"Ojeju! O Boże" - krzyknął Szaranowicz. "Morgi" koszmarnie runął na zeskok. "Okropne"

Jakub Balcerski
Seppo Linjakumpu zajmuje się skocznią w Ruce już od 1985 roku. Przy organizacji zawodów na jednym z największych dużych obiektów na świecie pracuje przez 25 lat. Ale tylko w 2003 roku bał się tak bardzo. - Dzwoniłem do karetki. Pytałem tylko, czy już ruszyli do szpitala i jak źle z nim jest - wspomina fatalny upadek Thomasa Morgensterna w rozmowie dla Sport.pl.

Był 29 listopada 2003 roku. Dzień wcześniej na skoczni Rukatunturi niedaleko Kuusamo rozpoczął się kolejny sezon Puchar Świata. Wygrał Matti Hautamaeki, na podium drugi stanął Adam Małysz. Jednak po drugim konkursie cyklu nie było już radości polskich i fińskich kibiców, którzy wypełnili trybuny do maksimum, tylko strach. I fajerwerki odpalone pomimo odwołanych zawodów. 

Zobacz wideo Nowy sezon, nowe nadzieje. "Kubackiego stać na wszystko. To może być jego zima"

"Ojeju!" - krzyknął Szaranowicz, a Morgenstern czuł, jak obraca się w powietrzu. Potem tylko czekał na uderzenie w bulę

- Czułem się nieswojo. Nie odwołaliśmy pokazu sztucznych ogni, ale może w tych okolicznościach powinniśmy. Choć wiedzieliśmy już, że mu nic nie jest, a chcieliśmy wynagrodzić sytuację kibicom - opowiada o sytuacji sprzed 18 lat Seppo Linjakumpu, sekretarz generalny kompleksu obiektów Ruka Nordic. Podczas wielokrotnie przesuwanych i przerywanych zawodów zdominowanych przez silny wiatr pojawiały się spore problemy nawet u doświadczonych skoczków. Kilku z nich upadło, ale żaden tak groźnie, jak Austriak Thomas Morgenstern

Więcej treści sportowych znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl.

"Wszystko wydawało się idealne - pozycja dojazdowa, wybicie, przejście w fazę lotu - i zapowiadało triumf, do momentu, gdy nagle w powietrzu obydwie narty uderzyły w moje ciało. Przekoziołkowałem do przodu i zobaczyłem, że prawa narta się wypina. Przerażające uczucie! Czujesz, jak twoje ciało obraca się w powietrzu. Tracisz orientację i już nie wiesz, gdzie jest góra, a gdzie dół. W takim momencie zaciskasz zęby i czekasz na uderzenie w oblodzoną bulę" - pisał Morgenstern w swojej autobiografii "Moja walka o każdy metr" wydanej przez wydawnictwo Sine Qua Non. 

Apoloniusz Tajner ocenił opakowanie skoków narciarskich w TVNApoloniusz Tajner ocenił skoki w TVN. "Tak trzeba"

Spadł na kręgosłup, uderzył w zeskok i chwilę później zjeżdżał w dół skoczni, najpierw siedząc, a później na leżąco. Jak zdradził w książce, gdy był opatrywany i przenoszony do karetki, płakał i chciał jedynie, żeby ten koszmar się skończył, a obrażenia były jak najmniejsze. - Ojeju! O Boże... Przepraszam za tę reakcję, ale fatalna sprawa. Fatalna sprawa - komentował upadek Austriaka dla Telewizji Polskiej Włodzimierz Szaranowicz. 

 

"Pytałem, jak źle z nim jest". Ten upadek zmienił karierę Morgensterna i reputację Ruki

- Sprawa upadku Morgensterna była okropna. Pamiętam, jak czekaliśmy na jakiekolwiek wieści, co z "Morgim". Dzwoniłem do karetki. Pytałem tylko, czy już ruszyli do szpitala i jak źle z nim jest. Lekarz powiedział mi jednak, że niczego poważnie nie uszkodził - opisuje Seppo Linjakumpu. Po kilku godzinach dziennikarze dowiedzieli się, że Morgenstern ma w zasadzie "tylko" złamany palec u ręki. "Bolała szczególnie kość piszczelowa. W pierwszym momencie myślałem, że jest złamana, ale miałem tylko paskudne rozcięcie od narty. Udo było całe fioletowe. Huczało mi w głowie, miałem wstrząśnienie mózgu" - opisywał Morgenstern w książce. 

Ostatecznie skoczek musiał pauzować przez miesiąc, wrócił na zawody otwierające Turniej Czterech Skoczni. Upadek towarzyszył mu jednak przez resztę kariery - zostawił poważną ranę na psychice. Dziewięć lat później Austriak groźnie upadł na mamucie w Kulm i choć wystartował jeszcze na igrzyskach olimpijskich w Soczi, to później zakończył karierę.

A Ruka już u wszystkich zyskała status kapryśnej, wietrznej lub wręcz niebezpiecznej skoczni. Ci, którzy bywali tu na zgrupowaniach, wiedzieli, że wieje praktycznie zawsze i to mocno. W kolejnych sezonach wiatr nie odpuszczał, ale FIS doceniał przygotowanie obiektu i wiedział, że organizatorzy nie mieli wielkiego wpływu na pogodę. To nie oni sprawili, że Morgenstern upadł, choć jury zawodów mogło je oczywiście wcześniej przerwać. Konkurs udało się rozegrać jeszcze raz, rano dzień później.

Nawet ponad 10 metrów na sekundę. Trudna "przyjaźń" z wiatrem

Seppo Linjakumpu pamięta jeszcze drewnianą skocznię w Ruce. - Powstała w 1964 roku, choć wtedy nie bywałem jeszcze na skoczni. Parę razy widziałem ją na zawodach w telewizji. Pierwszy raz pomagałem jako wolontariusz przy lokalnym konkursie w 1985 roku. Moim zadaniem było wręczanie trofeów zwycięzcom. Mieliśmy trochę zawodów międzynarodowych, choć głównie jednak te pomiędzy fińskimi skoczkami. Drewniana skocznia zniknęła w 1996 roku, gdy Ruka zadebiutowała w Pucharze Świata. Teraz jest już stałym przystankiem cyklu. W tym roku zawody odbyły się po raz 20. i w 25. rocznicę debiutu - przytacza. 

Zawody Pucharu Świata w WiśleAdam Małysz krótko ocenił skoki w TVN. "Niejeden może być zdziwiony"

Wiatr nazywa się nieodłącznym elementem rywalizacji na tym obiekcie. Niestety. - Mamy z nim trudną "przyjaźń". Nie pamiętam konkretnej wartości, ale rekordem były podmuchy ponad 10 metrów na sekundę, które widziałem na pomiarze na własne oczy - wskazuje Linjakumpu. - Często mieliśmy tylko jednoseryjne, albo przesuwane konkursy. Najgorzej było w 2015 roku, gdy było zbyt ciepło i wietrznie, przez co odwołaliśmy całe zawody w skokach i kombinacji norweskiej - dodaje. 

- Po tym przypadku zainstalowaliśmy tory lodowe i trwalsze siatki, które chronią skocznię przed najsilniejszymi podmuchami wiatru. Kosztowało nas to milion euro, ale teraz śpimy spokojniej. Praktycznie wyeliminowaliśmy boczne podmuchy, najgorzej jest, jeśli wieje prosto pod narty, lub z tyłu skoczni. Ale coraz rzadziej jest to nie do opanowania - ocenia Linjakumpu. 

Skoki na 160 metrów możliwe? "To magiczne miejsce"

Sekretarza generalnego Ruka Nordic pytamy też o najdłuższy skok na obiekcie, o jakim słyszał. - Czy legendy o 160 metrach są prawdziwe? Cóż, ja takiego nie widziałem, ale były trener Anssiego Koivuranty często mówi, że jego skoczek zbliżył się do tej granicy, kiedy zaczynał karierę kombinatora norweskiego - zdradza Seppo Linjakumpu.

Oficjalnym rekordem skoczni pozostaje 147,5 metra osiągnięte przez Stefana Krafta w 2017, Ryoyu Kobayashiego w 2018 i Karla Geigera w 2019 roku. W 2010 roku metr dalej lądował tam kombinator Eric Frenzel. W grudniu 2020 roku na Pucharze Kontynentalnym 150 metrów w Ruce ustał Jan Hoerl. Ale mówi się, że na treningach zawodnicy regularnie skaczą tu ponad tę granicę. Sigurd Pettersen kiedyś wspominał o 152 metrach, a później pojawiały się nawet odległości o kilka metrów dłuższe, choć żadnej nie udało się potwierdzić.

Apoloniusz Tajner (z lewej) i trener kadry Michal DolezalApoloniusz Tajner chce poprawy od dwóch skoczków. "Żadnych lepszych przesłanek"

- Jeśli warunki pozwalają, to rywalizacja w Ruce jest zawsze wyjątkowa. To bardzo zimowe, magiczne miejsce, gdzie da się lądować bardzo daleko - podsumowuje Linjakumpu. Fiński obiekt stał się esencją skoków - niebezpiecznych, ale dających dużo adrenaliny i uzależnienia od natury. W tym sezonie konkursy zostały jednak oszczędzone przez pogodę. Wiało dużo słabiej, niż zazwyczaj, choć nie zmieniło się jedno: chłód. Ale do tego prawie wszyscy są tam jednak raczej przyzwyczajeni.

Kolejne zawody Pucharu Świata zaplanowano na dni 3-5 grudnia w Wiśle. W Polsce zostaną rozegrane konkurs indywidualny i drużynowy. Relacja na żywo na Sport.pl i w aplikacji mobilnej Sport.pl LIVE.

Więcej o: