Rzucił skoki, walczył z bulimią. Były polski skoczek przeszedł niezwykłą przemianę

Piotr Majchrzak
- Półtora roku zajęło mi, by przywrócić organizm do normy. Walczyłem z bulimią. Właściwie to w dniu, w którym zakończyłem uprawianie skoków narciarskich, wiedziałem, że muszę coś zmienić. Przytyłem 30 kilogramów - mówi 24-letni Przemysław Kantyka. Skoczek, który zakończył karierę w 2019 roku.

Przemysław Kantyka był jednym z tych, którzy skakać zaczęli dzięki Adamowi Małyszowi. Sukcesy Małysza sprawiły, że w skokach pojawiły się wielkie pieniądze, szukano także młodych talentów. Z tej grupy do dziś skaczą Maciej Kot, Klemens Murańka, Andrzej Stękała i Aleksander Zniszczoł.

Skoki rzucili za to Krzysztof Biegun, Krzysztof i Grzegorz Miętusowie, Tomasz Byrt, Andrzej Zapotoczny,  Bartłomiej Kłusek, Bartosz Czyż, Przemysław Kantyka. On zrezygnował w 2019 r. po najlepszym sezonie w karierze, gdy skakał na równi ze Stękałą - dziś będącym w światowej czołówce. Czy żałuje tej decyzji?

Zobacz wideo Dawid Kubacki o dyskwalifikacji Stękały: Mnie samemu zdarzało się podczas letnich zawodów stracić 1,5 kg

Piotr Majchrzak: Z wychudzonego skoczka narciarskiego szybko zacząłeś wyglądać jak ktoś, kto na siłowni się urodził. Zdjęcia na twoim Instagramie pokazują gigantyczną metamorfozę.

Przemysław Kantyka: Szybko poszło. Prawie 30 kg do góry na wadze. W dniu, w którym zakończyłem uprawianie skoków narciarskich, wiedziałem, że muszę coś zmienić. I pierwszym wyborem była siłownia.

 

Czy skoki są tak wyniszczającym sportem? Pilnowanie niskiej wagi niektórych doprowadza do obsesji.

- To zależy od indywidualnych predyspozycji. Jeśli ktoś po prostu ma bardzo wysoką masę mięśniową i gruby kościec, to bardzo trudno będziemy mu osiągnąć odpowiedni pułap wagi. Wtedy jest to bardzo wyniszczające, bo zawodnicy muszą się katować dietą. Są też osoby, którym przychodzi to dużo łatwiej i mogą do sprawy wagi podchodzić dużo bardziej intuicyjnie. Wtedy nie muszą się aż tak pilnować i zbijać wagi.

A jak można sklasyfikować ciebie? Miałeś różne problemy z wagą.

- Ja byłem kimś pośrednio. Jak trafiłem do kadry, miałem zbyt wysoką wagę, choć wiadomo, że dla normalnego człowieka byłaby ona odpowiednia. Musiałem schudnąć, ale nie miałem zbyt dużego pojęcia o diecie, dlatego wyniszczyłem swój organizm. Dopiero później po współpracy z dietetykiem doszedłem do siebie. Utrzymywałem niski pułap wagi, być może nawet za niski dla mnie i niestety odbijało się to na wynikach badań.

Do pełnego zdrowia długo nie mogłeś wrócić.

- W pewnym momencie miałem już dość dużą wiedzę na temat żywienia, mój talerz był bardzo odżywczy, ale niestety wyniki badań krwi pozostawiały dużo do życzenia. Nie ukrywam, że skoki doprowadziły mnie do zaburzeń odżywiania. Potem to się za mną ciągnęło. Trudno mi było doprowadzić organizm do normy.

Był jakiś konkretny powód tych problemów?

- Nie, uważam, że wpłynęło na to wiele różnych rzeczy. Niestety, wszystko skończyło się u mnie bulimią, ale po dłuższym czasie udało się od tego wyjść.

Jak długo to trwało?

- Trwało to jakieś 1,5 roku, żeby doprowadzić organizm do normy. Tak, żebym wreszcie mógł powiedzieć, że żyję normalnie. W moim ostatnim sezonie w kadrze B było już dość normalnie. Bardzo pomogła mi współpraca z psychodietetykiem i z psychologiem.

 

Co myślisz jak patrzysz na dzisiejsze wyniki Andrzeja Stękały? Kilka lat temu bywały momenty, że skakaliście na podobnym poziomie. Teraz jest w ścisłej czołówce.

- Jestem z Andrzejem w stałym kontakcie. Ani trochę mu nie zazdroszczę sukcesów. Wiem dużo o tym, co on w ostatnich latach przeszedł i nawet przez myśl mi nie przyszło, żeby mu teraz zazdrościć. Bardzo mu kibicuje i cieszę się, że w końcu mu to odpaliło. Nie wiem, czy byłbym skłonny do takich poświęceń, jak Andrzej, który pracował i trenował. Zawsze byłem zdania, że robi się coś na 100 procent albo dwie rzeczy po 50 procent. Ale jak widać to Andrzej pokazał, że dwie rzeczy da się zrobić na 100 procent.

Co twoim zdaniem było powodem, że akurat teraz wyszło?

- Wreszcie uwolnił swoją głowę. Zaufał temu, co robi. Bo to, że ufał trenerowi Maciejowi Maciusiakowi, to wiadomo. To zresztą trener, który pomógł także mnie. Andrzej długo pracował aż wreszcie "głowa puściła" i wszystko poszło.

Skąd bierze się to, że chyba wszyscy skoczkowie, którzy pracowali z Maciejem Maciusiakiem, tak bardzo go cenią? Nie słyszałem jeszcze głosów krytycznych na temat tego szkoleniowca.

- To jest trener, który ma unikalne, znakomite podejście do zawodnika. Ma w sobie to coś. To jest człowiek, z którym zawsze da się dojść do porozumienia. Porozmawiasz z nim na każdy temat. Zawsze cię wysłucha i pomoże, nawet w tych prywatnych sprawach. A kiedy jest czas na trening, to się po prostu zapieprza i jak coś robisz źle, to możesz dostać opieprz. Ale jak jest wolna chwila, to możesz się z nim pośmiać. Ma w sobie to coś, że jak do niego idziesz to wiesz, że ci pomoże. I zresztą widać to po wynikach.

Kilka tygodni temu Jan Ziobro mówił w "3. serii" na YT TVP Sport wręcz o sabotażu zaplecza polskich skoczków w wykonaniu Stefana Horngachera. Jak ty to widziałeś ze swojej perspektywy, czyli skoczka, który właściwie dopiero zaczynał wchodzić na ten drugi poziom?

- Uważam, że Stefan Horngacher jest bardzo dobrym trenerem, ale muszę przyznać, że też mi się trochę nie podobało kilka jego metod. Wiadomo, że główną pracę skupiał na swoich zawodnikach, a kadra A była zamknięta na nas. Niby było tak, że miała być na nas zwracana uwaga, ale potem różnie to wychodziło. Było nam trudno, bo bardzo chcieliśmy się przebić, ale były rzucone kłody pod nogi. Trudno było wyczyścić głowę i podchodzić do skoków bez żadnego ciśnienia.

Co rozumiesz przez kłody rzucane pod nogi?

- Chodzi po prostu o to, że czasem było tak, że jak ktoś lepiej wyglądał na jakichś zawodach lub był lepszy w treningach, to potem na zawody i tak jeździli ci, co częściej trenowali z Horngacherem.

W tym sezonie raczej każdy wie czemu ktoś jedzie na Puchar Świata. Rotacja występuje także u trenerów.

- Tak, na pewno nie ma takich sytuacji, jak kiedyś. Rotacja wygląda na bardzo fajną i to procentuje.

Ojciec Dawida Kubackiego mówił mi kiedyś, że jak Dawid trafił przed laty do kadry B, to latem nie było trenowania pozycji najazdowej, to było jej "łupanie". Setki powtórzeń i doprowadzanie wszystkiego do perfekcji.

- Tak, ma oko do wszystkiego. Czasem dopatrzy się takiego błędu, który twoim zdaniem nie ma żadnego wpływu na skok, a to potem okazuje się kluczowym, przełomowym elementem.

Skończyłeś karierę mając 22 lata, chyba po najlepszym okresie w swojej przygodzie ze skokami. Momencie, gdy wychodziłeś ze swoich problemów. Czemu?

- Już mnie to wszystko zmęczyło. Bardzo lubiłem ten sport i chłopaków. Zresztą dalej bardzo lubię skoki. Niestety, człowiek dorasta i brakowało mi stabilności finansowej. Nie miałem żadnego wsparcia i byłem na utrzymaniu rodziców. W Polsce niestety jest ten trudny okres przejścia między juniorem a seniorem. Chciałoby się mieć jakieś pieniądze na swoje potrzeby, a tego brakowało. Z perspektywy czasu myślę, że moim problemem było to, że latem dawałem z siebie 200 procent. Lato było dla mnie przeważnie dobre, a później przychodziła zima i nakładałem na siebie zbyt dużą presję i kończyło się jak się kończyło. Choć ten ostatni sezon był już całkiem przyzwoity.

Patrząc na twojego Instagrama widać, że ostatni post związany ze skokami to 31 marca 2019 roku. Zaraz miną dwa lata. Szybko zleciało?

- Powiem ci, że to zleciało bardzo szybko i jeszcze szybciej leci. Nie wiem, gdzie ten czas ucieka. Dużo się zmieniło w moim życiu. Myślę, że mógłbym pociągnąć jeszcze rok przygodę ze skokami, ale nie żałuje tej decyzji. W moim życiu wiele się zmieniło na plus.

Jak wygląda twoje życie bez skoków?

- Pracuję w rodzinnej firmie. Mamy sklep spożywczy, którym trzeba się zająć. Jestem też trenerem skoków w Sokole Szczyrk, no i jestem także teraz trenerem personalnym online, przygotowuję diety, układam plany treningowe i suplementację.

A co mogłoby ci pomóc w przejściu z wieku juniora do seniora?

- Myślę, że jak ktoś się znajdzie w kadrze to najlepszym rozwiązaniem byłoby jakieś wsparcie od np. związku w postaci tych dwóch tys. zł miesięcznie. Na obecne czasy nie jest to wysoka kwota, ale wszystko mogłoby całkiem inaczej wyglądać.

Skoki narciarskie dały ci coś zarobić?

 - Coś tam dały, były np. diety na wyjazdy, więc można powiedzieć, że dało się mieć takie kieszonkowe. A jeśli chodzi o jakieś większe pieniądze, to była to nagroda za medal na Uniwersjadzie. Nie pamiętam, ile to było pieniędzy, ale dało mi się tak solidnie odkuć. Na kilka miesięcy był spokój.

Przez pandemię można powiedzieć, że trafiłeś z deszczu pod rynnę, bo twoja nowa branża mocno cierpiała.

- Bardzo. Obecnie prowadzę ludzi, zajmuję się układaniem planów treningowych, jadłospisów i indywidualnej suplementacji. Niestety, przez zamknięcie siłowni dużo osób zrezygnowała z aktywności fizycznej. Wiadomo, że wiele osób przerzuciło się na treningi domowe, ale był to trudny okres. To jest jednak takie dodatkowe hobby, a źródłem utrzymania jest praca w firmie rodzinnej i w klubie. Staram się jednak rozwijać w tym kierunku, ciągle się uczę, więc może kiedyś będzie to mój główny zawód.