"Najlepszy skoczek w historii" kończy karierę. "Nikt tak nie dominował. Niewiarygodne"

Jakub Balcerski
- Mówił: "Trenuję, żeby wygrywać, a nie, żeby być czwarty, czy siódmy. Będę zwyciężał". Odpowiadałem, że musi być cierpliwy. A on wciąż próbował jednak wykonać dwa kroki tam, gdzie potrzebował jednego - mówi o ostatnich sezonach kariery Gregora Schlierenzauera jego były trener, Werner Schuster. Opowiada o ich relacji, a także uzasadnia, dlaczego Austriak to według niego najlepszy skoczek w historii.

Gregor Schlierenzauer podjął decyzję, o której myślał już od wielu miesięcy. We wtorek na swoim blogu poinformował o zakończeniu kariery. Pozostał wielkim, wręcz legendarnym, ale niespełnionym zawodnikiem, który po latach zwycięstw w Pucharze Świata nie zdołał wrócić na szczyt, choć tak bardzo tego pragnął.

Zobacz wideo Wojna technologiczna w skokach narciarskich. Jak powstaje kombinezon skoczka?

"To odpowiednia chwila, żeby zakończyć tę wielką karierę"

- Dowiedziałem się dzień wcześniej niż wszyscy - mówi Sport.pl Werner Schuster, były trener niemieckiej kadry, a w ostatnich miesiącach szkoleniowiec pomagający Schlierenzauerowi. - Wieczorem w poniedziałek zadzwonił i przekazał mi, że zdecydował. Byłem z nim w kontakcie przez całe lato. Po jego kontuzji z zeszłego sezonu z Brotterode na początku nie było w ogóle szans na trening. Następnie o niego nie prosił, więc poczułem, że myśli nad tym, czy to nie odpowiedni moment. Dlatego dla mnie to nie była niespodzianka. To właściwa chwila, żeby zakończyć tę wielką karierę - twierdzi.

Pytamy Schustera, czy nie jest tak, że po decyzji skoczka stracił pracę, skoro przez jakiś czas dużo pomagał rodakowi. - Nie, najintensywniej pracowaliśmy dwa lata temu. Teraz to ograniczało się bardziej do zwykłej pomocy. Zawsze uważałem, że mieliśmy wyjątkową relację. Nie wrócił do czołówki w skokach, ale dawał z siebie sto procent. Obaj rozwinęliśmy się bardzo przez ostatnie dwa lata - wskazuje trener.

To koniec! 31-letnia legenda skoków odchodzi. Nie zasłużył na takie pożegnanieTo koniec! 31-letnia legenda skoków odchodzi. Nie zasłużył na takie pożegnanie

"Zaufał mi i od tego czasu wiedziałem, że będzie się tylko rozwijał"

Schuster i Schlierenzauer poznali się, gdy Gregor miał dwanaście lat. - Zobaczyłem go wraz z Mario i Tonim Innauerem. Mario i Gregor byli w tym samym wieku, trenowali razem. Rok później zobaczyłem go w Eisenerz na zawodach. To był pierwszy z magicznych momentów, jakich z nim doświadczyłem. Skoczył 100 metrów na starej skoczni i to z perfekcyjnym telemarkiem, a miał zaledwie trzynaście lat. Potem dotarł do szkoły w Stams i choć nie był w mojej grupie, to obserwowałem go, jak wszyscy. Gdy już do niej dołączył, pracowaliśmy razem i złapaliśmy dobry kontakt. Widziałem w nim talent, ale przede wszystkim chyba dobrze przeprowadziłem go przez ten okres, gdy mógł się wahać, czy skoki to jego najlepszy kierunek. Zaufał mi i od tego czasu wiedziałem, że będzie się tylko rozwijał - opisuje Schuster.

- Byłem trenerem juniorów przez dziewięć lat. Mieliśmy ich na naprawdę świetnym poziomie, było całe pokolenie przyszłych świetnych skoczków. A potem przyszedł jeden, który był jeszcze szczebel wyżej. Czułem wielki zaszczyt, że to mnie przyszło go prowadzić. I jednym z najtrudniejszych aspektów tej sytuacji było to, jaką rangę zawodów dobrać Gregorowi. Czy jest gotowy na FIS Cup, Puchar Kontynentalny, a może już na Puchar Świata? Był trochę za dobry na swoją grupę wiekową. Ale nam trudno było wyobrazić sobie 15-latka na starcie konkursów Pucharu Kontynentalnego, z samymi starszymi od siebie. Musieliśmy trafić w idealny moment i chyba poradziliśmy sobie nieźle. Celem było to, żeby mógł rywalizować już na początku o najwyższe cele. Żeby trafił tam i był na to gotowy, a nie kończył zawody w piątej dziesiątce stawki. Zatem, gdy pojechał do Oslo na pierwszy konkurs Pucharu Świata po zdobyciu mistrzostwa świata juniorów w Kranju, w treningach zajmował miejsca w pierwszej dziesiątce. Nie miał szczęścia, bo wówczas nie było przeliczników za belkę i wiatr. Skończył na 24. miejscu, choć gdyby nie anulowanie wcześniej serii, na pewno byłby wyżej - wspomina Austriak.

- Nikt nie spodziewał się, że będzie w stanie pozostać tam na tak długi czas i na takim poziomie. Inni trenerzy chcieli go w Pucharze Świata wcześniej, a to ja byłem tym, który chciał go nieco spowolnić, tym, który nie był pewny i się bał. Ale Schlierenzauera nie dało się zatrzymać. Pod kątem przygotowania fizycznego już wtedy był na zupełnie innym poziomie niż pozostali, co dawało mu wielką przewagę. Ostatecznie okazało się, że nie trzeba było podchodzić do wszystkiego spokojnie. On po prostu był gotowy - przyznaje Schuster.

"Był pierwszym, u którego zobaczyłem wszystko"

- Kiedy pojawia się zawodnik z takimi umiejętnościami, jak te u Gregora, to patrzy się na to, czego mu potrzeba do zostania najlepszym. Potrzebuje siły, techniki, systemu do wykorzystania w locie, czucia w powietrzu, odpowiedniej budowy ciała, ale też psychiki i nastawienia. I on był pierwszym, u którego było wszystko. Czasem masz utalentowanych zawodników, którzy nie potrafią dołożyć do tego odpowiedniego nastawienia, a czasem tych bez wielkich umiejętności, którzy bardzo chcą coś osiągnąć. Prawdziwy sukces przyjdzie jednak wtedy, gdy nastawienie spotka talent. To połączenie zawsze da wyjątkowego skoczka - opisuje Schlierenzauera.

Gdy myśli się o rekordziście pod względem liczby zwycięstw w Pucharze Świata, to okresem jego najlepszej formy trzeba zapewne nazwać sezon 2008/2009. Wtedy nie tylko seriami wygrywał zawody i medale wielkich imprez. Przede wszystkim oddawał wtedy skoki dla niektórych wciąż niebotyczne, był o kilka kroków przed innymi. - Perfekcyjny skok Gregora? Nie mam takiego w głowie. Ale przychodzi mi na myśl jeden z Vancouver. W próbie przedolimpijskiej najpierw 149 metrów skoczył Ville Larinto, ale tego nie ustał. A potem Gregor skoczył tyle samo przy gorszym wietrze i utrzymał się na nogach. Wtedy był jednak niewiarygodny i szedł od rekordu do rekordu. Tak samo doceniam 215,5 metra w Kulm, czy 150,5 metra w Lillehammer, to były niesamowite wyniki - ocenia Schuster.

Adam Małysz i Gregor Schlierenzauer w PredazzoAdam Małysz skomentował koniec kariery Schlierenzauera. "Gregor!"

"Kiedy widział, że ktoś popełnia głupie błędy tak, jak choćby FIS, to o tym mówił"

- Każdy zawodnik jest inny, ale tacy jak Gregor są potrzebni. Niektórzy nie potrafią głośno wyrazić swojej opinii, a on potrafił mówić otwarcie - mówił o Schlierenzauerze we wtorek Adam Małysz dla portalu sportsinwinter.pl. - Zawsze zostawiał na skoczni sto procent, więc wymagał od innych tego samego - dodaje Werner Schuster. - Zatem kiedy widział, że ktoś popełnia głupie błędy tak, jak choćby FIS, to o tym mówił. Im jesteś starszy, tym częściej myślisz o tych błędach. Gdy jesteś młodym zawodnikiem, chcesz po prostu wygrywać. Potem wszystko się zmienia i tak samo było z Gregorem. Być może to jest także powód, dla którego nie był w Austrii tak lubiany jak Morgenstern i inni. Ale dla mnie liczy się, że gdy usiądziesz z nim w cztery oczy, to uzyskujesz kontakt z innym człowiekiem, niż kreują go media. W pewnym momencie zbudował mur pomiędzy sobą i resztą świata. Ale gdy się go pozna, to staje się zwyczajnie miłym gościem - wyjaśnia szkoleniowiec.

Schlierenzauer zrealizował nawet film "Weitergehen" opowiadający o tym, jaką przemianę przeszedł w trakcie swojej kariery nie tylko jako skoczek, ale może nawet przede wszystkim jako człowiek. - Rozwinął się jako młody człowiek. Wszedł do tego świata wyłącznie z chęcią wygrywania, a potem masz kontakt z tym środowiskiem, mediami i coś w tobie się zmienia. Nie wygrywasz, chcesz wrócić na szczyt, a do tego potrzeba dalszego rozwoju. I to szybszego niż u kogokolwiek innego w twoim wieku. To trudne momenty, Gregor mocno to przeżył, choć to przecież normalny proces w życiu każdego sportowca - opisuje Schuster.

"Wyprzedził swoje czasy"

Niemiecki szkoleniowiec jako najtrudniejszy moment w karierze Schlierenzauera wcale nie wskazuje ostatnich lat i szukania formy, a lata 2013-2016, z którymi Austriak wiązał wielkie nadzieje. - Wtedy kilka razy wskakiwał na poziom, który prezentował wcześniej, ale nie potrafił go utrzymać, albo przekuć na największe imprezy, czyli choćby igrzyska olimpijskie w Soczi. W austriackiej drużynie wtedy też nie działo się do końca najlepiej. Sporo go to kosztowało. Zdał sobie sprawę z tego, że już nie jest tym samym skoczkiem, który zawsze był o te pięć metrów przed każdym. Musiał dorównać poziomowi innych, co nie zawsze mu się udawało. Nie wypełnił celu, jakim było indywidualne olimpijskie złoto. Na koniec kariery był zdecydowanie sympatyczniejszy, niż gdy był w szczycie formy, ale zabrakło mu sił na to, żeby wrócić do czołówki - mówi Schuster.

Gdy dopytujemy o złoty medal igrzysk, nie twierdzi, że to coś, czego wyjątkowo brakuje Austriakowi. - Oczywiście nie zdobył złota, ale nawet pod koniec kariery wydawał się być z tym pogodzony. To mogłaby być motywacja, żeby polecieć jeszcze do Pekinu. Ale tego nie robi. Największe szanse miał w Vancouver, ale tam Simon Ammann miał nowinkę technologiczną w postaci swoich wiązań, a Adam Małysz skakał bez presji. Gregorowi przypadły dwa brązowe medale indywidualnie i złoto drużynowo. Wtedy pewnie miał jeszcze spory niedosyt. Zawsze chciał wygrać wszystko, żeby jego sukcesom niczego nie brakowało, a kariera była kompletna. Ale przez ostatnie dwa sezony nawet nie rozmawialiśmy o igrzyskach. Chciał tylko znów stanąć na podium - zapewnia szkoleniowiec.

- Gdy wszedł do Pucharu Świata, to jakby wyprzedził swoje czasy. Jednak w tym czasie każdy miał ten sam sprzęt: od juniorów do najlepszych na świecie. Jego rozwój nie był na tym poziomie co teraz, więc łatwiej było zrobić różnicę jakąś nowinką, a jednocześnie pokazać talent na tle innych. Gdy inne kraje zaczęły rozwijać kombinezony, narty, czy wiązania, to w pewien sposób zacierały te różnice, które wynikały z niezwykłej formy Gregora. A on zaczął skakać słabiej i czołówka najpierw go dogoniła, a potem się w niej nie odnalazł. Gregor miał też swoją własną technikę przejścia do lotu, której nikt nie wykonywał w skokach lepiej od niego. Może tylko Hannavald układał stopy w podobny sposób: tak, żeby narty szły płasko, a on zyskiwał nieco dodatkowego wiatru i wysokości. Niemiec miał jednak mniej siły od Gregora. Po rozwiązaniu Ammanna z wiązaniami każdy zaczął je stosować i to zmieniło także znaczenie różnicy, jaką do tej pory swoją techniką robił Gregor. Wtedy przestał się czuć niepokonany - dodaje Schuster.

"Wciąż próbował jednak wykonać dwa kroki tam, gdzie potrzebował jednego"

Ostatnie podium Schlierenzauera w zawodach Pucharu Świata to drugie miejsce w Niżnym Tagile 13 grudnia 2014 roku. Tydzień wcześniej wygrał w Lillehammer, odnosząc ostatnie zwycięstwo w PŚ w karierze. Najbliżej powrotu na podium był ponownie na rosyjskim obiekcie - był czwarty w 2019 roku. Ale wtedy miał wręcz obsesję powrotu na sam szczyt. - Nie było mnie wtedy na skoczni, rozmawialiśmy po zawodach. Był podekscytowany, a jego forma w tamtym sezonie była na poziomie nawet najlepszej dziesiątki Pucharu Świata. Największym wrogiem Gregora był wtedy jego zupełny brak cierpliwości. Mówił: "Trenuję, żeby wygrywać, a nie żeby być czwarty, czy siódmy. Będę zwyciężał". Odpowiadałem, że musi być cierpliwy i być numerem cztery nawet pięć, czy sześć razy z rzędu, a przyjdzie pewność siebie i zwycięstwa. On wciąż próbował jednak wykonać dwa kroki tam, gdzie potrzebował jednego - ocenia Schuster.

- To, jak żył tym sportem i jakie wyzwania przed sobą stawiał, sprawiło, że kariera kosztowała go zbyt dużo energii. Maksymalnie ją wyczerpał. Ciągle chciał więcej - być lepszym, wygrywać, a potem wrócić na szczyt - dodaje trener. - Czy jest najlepszym w historii? Dla mnie tak. Bo wygrał najwięcej konkursów, a to znaczy, że osiągnął największą formę i potrafił utrzymać ją przez długi okres. Nikt tak nie dominował. Najpierw był Matti Nykaenen i do teraz jest Gregor Schlierenzauer. Pewnie, że w międzyczasie było wielu wielkich - choćby Małysz, Stoch, czy Ammann, który ma cztery złota olimpijskie, a Gregor żadnego. Wiem. Ale żaden z nich nie wszedł do tego sportu w wieku 16 lat, nie zaczął wygrywać w niewiarygodny sposób od samego początku i nie pozostał na tym poziomie przez dziewięć lat. Historia każdego z nich jest inna i każdemu trudno wybierać między takimi legendami. Ale dla mnie to Gregor Schlierenzauer jest najlepszym skoczkiem narciarskim w historii - podsumowuje Schuster.

Skocznia narciarska w RuczynowieCzy najmniejsza skocznia narciarska w Polsce zostanie powiększona? Powstała specjalna zbiórka

Czym Schlierenzauer może się teraz zajmować? - Studiował pod kątem kilku możliwości i nadal się edukuje. Wiem, że ma obok siebie grono osób, które widzi go jeszcze gdzie indziej i raczej daleko od sportu, czy skoków. Czy kiedyś zostanie trenerem? Nie wiem, za wcześnie o tym teraz rozmawiać. Na razie potrzebuje czasu. Na blogu napisał, że "wypalił się ogień", albo, że "jest rozpalony dla innych spraw". Na pewno nie do wstawania, analizowania skoków na wideo, trenowania i myślenia o nich 24 godziny na dobę. To był dla niego bardzo intensywny czas, musi od tego odpocząć - tłumaczy Werner Schuster.

Więcej o: