"Nie jestem człowiekiem, który uderzy pięścią w stół". Kruczek mówi o problemach kadry

- Nie jestem człowiekiem, który uderzy pięścią w stół. Natomiast mam świadomość, że czasami można by było to zrobić i że przyniosłoby to dobry skutek - mówi trener kadry polskich skoczkiń Łukasz Kruczek. Do konkursu MŚ w Oberstdorfie na skoczni normalnej zakwalifikowały się tylko dwie jego zawodniczki. Zawody w czwartek o 17.

Anna Twardosz zajęła 25., a Kinga Rajda 39. miejsce w środowych kwalifkacjach. Do konkursowej 40 nie weszły Kamila Karpiel (42. miejsce) i Nicole Konderla (47). W czwartek dla Polek sukcesem będzie nie walka o medale, a miejsce w gronie 30 zawodniczek, które awansują do drugiej serii.

Dlaczego nasze skoczkinie nie robią postępów, a przynajmniej nie są to takie postępy, na jakie liczyliśmy, gdy dwa lata temu - po MŚ w Seefeld - ogłoszono, że ich trenerem zostanie Łukasz Kruczek?

Zobacz wideo "Stoch wiele razy pokazywał złość, ale skoki nadal sprawiają mu radość"

Łukasz Jachimiak: Jak Pan podsumuje kwalifikacje?

Łukasz Kruczek: 50 procent. Zakładamy, że cztery zawodniczki w tej chwili stać na to, żeby wchodziły do konkursu, a weszły dwie. One już pokazywały, że są w stanie czwórką wchodzić do konkursu.

Dlaczego większość zawodniczek nie przyszła z nami porozmawiać? Z czego to wynika?

- Pewnie z emocji. To jest kwestia nauczenia się. Część z nich jest na mistrzostwach po raz pierwszy. Dla nich to coś nowego, że są dziennikarze. Na konkursach kobiet nie ma z wami kontaktu. To kwestia przełamania tabu pracy pomiędzy stroną dziennikarską a zawodniczkami. Pamiętam, że z chłopakami też był taki problem na początku. Pytania z waszej strony nie są łatwe, a kiedy nie idzie, w głowie nie ma jasnych odpowiedzi. Ja bym je usprawiedliwił. Poczekajmy, emocje opadną, będą może mogły coś więcej powiedzieć.

Kamil Stoch i Michal Doleżal (screen z Twittera dziennikarza TVP Sport Filipa Czyszanowskego"Trzeba by o tym napisać książkę. Z ilustracjami". Stoch o Oberstdorfie prosto spod skoczni

Kamila Karpiel powiedziała niedawno w rozmowie ze Skijumping.pl, że się z Panem nie dogaduje. Jak Pan to odebrał?

- Nie odebrałem tego w jakiś sposób szczególny, nie jest to coś nowego. Generalnie współpracujemy, jest wymiana zdań cały czas. Natomiast są czasami momenty trudniejsze, takie, że nie ma dobrego feedbacku z jednej czy z drugiej strony. To nie jest wymarzona sytuacja. Cały czas się uczymy siebie. Kamila ma rok do tyłu, bo praktycznie przez cały ubiegły sezon była wyłączona przez kontuzję. Na co dzień trenuje w Zakopanem z Marcinem Bachledą, a reszta kadry jest w Szczyrku. Dni, które spędzamy razem z Kamilą, jest zdecydowanie mniej niż dni z innymi dziewczynami.

Jak się Panu podoba ta praca? Za Panem już półtora sezonu. Jest ciężko?

- Jest inaczej. To nie jest łatwa praca. Powiedziałbym, że ona jest bardzo emocjonująca. Ze względu na te zmiany, które są. Jest wiele rzeczy do zrobienia, bo my jako kraj - nie ma co ukrywać - mamy bardzo dużo zaległości w stosunku do świata. Świat odskoczył. I to nawet patrząc nie tylko na kwestie sportowe, ale ogólne, organizacyjne. My jesteśmy na etapie gonienia. W skokach kobiet ta pogoń jest łatwiejsza niż w skokach mężczyzn. Nie jest to tak wyrównany poziom, tutaj lekka poprawa może dać dużą poprawę w wynikach. Praca na pewno jest emocjonująca, trudna, nieprzewidywalna.

Trudniejsza niż z mężczyznami?

- Ja nie powiem czy ona jest łatwiejsza, czy trudniejsza. Jest kompletnie inna. W skokach męskich wszystko jest bardziej przewidywalne. Można przewidzieć reakcje zawodnika. Wszelkiego rodzaju reakcje - po sukcesie, po porażce, jak na trening reagują. A tutaj wszystko jest bardzo wahliwe, nie wiadomo czego się do końca spodziewać i trzeba szybko, właściwie reagować. I czasami z tymi właściwymi reakcjami jest najtrudniej.

Czy to znaczy, że ta praca wymaga zupełnie innego zestawu umiejętności niż praca z mężczyznami?

- Wymaga większej elastyczności przede wszystkim. A czy umiejętności innych? Nie wiem, ja się uczę codziennie.

Dawid Kubacki chce latać jak jego helikopter. Dawid Kubacki chce latać jak jego helikopter. "Jeszcze bez błysku"

Co jest dla Pana najtrudniejsze? Tłumaczenie dziewczynom, czego Pan od nich chce? Docieranie do nich?

- Najtrudniejsze są sytuacje gdy nie do końca idzie, gdy jest trudniejszy dzień, przesyt emocji i gdy trzeba dobrać właściwe reakcje.

Pan się czasem na zawodniczki wkurza? Zdarza się Panu uderzyć pięścią w stół?

- Nie jestem takim człowiekiem, który się wkurza, który uderzy pięścią w stół. Natomiast mam świadomość, że czasami można by było to zrobić i że przyniosłoby to dobry skutek. Ale próbuję dotrzeć do dziewczyn w ten sposób, żeby nawiązać kontakt, komunikację. Żeby wyjaśnić, a nie drogą siłową coś rozwiązać.

Mówi Pan, że świat nam uciekł. Pod jakim względem najbardziej? Mamy na przykład słabą bazę do treningu?

- Nie, bazę mamy bardzo dobrą. Jeśli chodzi o zabezpieczenie strony finansowej przez Polski Związek Narciarski, to też jest bardzo dobrze, nie ma na co narzekać. Ale w momencie kiedy świat zaczął robić pierwsze nabory, kiedy mówiono, że kobiece skoki będą miały Puchar Świata, że będą na igrzyskach, że będą medale do zdobycia, to my - bo ja też byłem po stronie tych sceptyków - niestety mówiliśmy, że to może nie jest sport dla kobiet. Tak to u nas było na początku ustawione i teraz świat ma grupy, które mają za sobą już naście lat treningu, a my mamy zawodniczki, które mają bardzo małe doświadczenie. I mimo to próbujemy walczyć z najlepszymi.

Ile czasu trzeba, żeby doścignąć dobre reprezentacje?

- Myślę, że trzeba tyle czasu, ile żeśmy stracili. Czyli mowa tu o 10 latach. Pewne zawodniczki mogą złapać o co chodzi po dwóch-trzech latach, ale jeśli chodzi o system, o patrzenie na całość, to potrzeba 10 lat, żebyśmy mogli mówić o czymś, co mamy w reprezentacji męskiej.

Linn Svahn podczas MŚ w Oberstdorfie (z lewej) i Piotr Żyła (z prawej) podczas zawodów PŚ w RuceSvahn zadziwiła na MŚ, jak Piotr Żyła. "Jeśli uważała, że to śmieszne, to niech jej będzie"

Mówi Pan "byłem sceptykiem", ale to Pan poprowadził kadrę w jej pierwszym w historii starcie w mikście.

- Tak, wtedy podjęliśmy może nie ryzyko, ale wyszliśmy z założenia, że skoro kobiety wybierają się na Puchar Świata, to wystartujemy razem, zobaczymy, w którym miejscu jesteśmy, na co nas stać. Pamiętam tamten konkurs doskonale [odbył się w Lillehammer w 2013 roku]. Nie był łatwy, z różnych powodów. Tam były ciężkie warunki, a dziewczyny nie skakały bezpiecznie. Ale zaznaczyliśmy, że jesteśmy i że coś chcemy robić.

Wtedy zajęliśmy ostatnie, 14. miejsce. Z gigantyczną stratą do najlepszych. A dwa lata temu na MŚ w Seefeld po pierwszej serii nasz mikst był na trzecim miejscu. Co Pan wtedy myślał? Bo ofertę poprowadzenia kadry kobiet już Pan miał, albo nawet już przyjął.

- Wtedy już to było postanowione. Mikst to jest konkurencja, gdzie bardzo dobrze muszą skakać i mężczyźni, i kobiety. Pamiętajmy, że na starcie mieliśmy wtedy mistrza [Dawida Kubackiego] i wicemistrza [Kamila Stocha] świata. I że podczas konkursu mieszanego bite były rekordy skoczni. Tam chłopcy zrobili gigantyczną robotę, ale też Kinga [Rajda] z Kamilą [Karpiel] skoczyły swoje bardzo dobre skoki i to spowodowało, że było szóste miejsce. Natomiast po pierwszej serii faktycznie był powiew sensacji. Tamten konkurs był na tyle istotny, że naszym działaczom pokazał, że warto.

Nam się wtedy zamarzyło, że za dwa lata na igrzyskach w Pekinie nasz mikst będzie walczył o medal. A Panu? Szczerze!

- Mnie zależy przede wszystkim na tym, żeby nasze skaczące kobiety funkcjonowały jako drużyna. Żeby to nie były jednostki, bo dopiero konkursy drużynowe i to jak funkcjonuje większa liczba zawodniczek, pokazuje siłę danej dyscypliny w kraju.