Stoch rozprawił się z największym mitem polskich skoków. Przebija balonik

Piotr Majchrzak
- Oczywiście, że odczuwam presję ze strony mediów i kibiców. Ale tak powinno być. Kibice mają prawo oczekiwać wyników, a media dobrych skoków. To daje nam motywację. A my musimy umieć te puzzle poukładać - mówi Sport.pl Kamil Stoch w dużej, przedsezonowej rozmowie.

Piotr Majchrzak: Za mniej niż miesiąc Puchar Świata, ale zacznę przewrotnie. Kamil, czego najbardziej nie lubisz w skokach?

Kamil Stoch: Kiedyś więcej rzeczy mnie irytowało czy drażniło. Głównie jakieś obowiązki względem dziennikarzy czy konferencje prasowe i same długie podróże. A konkretnie częstotliwość pakowania, rozpakowywania. Ale im jestem starszy, traktuję to jako normalną część mojej pracy. Jedni muszą wziąć neseser, laptopa i iść do biura. Tak samo my mamy swój rytuał.

Zobacz wideo Rewolucja w skokach narciarskich. Skoki znikają z anten TVP

Może dobrze, że ten Niżny Tagił jest na początku sezonu, to długa i męcząca podróż w głąb Rosji będzie bardziej ekscytująca, bo startuje zima.

- Może tak. I człowiek będzie na świeżości, głodny skakania, śniegu i zimy.

Myślisz już o przyszłości? Jaki będzie twój najważniejszy moment sezonu? 

- Teraz myślę o tym, że czeka mnie supersezon i dużo okazji, by oddawać świetne skoki. Świetne skocznie przed nami i najlepsza możliwa impreza, czyli igrzyska olimpijskie. A najlepsze w tym sezonie będzie to, że będzie naprawdę dużo lotów. Trzy weekendy lotów na koniec zimy. 

Jesteś gotowy? To będzie twój 19. sezon w Pucharze Świata. I to było chyba dla ciebie dość nietypowe lato, bo przerwa związana z zabiegiem kostki była drugą najdłuższą w karierze. Wiadomo, że nie ma idealnego czasu na kontuzje, ale w tym roku czas operacji kostki wypadł idealnie, bo w maju.

 - Tak to prawda, nie powiem, że to było zaplanowane, bo takich rzeczy nie da się zaplanować. Dolegliwości dotyczące stopy zacząłem mieć zimą. Trochę je na początku zbagatelizowałem, bo nie wiedziałem, co to jest. Nie dokuczało mi aż tak w skakaniu. Niestety później tylko się to pogłębiało. Na wiosnę, gdy zrobiliśmy pełne badania, okazało się, że pojawiła się narośl na prawej stopie. Było to na tyle niegroźne, że mogłem zrobić pełny wiosenny trening motoryczny. Z tym, że pod koniec najtrudniejszego czasu treningów nie mogłem już trenować. Musiałem poddać się zabiegowi.

Jak patrzysz na to z perspektywy ostatniego półrocza? Dużo straciłeś przygotowań przez kontuzje i operację?

- Nie. Wydaje mi się, że nie straciłem nic w przygotowaniach. Tak naprawdę zrobiłem najmocniejszy trening motoryczny na wiosnę. Później miałem dosłownie 10 dni przerwy i wznowiłem treningi bez obciążenia stawu skokowego. Pojawiły się też ćwiczenia na czucie głębokie, trochę koordynacji. Paradoksalnie, to że nie mogłem wykonać normalnego treningu sprawiło, że skupiłem się nad rozwojem górnych partii ciała, za co pewnie nigdy bym się nie wziął. A teraz miałem czas, więc się zmotywowałem. 

Mówisz, że poprawa czucia głębokiego górnych partii ciała wpływa m.in. na prędkości najazdowe. A jak to wytłumaczyć zwykłemu kibicowi?

- To były ćwiczenia ogólnorozwojowe. Mogłem skupić się na górze ciała, otworzyć klatkę piersiową. Wiadomo, skoczkowie z reguły są bardziej przygarbieni, a teraz mogłem się bardziej porozciągać. Dlatego z większą swobodą przyjmuję pozycję najazdową. To też pomogło mi właśnie w prędkościach. Nie twierdzę, że będę najszybszy, ale dla mnie ważne jest to, żeby być w okolicy średniej. Gdybym jeździł powyżej średniej, to by było już super.

Czyli porównując się do Dawida Kubackiego, będziesz zadowolony, jak będziesz maksymalnie 0,5 km/h za nim?

- A tu cię zaskoczę... Powiem szczerze, że na ostatnim obozie w Courchevel zdarzało mi się jeździć nawet szybciej od Dawida. Ale nie wiem, czy to było spowodowane tym, że to on kiepsko jeździł, czy ja tak dobrze, haha. Natomiast wiadomo, Dawid to jest absolutny top jeśli chodzi o prędkości najazdowe. I jeżeli nie będę do niego tracił więcej niż 0,5 km/h, to będzie super.

Mówisz o ostatnim obozie w Courchevel, więc zapytam, jak wyglądały skoki, bo po ostatnich zawodach LGP w mediach zrobiło się dość głośno. Zresztą sam ciut narzekałeś. Zaniepokoiłeś kibiców i nawet Adama Małysza. 

- Wiadomo, że zawsze staram się być dobry na zawodach i chcę robić wszystko jak najlepiej. I miałem prawo, żeby myśleć, że będzie dobrze. Treningi poprzedzające ostatnie zawody były naprawdę dobre. Później przyszedł delikatnie zły moment. Może za bardzo chciałem, chociaż przecież nie jechałem przemotywowany na Letnie Grand Prix w Hinzenbach, aż tak się nie pogubiłem, haha. Ale może nałożył się na siebie ten intensywny trening, trochę emocji i mnie trochę przytłamsiło. Nie mogłem pokazać pełni możliwości.

Potem pojechaliśmy do Courchevel i pierwsze dwa treningi były takie sobie. Nie powiem, że skoki były złe, ale takie trochę w kratkę. Druga część zgrupowania była już bardzo dobra i jestem bardzo zadowolony z pracy, jaką tam wykonałem.

A może te gorsze skoki to nie był przypadek? Jak patrzę na ostatnie 15 lat przygotowań, to z reguły masz słabszy moment w przygotowaniach w okolicach września i października.

- Możliwe, choć zdarzało mi się, że skakało mi się super we wrześniu. Mam świadomość, że celem całych przygotowań nie jest bycie w świetnej formie w październiku, tylko żeby się wstrzelić w okres między styczniem a marcem.

Rok temu mówiłeś, że trzeba być gotowym na połowę grudnia i mistrzostwa w Planicy, a twoja dyspozycja rozjechała się od tej migreny w Wiśle na starcie sezonu. Forma wybuchła z kolei cztery tygodnie później na Turnieju Czterech Skoczni. Teraz sytuacja jest inna. To, co najważniejsze, czeka nas od początku lutego i w marcu. Czy to oznacza, że w listopadzie i grudniu Kamil Stoch będzie się dopiero rozkręcać?

- Ostatni sezon trochę mnie nauczył. Pokazał mi takie pewne braki w myśleniu. Chodzi mi o to, że nie ma co się nastawiać na jakąś konkretną datę. Trzeba po prostu przyjąć ogólny schemat, że chcę być dobry przez cały sezon. A kiedy przyjdzie forma, to już nie do końca zależy od nas. Zazwyczaj w moim przypadku forma przychodzi gdzieś w okolicy drugiej połowy grudnia, na przełomie roku. Więc jak już przyjdzie, to chciałbym to po prostu utrzymać ją jak najdłużej. To jest takie wyzwanie na ten sezon.

A dlaczego tak mało skoczków jest w stanie utrzymać formę przez dłuższy czas? Właściwie poza tobą i Stefanem Kraftem nie ma skoczków, którzy wygrywaliby w każdym sezonie przez wiele lat z rzędu.

- Po części jest to pewnie kwestia szczęścia, że omijają nas kontuzje, które by nas wykluczyły na dłuższy czas i uniemożliwiłyby dobre przygotowanie. Po drugie jest to też kwestia nastawienia mentalnego, a po trzecie też pewnie warunków fizycznych i pracy, którą wkładamy w skoki tak naprawdę przez cały rok.

Norwegowie irytowali się ostatniej zimy, że wychowanie mistrza skoków, który zdominuje skoki na lata, jest właściwie niemożliwe. Wszystko przez ciągłą ewolucję sprzętu, zmiany w przepisach. Jak na to patrzysz z perspektywy fenomenu mistrza, który wygrywał przynajmniej jeden konkurs PŚ przez 10 lat z rzędu? Co jest twoją największą bronią?

- Chyba dostosowywanie się do zmian. A konkretnie największą bronią jest miłość i pasja do tego co robię. A to z kolei umożliwia mi rozwój z każdym rokiem i dostosowywanie się do sytuacji.

To pewnie musi kosztować sporo wysiłku i pracy.

- Oj tak. Inwestuję w to mnóstwo wysiłku i energii, ale jest to bardzo dobre i wdzięczne, bo dzięki temu mam nagrodę w postaci udanych zawodów i świetnych skoków. Z tego z kolei czerpię radość.

Dlaczego wielu skoczków w około trzydziestki kończy kariery? Choćby Norwegowie. Może sprawa jest prozaiczna i chodzi o pieniądze? W Polsce opłaca się skakać, ale w Norwegii więcej niż przeciętny skoczek zarabia księgowy.

- Nie powiedziałbym, że chodzi tylko o pieniądze. Nie sprowadzałbym też skoków do niszowej dyscypliny, jeśli chodzi o zarobki. Natomiast są konkursy, które powinny być lepiej opłacane. Na przykład Turniej Czterech Skoczni, który jest napompowany medialnie pod sam kosmos, ale jeśli chodzi o nagrody, to wiadomo jak jest. Z drugiej strony, jak ktoś jest dobry, to na uprawieniu skoków może wyjść naprawdę bardzo dobrze. I pomijam przy tym indywidualne kontrakty sponsorskie. 

A co do Norwegów, to rozmawiałem kiedyś z jednym z norweskich zawodników i powiedział mi, że mają coś w rodzaju kontraktu z federacją. Mają jedną powierzchnię reklamową, bodaj na nartach, która mogą prywatnie dysponować i sprzedać sponsorom. Dostają też jakąś pensję i różne benefity w postaci bonów. Więc jak ja chcę kupić sobie jakiś sprzęt do domu, to po prostu za niego płacę z pieniędzy, które zarobię. U nich podobno działa to nieco inaczej. 

Ostatnio głośno było w słoweńskich mediach o Borze Pavlovciciu, którzy udzielił dość mocnych wypowiedzi, że nie wie, jak będzie wyglądał jego sezon. Nie ma motywacji, żeby zrzucić zbędne kilogramy. Obecnie BMI w skokach jest ustawione na poziomie "21". Uważasz, że jest to słuszne?

- Tak. Absolutnie nie manipulowałbym w kwestii BMI. Po sobie widzę, że wszystko jest w porządku. Zresztą wskaźnik BMI w skokach jest tak skonstruowany, że to nie powinno przeszkadzać żadnemu skoczkowi. Bo jeśli ktoś chce ważyć trochę więcej, to będzie miał dzięki temu dłuższe narty. Wskaźnik jest tak skonstruowany, żeby się zawodnicy nie musieli katować. Dlatego uważam, że wszystko jest obecnie dobrze zrównoważone. Natomiast wiadomo, że każdy skoczek jest inny. Jednemu jest łatwiej utrzymać niską wagę ciała. Inni muszą wykazać się większą cierpliwością i samozaparciem, ale to taka dyscyplina sportu. Jak ktoś się decyduje na to, żeby być skoczkiem narciarskim, to wiadomo, że będzie go to kosztowało pewne wyrzeczenia.

Wiadomo, że są różni skoczkowie. Piotr Żyła latem potrafi przybrać sporo na wadze, ale potem jesienią szybko kilogramy zrzuca. A jak wygląda u ciebie? Na ile kilogramów więcej latem sobie pozwalasz?

- Ja staram się pilnować, zwykle pozwalam sobie na maksymalnie 2-3 kilogramy. Nawet nie wiem, kiedy ostatnio tyle ważyłem. Im człowiek jest starszy, tym turniej jest zrzucić każde 100 gramów. Przy całym naszym treningu i intensywności trudno jest później czegoś odmówić i jeść połowę mniej, gdy potrzebujesz energii by później funkcjonować i być gotowym na program treningowy. Na szczęście nie mam z tym problemów i po sezonie przybieram maksymalnie dwa kilogramy i jak przychodzi późna jesień, to jestem w stanie to zrzucić.

Ostatnio Janne Ahonen przekazał, że odcina się od skoków i kariery. Nie chce być już dawnym bohaterem narodowym, a zwykłym człowiekiem. Czy po karierze też będziesz chciał się odciąć?

- Na razie o tym nie myślę. Nie chce wybiegać daleko, choć pewnie przez jakiś czas chciałbym od wszystkiego odpocząć. Oczywiście super jest być skoczkiem narciarskim. Świetnie, że skoki są bardzo popularne w Polsce. To oczywiście wiąże się z tym, że musimy poświęcić wiele energii czasu dla kibiców czy sponsorów i też musimy trzymać się w ryzach, by być poniekąd przykładem dla innych. Pewnie przyjdzie taki czas, że chciałbym odpocząć od wszystkiego i być trochę zapomnianym, zażyć trochę "normalności".

Były piłkarz Maciej Żurawski mówił, że w czasie kariery chciał mieć więcej prywatności, a jak skończył karierę, to zaczęło mu brakować dawnej popularności.

- Coś w tym jest. Trochę jak w piosence Dawida Podsiadły pt. "Trofea". Jak się jest na świeczniku, to jest trudno. A człowiekiem nikt się już nie interesuje, to potem jest trochę przykro.

Często kibice mówią o tzw. pompowaniu balonika. I zastanawiam się, jak jest z tym wielkim mitem. Czy ty  odczuwasz jeszcze jakieś zewnętrzne oczekiwania? Czy właściwie one wynikają tylko z twojej wielkiej ambicji? A to, co się mówi w telewizji czy pisze w internecie, nie ma większego znaczenia.

- Oczywiście, że odczuwam presję i oczekiwania, ze strony mediów czy kibiców. Ale zaskoczę cię, bo uważam, że to jest dobre i tak powinno być. Kibice mają prawo oczekiwać od nas dobrych wyników, media powinny oczekiwać dobrych skoków. Bo to pomaga nam utrzymać motywację do treningu, odpowiedni poziom zaangażowania. Gdyby nikt od nas nic nie oczekiwał, to by nie było dobre. Wydaje mi się, że jak człowiek sobie poukłada te puzzle w jedną całość i stworzy system działania, system wartości, to można sobie z tym nieźle poradzić i dobrze funkcjonować. Ja na szczęście tak to sobie wszystko układam, żeby nie być zbyt przemotywowanym, ani za mało zaangażowanym.

Chyba że jedziesz przemotywowany na LGP do Hinzenbach.

- Haha! Tak. No właśnie i tak to się potem kończy. Najlepsze jest to, że niby człowiek wszystko wie, a i tak często popełnia te same błędy.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.