Norwegowie grzmią po zawodach w Planicy. "To było przerażające". Skoki potrzebują natychmiastowych zmian

Skoki narciarskie zaliczyły w Planicy wielką wizerunkową wpadkę, i to niejedną. W sobotę doszło do jednego z największych skandali w ostatnich latach, ale takie sytuacje będą się powtarzać częściej. Jednym z największych problemów skoków jest niezwykle podatny na warunki atmosferyczne sprzęt. A także praca jury zawodów, która na wielu skoczniach jest słusznie krytykowana.

W czasie sobotniego konkursu Pucharu Świata w Planicy doszło do kolejnych absurdalnych wydarzeń. FIS długo nie chciał podjąć decyzji o przerwaniu rywalizacji, choć właściwie nic nie wskazywało na to, że sytuacja może się poprawić. Ba, coraz więcej było zaś sygnałów, że może być jeszcze gorzej. Wiatr czasami ustawał, ale co jakiś czas przychodziły bardzo mocne podmuchy, które mogły doprowadzić do kolejnej tragedii na skoczni. 

Zobacz wideo Wojna technologiczna w skokach narciarskich. Jak powstaje kombinezon skoczka?

Trenerzy grzmieli po sobotnich skokach w Planicy

Z konkursu jeszcze w jego trakcie wycofani zostali Niemcy, a taką decyzję podjął Stefan Horngacher. - W imieniu naszej drużyny zdecydowałem, że nikt nie skoczy. Upadek Tandego wciąż tkwi w głowach każdego z nas - twierdził Stefan Horngacher w ZDF. Austriakowi bardzo dziękował Markus Eisenbichler, który sam nie czuł się na siłach, by oddać skok w bardzo trudnych warunkach - co mówił w rozmowie z reporterami TVP. Zresztą wszyscy skoczkowie podkreślają, że wciąż mają przed oczyma upadek Daniela Andre Tandego, który przez kilkadziesiąt minut walczył o życie na zeskoku Letalnicy. 

Po konkursie mocno grzmiał również Alexander Stoeckl, który mocno wystraszył się po skoku Mariusa Lindvika. Młody Norweg miał ogromne problemy w pierwszej fazie lotu i cudem uniknął niebezpieczeństwa. - Byłem bardzo zdezorientowany decyzjami jury. Decyzja o odwołaniu powinna się pojawić zdecydowanie wcześniej. Próbowali pozwolić skoczkom startować w małym oknie pogodowym, ale to było nieodpowiedzialne - powiedział Alexander Stoeckl. - Bardzo się cieszę, że to nie ja byłem w sytuacji, z którą musiał sobie poradzić Lindvik - mówił w rozmowie z norweskim "Dagbladet" były skoczek, Andreas Stjernen. - To było przerażające. Mógł mieć lepszą kontrolę nad nartami, niż się wydawało, ale i tak żołądek podchodził do gardła - zauważał Johann Remen Evensen w NRK.

- Szkoda, że pogoda była tak niestabilna. Ale bezpieczeństwo jest najważniejsze. Jesteśmy na jednej z największych skoczni na świecie. Zawsze bardzo wyraźnie opowiadam się za bezpieczeństwem zawodników. Już mieliśmy upadek przy wyraźnie mniejszym wietrze - dodawał Andreas Widhoelzl, trener Austriaków. 

Największa farsa w skokach narciarskich od lat! Otwarta wojna z FIS-emNajwiększa farsa w skokach narciarskich od lat! Otwarta wojna z FIS-em

Skoki narciarskie są narażone na działanie pogody przez obecny sprzęt

Niestety, w obecnych skokach narciarskich jednym z największych problemów jest to, że wojna technologiczna związana z rozwijaniem sprzętu doprowadziła wszystkich do sytuacji, w której FIS w pogoni za tym rozwojem wprowadził przepisy, które jednoznacznie mówią, jak musi wyglądać przykładowy kombinezon i ile może mieć luzu. I jest go bardzo mało, bo zaledwie 2 cm na większości obwodów ciała. To z kolei sprawia, że stroje stały się bardzo opływowe i niezwykle narażone na działanie wiatru. Doskonale widać to nawet w dość sprawiedliwych warunkach, gdy skoczek na dużej skoczni ma przykładowo 1 m/s wiatru z tyłu, a drugi 1 m/s wiatru z przodu. Obecnie jest niemal pewne, że ten z wiatrem z tyłu nie ma wielkich szans na pokonanie tego z wiatrem pod narty i to mimo rekompensat punktów. Dziś wpływ warunków atmosferycznych na dyscyplinę jest nawet kilka razy większy niż choćby w czasach Adama Małysza. 

Wielu kibiców wspomina, że Adam Małysz niezależnie od pogody potrafił pokonywać rywali, bo był w wielkiej formie. Jest w tym dużo prawdy, ale nie można też zapominać o tym, że właściwie do 2003 roku nie obowiązywały żadne większe ograniczenia ws. kombinezonów. Stroje wręcz zwijały się na ciałach skoczków od nadmiaru materiału. Ale dzięki temu skoki były zdecydowanie bardziej bezpieczne, a dodatkowo zawody często były rozgrywane przy warunkach, które dochodziły nawet do 4-5 m/s. A jury nie miało przecież możliwości manewrowania belką! Dzisiaj jest to praktycznie niemożliwe, a jeżeli wiatr dochodzi do 3,5 m/s na jednym z czujników, to już często zapalane jest czerwone światło. Zawodnicy nie osiągali też w powietrzu tak dużych prędkości jak obecnie i nawet mimo trudnych warunków skoczek w formie miał po prostu szanse na daleki skok. Ostatnie lata zaś pokazują, że nawet świetni skoczkowie  często nie radzą sobie z warunkami.

Polscy skoczkowie pożegnali odchodzącego z FIS Seppa GratzeraPolacy pożegnali legendę skoków! Wyjątkowy prezent [WIDEO]

Sprzęt musi się zmienić. Rozwiązania z Formuły 1 mogłyby pomóc

Od kilku lat co jakiś czas pojawiają się informacje, że jeśli FIS nie chce kompletnego krachu wizerunkowego, a skoki narciarskie mają nadal przyciągać nowych skoczków, kolejne kraje i widzów, to coś trzeba zrobić ze sprzętem, który powinien być równiejszy dla wszystkich. No i niestety, kombinezony powinny być bardziej obszerne niż obecnie. Tylko jak wówczas uniknąć ponownej walki technologicznej i zaleźć złoty środek między bezpieczeństwem a sprawiedliwością rywalizacji?

Wydaje się, że najprostszym rozwiązaniem mogłoby być zastosowanie przepisów z... Formuły 1. To reguła, która mówi, że od momentu startu sesji kwalifikacyjnej do niedzielnego wyścigu samochody znajdują się w tzw. parc ferme, czyli w parku zamkniętym. Obowiązuje całkowity zakaz dotykania i zmieniania elementów w bolidach przez ekipy biorące udział w wyścigu. Wszystko dzieje się pod okiem sędziów, którzy mogą pozwolić np. na jakieś naprawy, ale tylko ze szczególnie wyznaczonej listy.

Dlaczego więc nie wprowadzić tego w skokach narciarskich? FIS mógłby znów nieco poluzować przepisy, by kombinezony znów stały się bardziej bezpieczne i mniej narażone na działanie warunków atmosferycznych, ale po serii kwalifikacyjnej cały sprzęt skoczka trafiałyby do specjalnego pomieszczenia FIS-u, gdzie dostęp mieliby do niego kontrolerzy i sędziowie, którzy mogliby dokonywać wszystkich pomiarów, a plombowane stroje byłyby wydawane przed konkursami. FIS miałby wiec bezpośredni wgląd do wszystkich kombinezonów, a także pewność, że skoczek użyje danego stroju w zawodach. 

Oczywiście byłoby to większe utrudnienie dla FIS-u i konieczność zdecydowanie większej pracy niż obecnie. Dużo większą uwagę trzeba by również przyłożyć do przedsezonowych pomiarów, które pewnie powinny być kontrolowane kilka razy w czasie zimy. A z tym również zdarzają się obecnie problemy, o czym pisaliśmy tutaj. Właśnie teraz jest idealny moment na zmiany, bo na emeryturę odchodzi obecny kontroler Sepp Gratzer, więc to dobry czas na wprowadzenie czegoś nowego. 

FIS potrzebuje też profesjonalizacji 

Innym aspektem, który musi zostać rozwiązany, są decyzje jury, które w skokach często są kompletnie nietrafione w czasie. Jury często pochopnie obniża belkę, czym potrafi zabić rywalizację, by nagle stać się naprawdę bardzo odważnym i pozwolić na loty znacznie poza punkt HS. Wydaje się, że do tego potrzebna jest większa profesjonalizacja w FIS-ie. Bo jeśli dziś członek jury pracuje w FIS-ie niemal charytatywnie, bo tylko za zryczałtowaną dietę i zwrot kosztów transportu, to trudno oczekiwać od każdej takiej osoby, że będzie dokładnie przygotowana do swojej roli. Że będzie znała sytuację każdego skoczka i miała świadomość, że przykładowy Michaił Nazarow jest obecnie w nieco lepszej formie i świetny skok w jego wykonaniu nie jest dziełem jedynie wiatru, lecz także tego, że jest obecnie w dobrej dyspozycji. A to z kolei oznacza, że nie trzeba natychmiast obniżać belki i psuć rywalizacji kolejnym skoczkom. Obecnie jeśli ktoś notorycznie będzie popełniał duże błędy, to po prostu nie zostanie powołany na kolejne zawody i straci kilka dni w fajnym, pięciogwiazdkowym hotelu i kilkaset złotych, które i tak pewnie wydawałby na miejscu. I niestety, doskonale widać to w pracy wielu członków jury zawodów, które w tym sezonie zepsuło wiele konkursów. Gdyby taka osoba mogła stracić szanse na duży zarobek, to zdecydowanie inaczej podchodziłaby do swojej roli. Najlepszym potwierdzeniem tej tezy jest choćby profesjonalizacja sędziów piłkarskich.