Tajner puścił zawodnika i po chwili biegł sprawdzić, czy się zabił. "Wisiał na jednej nodze, druga mu dyndała"

Jakub Balcerski
Ramsau, gdzie od środy formy szukają polscy skoczkowie, to nie tylko legendarna skocznia, która w przeszłości pomogła poprawić błędy choćby Adamowi Małyszowi. To także ważne miejsce dla prezesa PZN, Apoloniusza Tajnera. Z tamtych okolic pochodzi jego rodzina, o której opowiada dla Sport.pl. Wspomina także swoje początki w skokach i pierwszą próbę w wieku sześciu lat, która mogła się dla niego zakończyć tragicznie.

Po nieudanych zawodach Pucharu Świata w Wiśle zdecydowano, że część polskich skoczków zamiast na kolejne konkursy do Klingenthal, pojedzie spokojnie trenować w Austrii. Treningi na skoczni w Ramsau mają im pomóc odzyskać dobrą formę.

Zobacz wideo "Stoch wzrusza ramionami i mówi, że czegoś brakuje. To nas trochę martwi"

Ramsau? To nie tylko miejsce ratunku polskich skoków. Stamtąd pochodzą Tajnerowie

To już kolejny raz po wyjazdach z czasów Adama Małysza, czy kadry Łukasza Kruczka, kiedy zawodnicy będą tam szukać rozwiązań na popełniane błędy. Miejsce bardzo upodobał sobie obecny prezes Polskiego Związku Narciarskiego, a wcześniej trener Małysza i polskiej kadry, Apoloniusz Tajner.

Nazywa Mattensprunganlage "skocznią-prawidłem", bo łatwo na niej dostrzec błędy popełniane przez zawodników. Gdy na niej skoczkowie osiągają dobre wyniki, to na reszcie obiektów te przychodzą im coraz łatwiej. Jest jednak jeszcze jeden wątek, dzięki któremu Ramsau pozostaje wyjątkowym miejscem dla samego Tajnera.

Właśnie stąd pochodzi jego dziadek, Franciszek Theiner. - Rzeczywiście urodził się gdzieś niedaleko Linzu, być może blisko Ramsau. Czytałem te informacje, ale nigdy przesadnie się tym nie interesowałem. Trafiłem tam jednak na dziennikarza, który nazywał się Egon Theiner i śmiał się, że możemy mieć ze sobą coś wspólnego. Po oczach to, kto wie, czy to nie jakiś dalszy krewny - twierdzi w rozmowie dla Sport.pl Apoloniusz Tajner. - Dziadek służył w Bielsku w garnizonie galicyjskim, austriackim, tu został wysłany. Jak Polska odzyskała niepodległość, to garnizon został rozwiązany. A gdy poznał w Roztropicach kobietę, to został tutaj, nie wracał już do Austrii. Zajął się produkcją ryb, bo tam były stawy. W metryce Theiner zostało spolszczone na Tajner i tak jest do dziś w naszej rodzinie - mówi nam działacz. 

Niespodziewana decyzja Stefana Horngachera. Mistrz świata odstawiony na boczny torByły mistrz świata z Niemiec błąka się po III lidze skoków narciarskich, ale wierzy w powrót do PŚ

Pierwszy skok w życiu mógł być dla Tajnera tragiczny. "Gdybym uderzył głową, to pewnie bym się zabił"

Pytamy zatem: skąd w tym wszystkim skoki? - To rozpoczął ojciec - wyjaśnia. Mówi o Leopoldzie Tajnerze, jednym z pionierów dyscypliny w Beskidach, a zwłaszcza we wsi, do której się przeniósł, czyli Goleszowie. Zasłynął z ciekawych metod treningowych już w pracy trenerskiej - uczył skoków na słomę, matę kokosową, czy na stalowej linie. - Skakał od lat 30., to musiał być 1936 rok. W okolicy było już paru skoczków, dyscyplina nagle zrobiła się lokalnie dość popularna. Były mroźne zimy, więc śniegu nie brakowało i tworzyli skocznie. Dwie już istniały i każdy skakał na tym, co miał - opowiada Apoloniusz Tajner. Jego dziadek, według historyka skoków i narciarstwa, Wojciecha Szatkowskiego, na pierwsze narty zapracował sobie w kamieniołomie. - Teraz ojca dopytałbym więcej o te jego początki w skokach. Wtedy całą rodziną siedzieliśmy, słuchaliśmy, ale nie drążyliśmy - zdradza. 

Tajner świetnie pamięta za to swój pierwszy skok. - Pamiętam i nie zapomnę. Miałem chyba sześć lat, a ojciec uważał, że dla mnie na skoki jest jeszcze za wcześnie. Nie było takiej małej skoczeńki, jak jest dzisiaj w Goleszowie, tylko ta średnia, 20-metrowa. Na takich skoczniach nie puszcza się początkujących. Ale strasznie chciałem i po treningu rąbnąłem narty koledze. Pozapominałem sobie te narty tak, jak potrafiłem. Oczywiście, że nieodpowiednio. Ale zdołałem ruszyć - opisuje Tajner. 

- Na rozbiegu jedna z nart mi się wypięła i przewróciłem się na progu. Spadłem na bulę, rzuciło mnie na bok i uderzyłem w metalowy słup brzuchem. Owinąłem się wokół niego i nie mogłem złapać oddechu. Gdybym uderzył głową, to pewnie bym się zabił, bo tam była spora prędkość. Pamiętam, jak walczyłem o ten oddech, a na dole skoczni pojawił się mój ojciec, który do mnie przybiegł i stamtąd ściągał. Na szczęście nic groźnego mi się nie stało. Tata miał rację, żeby nie skakać, ale ja byłem zdeterminowany, a wokół skoczni były zupełnie inne warunki. Takie wypadki były na porządku dziennym, bo ciągle coś stało za blisko i dopiero po tego typu upadkach to przesuwano, albo osłaniano. Wiele kończyło się śmiercią, mój szczęśliwie nie - relacjonuje. 

"Totalne bzdury. Napisz to". Jest odpowiedź z kadry polskich skoczków

Tajnerowi na początku kariery trenera stanęło serce. "Widziałem się w kryminale"

W sumie w całej rodzinie Tajnerów prezes PZN naliczył jedenaście osób związanych ze skokami, którzy je trenowali. Sam Tajner szybko opuścił Goleszów, gdzie skakał w większości tylko w młodości. - Później mieszkałem już w Wiśle i tam trenowałem. Wracałem do skoczni w Goleszowie sporadycznie na pojedyncze konkursy. Byłem członkiem GKS-u Katowice, ROW-u Rybnik, a po jego rozwiązaniu przeszliśmy wszyscy do Olimpii Goleszów. Wtedy byliśmy jednak zbyt dojrzałymi zawodnikami, żeby tam skakać. Moja ulubiona skocznia? Malinka. Ta stara, myśmy ją lubili. Miała stosunkowo wysoki tor lotu i to nam się zawsze podobało - wskazuje Tajner. 

Do Goleszowa wrócił za to jako trener. I z tego okresu pamięta wydarzenie niemalże tak samo traumatyczne, jak jego pierwszy skok w życiu. - Tam na skoczni często szybko marzły trociny, które napędzały skoczka, gdy ten zjeżdżał po zeskoku już po oddanej próbie. Jak był sprytny, to umiał odpowiednio opanować narty i zjechać na taką skarpę, która znajduje się na dole. Jeden z nich skoczył, usiadł na tyłach nart i nabrał prędkości, a potem, zamiast upaść i się zatrzymać, to pojechał prosto. Wyrzuciło go i poleeeciał! Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek tak szybko gdzieś biegł. Popędziłem spod progu sprawdzić, co z nim, bo myślałem, że zabity - opowiada. 

- Tam droga asfaltowa jest w pionie jakieś osiem metrów niżej, więc jakby źle spadł, to mógłby tego nie przeżyć, a jego jeszcze wyrzuciło w górę. Tam była niby osłona półtorametrowa, ale on nad nią przeleciał. Wybiło go i poszedł! Dobiegam, patrzę, a on wpadł na drzewo, które tam rosło i wbił się nogą z nartą w taką okraczkę. Wisiał na jednej nodze, druga mu dyndała. I był problem, jak go zdjąć, bo nawet spadając stamtąd, mógł sobie coś zrobić. Był tylko podrapany, ale serce mi stanęło. Widziałem się już w kryminale - wspomina Apoloniusz Tajner. 

Wymowne słowa Małysza. To nie Doleżal rządzi kadrą skoczków? Wymowne słowa Małysza. To nie Doleżal rządzi kadrą skoczków? "Też taką opinię słyszałem"

Po kilku latach treningów doprowadził skoczków z Goleszowa do świetnych wyników w krajowych zawodach i został trenerem polskiej kadry narodowej. Historia zatoczyła koło gdy wraz z Adamem Małyszem, szukając formy i próbując poprawić błędy w skokach Polaka, przyjeżdżał do Ramsau - miejsca, od którego zaczyna się historia jego rodziny. Oby teraz przyniosło rozwiązania, jak choćby w 2002 i 2003 roku, gdy Małysz wyjeżdżał stamtąd i zdobywał medale na igrzyskach olimpijskich w Salt Lake City, a potem na mistrzostwach świata w Predazzo. O tych sukcesach Tajner opowiadał Sport.pl w długiej rozmowie z Łukaszem Jachimiakiem w cyklu "nieDawny Mistrz".

Więcej o: