- Wszyscy widzą, co się dzieje - mówił Małysz po sobotnim konkursie. Polak poszedł rozmawiać z dyrektorem Pucharu Świata, Sandro Pertile o kontrolach sprzętu, ale naciskał także na Mikę Jukkarę, który je przeprowadza.
"Kolejny raz w tym sezonie polski skoczek - Paweł Wąsek - został zdyskwalifikowany, choć miał praktycznie nowy kombinezon. Świat skoków wścieka się i zarzuca kontrolerom niekonsekwencję - tak jak w przypadku sobotniej dyskwalifikacji Markusa Eisenbichlera, choć... wielu twierdzi, że powinno do niej dojść już wcześniej" - pisał dziennikarz Sport.pl, Piotr Majchrzak. Teraz rozmawiamy z Miką Jukkarą, który opisuje nam ruch Małysza, tłumaczy przyczyny dyskwalifikacji Wąska i Eisenbichlera, a także martwi się tym, co może się wydarzyć w kwestiach sprzętu przed igrzyskami olimpijskimi w Pekinie.
Mika Jukkara: Niestety, najpierw mieliśmy dwie dyskwalifikacje w trakcie kwalifikacji - chodziło o Siergieja Tkaczenkę z Kazachstanu i Słoweńca Zaka Mogela. Kolejne dwie pojawiły się w konkursie, najpierw po pierwszej serii w przypadku Pawła Wąska, a potem po drugiej Markusa Eisenbichlera. We wszystkich przypadkach to była dokładnie ta sama sytuacja, bo mierzyłem tylko jedno miejsce (według informacji Sport.pl był to pomiar w okolicy brzucha - przyp.).
Zawsze mam pewne myśli. Ale tworzyłem listę losowo, Paweł Wąsek znalazł się na niej bez żadnego wyraźnego powodu. To było dla mnie zaskoczenie, że akurat u niego kombinezon okazał się nieregulaminowy. Wszyscy w polskim zespole mają stroje w normie, więc to była niespodzianka. Dyskwalifikacja Markusa Eisenbichlera była znacznie mniejszym zaskoczeniem. Na drugą serię mogli zmienić kombinezon, bo ten, który miał w pierwszej rundzie wyglądał w porządku, ale tu już pojawił się problem, był widoczny.
Nie, to nie tak, że wpłynęło na mnie jego zachowanie. Ono mi się nie podobało, byłem na niego zły. Mówił, że to nie fair, że dyskwalifikuję polskiego skoczka, a niemiecki według niego ma kombinezon o wiele bardziej naginający zasady. Tylko że Markus i tak był już na mojej liście. Wybrałem go do kontroli po drugiej serii. Powiedziałem Małyszowi o tym i dodałem: "Zobaczymy, jak będzie". I faktycznie, musiałem zdyskwalifikować Markusa, a sprawa dotyczyła tego samego pomiaru, co u innych.
Zazwyczaj daję ostrzeżenie w kwalifikacjach, jeśli coś widzę i potem zawodnik i sztab mają chwilę na to, żeby coś z tym zrobić. Oczywiście, że widzę pewne zdjęcia w mediach społecznościowych, ale nie mogę się nimi sugerować. Mamy własny sztab, który to analizuje na bazie naszych zdjęć ze skoczni. W niektórych przypadkach zrzuty ekranu z transmisji to nie jest materiał, na którym należy się opierać. Nie da się ich zrobić w odpowiedni sposób, taki, którego potrzebujemy. A każdy zespół ma swoje materiały, zbierają je przeciwko sobie i to normalne. Nie patrzę na nie zbyt często. Dostaję je i czasem przeglądam, ale staram się nie wyciągać wniosków. Musimy wszystko sprawdzić. Najważniejsze są te z fazy lotu i w ich przypadku faktycznie czasem patrzymy na przekaz telewizyjny.
Po prostu długo go nie mierzyłem (Na głównym zdjęciu w artykule widać moment, na którym udało nam się uchwycić urywek z transmisji telewizyjnej, gdy zabierał Niemca na kontrolę w Ga-Pa, czyli dokładnie tydzień przed sobotnimi zawodami w Bischofshofen - przyp.). W drugiej serii zmieniliśmy nieco system mierzenia kombinezonów i uwzględniliśmy w liście więcej zawodników z czołówki. Może zaskoczyliśmy w ten sposób skoczków, ale chcieliśmy to zrobić, sprawdzić, co się dzieje w najlepszych zespołach.
Coś przydarzyło się po świętach. Wcześniej wiedziałem, że mam kilku zawodników, których muszę sprawdzić w kolejnych zawodach, ale byłem w miarę spokojny. Od Turnieju Czterech Skoczni nadeszła zmiana na gorsze. Widzę, że kombinezony są większe. W ostatnich dwóch konkursach musiałem sprawdzać coraz więcej zawodników. Wiem, że zawsze starają się cisnąć do granic możliwości, są na limicie. Każda kadra musi zrobić tyle, ile może, żeby na tym zyskać. Czasem przekroczą granicę. Teraz widzę, że limit znów jest przekraczany regularnie, nie podoba mi się to. Być może testowali też mnie i to, jak zareaguję na to, że zrobią większe kombinezony. Teraz widzieli już, jak będę na to odpowiadał. Nie będzie taryfy ulgowej, bo każdy musi być na tym samym poziomie. On się nie może różnić, a już na pewno nie tak bardzo, jak ostatnio.
Nie mam takiego założenia, przeprowadzę rutynowe kontrole. Ale na pewno zgodnie z zasadami, ci, którzy zostali zdyskwalifikowani w ostatnim konkursie i tak muszą zostać sprawdzeni w ciągu kolejnych dwóch.
Nie powinno to być żadną niespodzianką. Sprawdzamy, czy coś się zmieniło, przecież temu także służą te kary.
Dyskutowaliśmy o wszystkim z Polakami. Rozmawiałem też z Eisenbichlerem. Na spokojnie, przez dłuższą chwilę tłumaczyłem dokładnie, o co chodzi. Podszedł do tego, jak dżentelmen, przyjął do wiadomości, co było nie tak.
Oczywiście, że to trochę martwi. To moje zadanie: żeby utrzymać wszystkich na równym poziomie. Muszę do tego dążyć. Co mnie pociesza to, że gdy kogoś zdyskwalifikujemy i przekażemy, co jest nie tak, to zazwyczaj jest to od razu eliminowane i potem już się nie przytrafia. Nie występuje przynajmniej przez jakiś czas. Na pewno szukają limitów, które pozwolą im ugrać coś w stronę igrzysk. Ale cel to utrzymanie nad tym kontroli i sprowadzenie wszystkich do tego samego poziomu. Nikt nie chce zamieszania w tej sprawie w Pekinie.