby zbyt duży opór i nie byłoby prędkości przelotowej - tłumaczył nam kiedyś Tadeusz Szostak, właściciel firmy szyjącej kombinezony.

- Natomiast Norwegowie doskonale czują się w strojach, które są wolniejsze. Latają bardzo płasko nad zeskokiem, mają trochę inną technikę prowadzenia nart. Prędkość im niepotrzebna, bo ją mają, zależy im za to, by powietrze trzymało ich w górze - dodawał Szostak.

Adam Małysz latał stabilnie. Teraz liczy się prędkość

Na przełomie wieków, w czasach Adama Małysza, nie obowiązywały właściwie żadne reguły dotyczące kombinezonów. Stroje były na tyle duże, że skoczkom nie przeszkadzały nawet mocne podmuchy wiatru - obszerny kombinezon powodował, że zawodnik nie osiągał w locie dużych prędkości, ale zachowywał stabilną pozycję.

Dziś kombinezony są już tak dopasowane, że każdy skok jest na granicy bezpieczeństwa. W momencie lądowania skoczkowie mają pędzą z prędkością około 120 km/h. A dodatkowo każdy, niemal najmniejszy podmuch wiatru, może zdecydować o tym, czy skoczek poleci 120 czy 140 metrów. Skoki stały się bardzo wrażliwe na wiatr - jeśli jednemu zawodnikowi wieje z prędkością 1 m/s sekundę pod narty, a drugiemu w plecy, to ten drugi nie ma żadnych szans na dobry skok. Nie pomoże mu nawet rekompensata za złe warunki.

To dlatego na każdym powiększeniu kombinezonu można ugrać naprawdę bardzo dużo. To dlatego kombinowanie przy kombinezonach od lat jest ukrytą dyscypliną w skokach narciarskich.

Tricki, które zmieniały skoki narciarskie. Tak oszukiwano w kombinezonach

W trakcie sezonu 2002/03 wybuchła potężna afera związana z kombinezonami Austriaków. Stroje wymyślone przez Hannu Lepistoe i wykonane przez firmę Schneider z Altenmarku miały specjalne szwy na ramionach, które w czasie lotu lekko się otwierały. Wpadające do kombinezonu powietrze poszerzało go również w kroku, dzięki czemu zwiększało powierzchnię nośną. Wówczas mówiło się, że kombinezony przypominają bryty, czyli materiał, z którego powstają żagle.

Gdy sekret wyszedł na jaw, na skoczniach zawrzało. Norwegowie zagrozili bojkotem konkursów w Zakopanem, a FIS nie miał wyboru - musiał wziąć się za dokładne kontrolowanie strojów. Latem 2003 roku wprowadzono kilka ograniczeń - tolerancję luzu w kombinezonach ustalono na sześć centymetrów, wszystkim ekipom zapewniono dostęp do tych samych materiałów.

Oczywiście nie zatrzymało to szukania kolejnych luk w przepisach. Kilka lat później zaczęto szyć kombinezony tak, że materiał za szyją skoczką miał nieco większy otwór. Gdy zawodnik był w locie, powietrze wypełniało kombinezon tworząc coś w rodzaju bańki powietrznej, która podnosiła skoczka. W takim kombinezonie skakał też Adam Małysz i - jak można usłyszeć po latach - naprawdę dawało to duże efekty.

W lecie 2012 roku FIS wprowadził zasadę "zero tolerancji" kompletnie zmieniając zasady szycia kombinezonów. Tolerancję luzu zlikwidowano całkowicie, kombinezony miały składać się z pięciu, a nie siedmiu części - po to, by ograniczyć liczbę szwów. Gdy okazało się, że skakanie w takich strojach jest mniej bezpieczne, a zawodnicy mają problemy z samym ich zakładaniem, FIS poluzował nieco rygorystyczne przepisy. Kombinacje z kombinezonami ograniczył, ale tylko na chwilę.

Naciąganie, poprawianie, upychanie. I ostrożne schodzenie po schodach

W sezonie 2014/2015 bardzo głośno zrobiło się o Andersie Jacobsenie, który zaskoczył formą na Turnieju Czterech Skoczni. Norweg był 14. w Oberstdorfie i sensacyjnie wygrał w Ga-Pa, choć w grudniu prawie nie startował w PŚ. Wszystkich zaskakiwały wyniki i... niezwykle ekspresyjna radość po skokach.

Okazało się, że Norwegowie wpadli na genialny pomysł - ubrania, które skoczkowie zakładają pod kombinezon, uszyli ze specjalnego materiału, który przylepiał się do kombinezonu jak rzep. Dzięki temu przed skokiem można było naciągnąć kombinezon tak, by zrobić dodatkową powierzchnię nośną. A po wylądowaniu wystarczyło ekspresyjnie się ucieszyć i energicznie pomachać rękami. Wtedy materiał szybko się odklejał i wracał na swoje miejsce.

Właśnie dlatego FIS zdecydował o wprowadzeniu kontroli stroju przed skokiem. Zakazano dotykania stroju po przejściu kontroli, a bielizna skoczka stała się dwuczęściowa. Ograniczono ją też tak, by nie sięgała dalej niż do łokci i kolan, by nie naciągać kombinezonu.

Ale to teoria. Praktyka jest taka, że każdy skoczek przed startem coś naciąga, poprawia, upycha, a po schodach schodzi tak, żeby to, co wcześniej zostało upchane, takie pozostało. A mimo, że nie można używać rąk, to przy siadaniu na belkę niektórzy się na niej rozciągają, szukając dodatkowych centymetrów.

Kombinacje kombinatorów. Co z genitaliami?

W poprzednim sezonie najgłośniej było o trenerze fińskiej kadry kombinatorów - Petter Kukkonen przyznał, że jego drużyna specjalnie wykiwała kontrolerów sprzętu. I do przedsezonowego pomiaru stanęła z wypchaną bielizną. Dzięki temu udało się uzyskać kilka dodatkowych centymetrów korpusu zawodnika, a to przekłada się na możliwość uszycia stroju z de facto obniżonym o kilka centymetrów krokiem.

Dlatego przed obecnym sezonem pomiary się nieco zmieniły. Po kombinacjach Kukkonena do przedsezonowych pomiarów skoczkowie stawali w specjalnej, cienkiej bieliźnie. Sam Kukkonen uważa, że zmiany powinny pójść dalej: - Myślę, że system pomiarowy powinien zostać jeszcze poszerzony o lekarza. Specjalista mógłby stwierdzić czy skoczek stoi w prawidłowej pozycji i miałby prawo sprawdzić, czy nic nie jest ukryte w obszarze genitaliów.

- Pomiar ciała powinien być nadzorowany też przez neutralnego obserwatora, trzecią osobę poza skoczkiem i kontrolerem. A wyniki pomiarów ciała powinny być ujawniane. Tajny system i tajne wyniki budzą podejrzenia. A my potrzebujemy przejrzystości - dodaje kombinator Kukkonen.

Co teraz wymyślili Niemcy?

Zmiany zmianami, kombinacje idą dalej. W tym sezonie zdecydowanie najgłośniej jest o niemieckich kombinezonach z Turnieju Czterech Skoczni. Rywale oburzali się już na sam widok ewidentnie zbyt dużych strojów Markusa Eisenbichlera, ale kontroler sprzetu Mika Jukkara rozkładał ręce. Przyznawał, że owszem, widzi to samo, co inni, ale kontrole nie pokazują uchybień.

Tu znów wkraczamy w skomplikowane przepisy i regulacje. Zgodnie z wytycznymi FIS kombinezonu nie powinno się szyć do naturalnych wymiarów zawodnika. To znaczy powinno się, ale trzeba wziąć pod uwagę fakt, że podczas kontroli na górze skoczni skoczek stoi w czterdziestocentymetrowym rozkroku i to wtedy kombinezon powinien mieć odpowiednie wymiary.

Co to zmienia? Okazuje się, że jeśli zmierzymy obwód nóg skoczka pod pośladkami w 40 cm rozkroku, to będzie on około 15 centymetrów większy niż gdybyśmy mierzyli skoczka, stojącego na prostych nogach! A jeśli dodamy do tego możliwe trzy centymetry toleracji, to nagle okazuje się, że w kroku skoczek może mieć 18 cm dodatkowego materiału. Stąd ten możliwy nadmiar. 

Skocznie zamknięte - tak jak w Formule 1

I tak dalej, i temu podobne. Projektanci kombinezonów wyprzedzają przepisy, sztaby ludzi analizują regulacje i szukają sposobów na to, by znaleźć w nich lukę. Od kilku lat mówi się, że jeśli FIS naprawdę chce uniknąć wizerunkowego krachu, jeśli chce, by skoki narciarskie przyciągały nowych skoczków i ich kibiców, to coś trzeba zrobić ze sprzętem, który powinien być równiejszy dla wszystkich.

Wydaje się, że najprostszym rozwiązaniem mogłoby być zastosowanie przepisów z... Formuły 1. A konkretnie reguły, która mówi, że od momentu startu sesji kwalifikacyjnej do niedzielnego wyścigu, samochody znajdują się w tzw. parku zamkniętym. Obowiązuje całkowity zakaz dotykania i zmieniania elementów w bolidach przez ekipy biorące udział w wyścigu. A ewentualne naprawy są rejestrowane przez FIA. Wszystko dzieje się pod okiem sędziów, którzy mogą pozwolić na naprawy, ale tylko z ustalonej odgórnie listy. W skokach nie byłoby to aż tak skomplikowane, a sędziowie mieliby możliwość dokładnego sprawdzania stroju. 

Dodatkowym rozwiązaniem mogłaby być produkcja strojów pod okiem FIS. Materiał do kombinezonów skoczków produkują tylko dwie firmy na świecie. Może więc najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby FIS zamawiał stroje dla wszystkich skoczków. Ekipy odbierałyby gotowy produkt, a każda przeróbka i poprawka byłaby konsultowana z odpowiednim organem FIS.

Na razie - to wciąż tylko słowa. A w momencie, w którym je czytacie, tęgie głowy kombinują, co zrobić, by zyskać dodatkowy centymetr kombinezonu i polecieć cztery metry dalej.

Więcej o: