Donosy na niemieckich skoczków. Rywale oburzeni. "Skrzydła rozkładają się w locie"

Piotr Majchrzak
Kombinezony niemieckich skoczków narciarskich były jednym z głównych tematów podczas konkursów w Bischofshofen. Cały świat skoków zastanawiał się, jak m.in. Markus Eisenbichler był w stanie przechodzić kontrolę sprzętu. Wytłumaczenie może się okazać całkiem proste.

W ostatnich dniach najwięcej zamieszania w skokach narciarskich spowodował Markus Eisenbichler i to nawet nie przy okazji zdarzających się znakomitych skoków, a z powodu dyskwalifikacji w sobotnim konkursie indywidualnym w Bischofshofen. Dyskwalifikacji, która zdaniem wielu powinna się wydarzyć dużo wcześniej.

Zobacz wideo Polscy skoczkowie jeszcze wyjdą z kryzysu. Schuster podpowiada trenerom

Olbrzymie kontrowersje ws. Niemców. Mało kto zwraca uwagę na pewien szczegół

Od początku Turnieju Czterech Skoczni w świecie skoków huczało na temat kombinezonów Niemców, bo te na pierwszy rzut oka wydawały się dużo za duże. Ba, przyznał to nawet kontroler sprzętu Mika Jukkara w rozmowie z Kubą Balcerskim, który był naszym wysłannikiem na TCS. Problem w tym, że widzieli to wszyscy, ale nie wykazywały tego kontrole.

- Jest kilka miejsc w stroju, które można wykorzystać. Chyba wszyscy widzą, że jest coś nie tak, nawet oglądając skoki w telewizji można zauważyć, że coś ewidentnie nie pasuje z tą częścią kombinezonu - mówi nam Janne Ahonen, chwytając się za nogawkę w okolicach uda. - Nie tak powinno być - kiwa głową legenda skoków narciarskich i człowiek, który przez kilka lat zajmował się szyciem kombinezonów.

U Eisenbichlera widać to było szczególnie w momencie, w którym Niemiec siada na belce startowej, a także w pierwszej fazie lotu, gdy kombinezon powiększa się w okolicach ud. - Czasem to wygląda jak skrzydła rozkładające się w locie - mówi jeden z trenerów z Pucharu Świata. 

Sport.pl LiveSport.pl Live screen Eurosport

Zapytacie "Jak to jest w ogóle możliwe?" Otóż usłyszeliśmy w FIS, że olbrzymią rolę odgrywa pewien fakt, na który mało kto zwraca uwagę. Kombinezonu nie powinno się szyć do naturalnych wymiarów zawodnika. To znaczy powinno się, ale trzeba wziąć pod uwagę fakt, że kontroli na górze skoczni dokonuje się, gdy skoczek stoi w czterdziestocentymetrowym rozkroku i to wtedy kombinezon powinien mieć odpowiednie wymiary.

Co to zmienia? Jeśli zmierzymy obwód nóg skoczka pod pośladkami w takim rozkroku, to będzie on około 15 centymetrów większy niż gdybyśmy mierzyli skoczka stojącego na prostych nogach! Jeśli dodamy do tego możliwe trzy centymetry tolerancji, to nagle okazuje się, że w kroku skoczek może mieć 18 cm dodatkowego materiału i to jest właśnie ten nadmiar, który widzimy tutaj:

Tak Niemcy osiągnęli przewagę. Czy jest jakaś tajemnica?

Oficjalnie pewnie nigdy nie poznamy tajemnicy kombinezonów Niemców, ale możemy posługiwać się różnymi poszlakami. Najważniejsza mówi, że to, jak materiał będzie zachowywał w locie, wynika przede wszystkim od jego rodzaju, sposobu szycia i umiejętności osób odpowiedzialnych za stworzenie kombinezonu. A tutaj liczy się już "know how" poszczególnych ekip, bo drużyny od producentów kupują tylko belki materiału, a potem sami szyją stroje. 

Niemcy mają zapewne opanowaną tę sztukę do perfekcji, dlatego ich kombinezony w locie czy w momencie lądowania wyglądają na aż tak duże. Gdy skoczkowie stoją, to ich stroje sprawiają wrażenie zdecydowanie za dużych, ale na górze skoczni wszystko jest legalne, bo tam kontrola zmusza do stania w lekkim rozkroku. Chyba że któryś ze skoczków mocno przesadzi i dołoży sobie dodatkowe 3,5 cm, jak było w przypadku sobotniej dyskwalifikacji Eisenbichlera. Choć inne ekipy podkreślają, że w poprzednich konkursach nadmiarowych centymetrów i tak było ich więcej. 

Od mniejszych i biedniejszych ekip można usłyszeć ciekawą teorię, która mówi, że można by się również zastanowić nad przepuszczalnością takiego materiału. Bo jeśli z przodu damy teoretycznie słaby materiał o dużej przepuszczalności, to powietrze jest w stanie wedrzeć się do kombinezonu od przodu i go "napompować". Tym bardziej, jeśli z tyłu damy materiał o maksymalnie małej przepuszczalności, czyli przepisowe 40 litrów na metr kwadratowy na sekundę. Wtedy jest szansa, że powietrze wdzierające się do środka powiększy nam ten kombinezon na czas lotu.

To są już jednak duże koszty, na które mogą sobie pozwolić tylko największe ekipy jak Niemcy, Austria, Norwegia czy Polska. Te federacje dysponują maszynką do badania przepuszczalności, której cena to kilkadziesiąt tysięcy złotych. Takie stroje trzeba również dobrze przetestować w tunelu aerodynamicznym i w ten sposób sprawdzać jak działają w locie. A to nie podoba się najmniejszym i najbiedniejszym federacjom.

- Nadal jest bardzo dużo rzeczy, które możesz zrobić z kombinezonami, by latać dalej. Wiele metrów dalej - mówi Ahonen. - Moim zdaniem obecne przepisy są naprawdę dobre, ale jest problem z kontrolowaniem sprzętu i zawodników. To powinno być na zdecydowanie lepszym poziomie. Wszystko, co związane z kombinezonami jest obecnie bardzo trudne. Myślę jednak, że powinno to być bardziej sprawiedliwe dla wszystkich drużyn - dodaje słynny Fin.

Więcej o: