FIS wywołał szok u skoczków tuż przed MŚ. Lawina dyskwalifikacji to nie przypadek

Piotr Majchrzak
Przed MŚ w Oberstdorfie FIS znowu wypowiedział wojnę skoczkom, którzy naciągają przepisy. Dyskwalifikacje gwiazd miały na celu wywołać szok u skoczków, choć trudno nie oprzeć się wrażeniu, że kontrole zostały przeprowadzone w ten sposób, by wykryć uchybienia. Sprawdziliśmy, jak właściwie wyglądają kontrole w skokach narciarskich, kto musi się im poddać i dlaczego najłatwiej jest oszukiwać w drugiej serii.

O wojnie technologicznej w skokach narciarskich napisaliśmy już praktycznie wszystko. Każdy ma świadomość, że wszyscy skoczkowie szukają przewag, że każdy kombinezon uszyty jest na absolutnym limicie wymiarów, bo w innym wypadku trudno by było się liczyć w walce o zwycięstwo. Tuż przed mistrzostwami świata FIS kolejny raz wypowiedział skoczkom wojnę o przepisowość kombinezonów. I wcale nie jest to dziwne, bo tak dzieje się właściwie przed każdą ważną imprezą w skokach. 

Zobacz wideo Jak można zostać zdyskwalifikowanym za zbyt niską wagę?

W piątek zobaczyliśmy show kontrolera sprzętu Seppa Gratzera, który zdyskwalifikował dwóch najlepszych skoczków Pucharu Świata - Halvora Egnera Graneruda i Markusa Eisenbichlera. A tuż przed dyskwalifikacjami realizator pokazywał domek, w którym przeprowadza się kontrole. Jakby wiedział, że za moment może dość do przewrotu w klasyfikacji konkursu. Niestety, bardziej niż walkę z naciągnięciami przepisów przypomina to policyjną akcję "Znicz", w której wszyscy kierowcy muszą liczyć się z faktem wzmożonych kontroli na drogach przez kilka dni, a potem wszystko wraca do normy. I tak jest w tym przypadku.

Dyskwalifikacje gwiazd to żaden przypadek

Chyba najbardziej jaskrawym przykładem dyskwalifikacji przed ważną imprezą był sezon 2014/2015 i okres tuż przed mistrzostwami w szwedzkim Falun. To przecież wtedy pod koniec stycznia dyskwalifikacja za buty spotkała Aleksandra Zniszczoła, a Polak stracił 10. miejsce w Sapporo. Tydzień później "ręka sprawiedliwości" dotknęła już gwiazdy. Najpierw w Willingen w konkursie drużynowym zdyskwalifikowany został Kamil Stoch, który miał o jeden centymetr za szeroki kombinezon w pasie. W kolejny weekend sensacyjnie wyrzucony z zawodów został Severin Freund, który pędził po Kryształową Kulę. Za co? Był 100 gramów za lekki w stosunku do długości nart.

Tuż przed kolejnymi mistrzostwami świata w Seefeld dyskwalifikacje poszły już w ilość, a nie jakość. A przez cały weekend w Willingen skoki anulowano takim skoczkom jak: Kevin Bicker, Filip Sakala, Dimitrij Wasiliew, Jan Hoerl, Lukas Hlava, Eetu Nousiainen i Gregor Schlierenzuer.

FIS pogroził palcem, ale brakuje regularności

Dyskwalifikacje w Rasnowie to jawne pogrożeniem palcem skoczkom i chęć pokazania, że FIS czuwa nad przepisami i nie będzie bał się wyrzucenia nawet największych gwiazd. Tylko czy takie działanie ma sens? To tylko incydentalne działanie i być może bardziej nakierowane na postrzeganie skoków przez kibiców, niż na samych zawodników. Ci nadal będą skakać w strojach uszytych na maksymalny możliwy limit. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że gdyby za tydzień były zwykłe zawody, to dyskwalifikacji w Rasnowie by nie było. Trudno nam nawet przypuszczać, że za tydzień na mistrzostwach świata ktoś pokusi się o ewentualną dyskwalifikację dla jednego z faworytów - a jeśli tak się stanie, to będziemy zaskoczeni. Dlaczego? 

Standardem Seppa Gratzera jest to, że jeśli sprzęt ma jakieś odchylenie od regulaminu, to najpierw skoczek dostaje reprymendę od kontrolera i później może spodziewać się ponownej kontroli tego elementu. Wspominał o tym np. Piotr Żyła, który tej zimy zaliczył już jedną dyskwalifikację. Z kolei trener Norwegów Alex Stoeckl stwierdził, że Granerud nie miał jeszcze żadnej reprymendy, a i tak w piątek od razu wyleciał z konkursu. FIS zaskoczył skoczków dokładniejszą kontrolą, która po drugiej serii rzadko się zdarza. Można po prostu stwierdzić, że kontrola była przeprowadza w ten sposób, by wykryć uchybienia i ukarać głośne nazwiska. Skoczkowie podkreślają w zakulisowych rozmowach, że tak naprawdę kontroler u prawie każdego mógłby coś znaleźć, nawet najmniejszy niuans.

Jak wygląda kontrola po skokach? Kto jest kontrolowany i kiedy?

Standardem w skokach narciarskich są dwie kontrole sprzętu. Jedna jeszcze przed skokiem na górze skoczni, druga już na dole. Kontrola na dole jest już dokładniejsza i po pierwszej serii jest ona wyrywkowa. Sepp Gratzer może zaprosić do swojego kontenera wybranego przez siebie zawodnika. Wówczas może sprawdzić kombinezon organoleptycznie przez dotykanie stroju i sprawdzenie, czy nie ma zbyt dużych odstępstw. Gratzer może też poprosić skoczka o ściągnięcie stroju i wtedy na rozłożonym na blacie kombinezonie można dokonać absolutnie wszystkich pomiarów. Austriak nie tylko może zmierzyć strój, ale także sprawdzić jego grubość (ta może mieć od czterech do sześciu milimetrów). Można również zbadać przepuszczalność materiału po przyłożeniu go do rury specjalnej maszynki, której cena to około 60 tysięcy złotych.

Dodatkowo może sprawdzić, czy wszystkie szwy i zamki są zgodne z przepisami. Gratzer może sprawdzić również wagę skoczka, a to daje odpowiedź, czy zawodnik korzysta z nart odpowiedniej długości. Przepisy mówią, że skoczek musi mieć BMI co najmniej na poziomie 21, żeby mieć możliwość startowania na nartach o maksymalnej długości 145% swojego wzrostu. Od kilku lat na wagę staje się bez butów, ale skoczek może wziąć na nią wkładki. Miało to zwiększyć wagę skoczków, by nie byli już tak wychudzeni jak przed laty. Kolejne zmiany ws. wagi możliwe są po igrzyskach w Pekinie. Sprawdzać można także buty - czy np. nie są większe więcej niż dwa cm od stopy zawodnika.

 

Po konkursie sprawdza się... mniej dokładnie

Z kolei po drugiej serii obowiązkowej kontroli podlega cała pierwsza dziesiątka zawodów. Wówczas kontrola z reguły nie zawsze jest już tak dokładna, bo nie ma na nią dużo czasu. Szczególnie jeśli chodzi o pierwszą trójkę konkursu. Telewizje wymagają szybkich dekoracji, co w czasach covidowych i tak się wydłuża, bo w pokoju może być tylko jeden skoczek. Wówczas Gratzer sprawdza z reguły tylko wagę skoczków, ale czasem zawodników można zaskoczyć. I tu pojawia się problem, który dotknął Eisenbichlera oraz Graneruda. 

Skoczkowie dobrze nauczyli się tych kontroli, więc zdarza się, że najlepsi zawodnicy na finałową serię zakładają kombinezony, które nie zawsze są przepisowe. Mają np. odrobinę mniejszą przepuszczalność czy są lekko poza dopuszczalnymi wymiarami. I wiele wskazuje na to, że tak było też w tym momencie. - Wiemy, że ekipy zmieniają kombinezony przed drugą serią, bo mniej spodziewają się kontroli, a tutaj się przydarzyła - tłumaczyła Sport.pl obecna w Rumunii kontrolerka sprzętu podczas konkursów kobiet, Agnieszka Baczkowska.

Nie jest to pierwszy przypadek, gdy skoczkowie zostali zaskoczeni dokładną kontrolą sprzętu po konkursie. Poprzedni raz taka sytuacja zdarzyła się na początku poprzedniego sezonu, konkretnie w Kuusamo. Sepp Gratzer wówczas zdecydował się na sprawdzenie przepuszczalności kombinezonów też po drugiej serii. I co się okazało? W drugiej serii wyzerowano wynik drugiego Mariusa Lindvika i Petera Prevca, a w pierwszej serii wpadli Johann Andre Forfang i Robert Johansson, którzy polecieli daleko. Powodem dyskwalifikacji Norwegów była zbyt mała przepuszczalność strojów w tylnej części nogawek. Dzięki temu powietrze, które wpadło do kombinezonu przez przednią część stroju, nie mogło się z niego wydostać i to miało poprawiać powierzchnię nośną skoczków. Niestety, to tylko pokazuje, jak duże jest pole do nadużyć, bo gdy FIS chce dokładniej przypilnować regulaminu, to natychmiast znajdują się tacy, co próbują obejść przepisy. Z drugiej strony można odnieść wrażenie, że tak dokładne kontrole są zbyt wyrywkowe, by wyplenić szarą strefę. 

Fenomenalne zwycięstwo polskiego skoczka! Czekał na to ponad trzy lata. Świetne skoki całej kadryFenomenalne zwycięstwo polskiego skoczka! Czekał na to ponad trzy lata. Świetne skoki całej kadry

Kontrola na górze, a przed nią kabaret 

Kontrolę na górze skoczni przechodzi każdy skoczek. Polega ona na tym, że zawodnik staje na specjalnej maszynie w niewielkim rozkroku, a kontroler sprzętu uwalnia umocowany na sprężynie metalowy pałąk, który zatrzymuje się w momencie, w którym dotknie kombinezonu w kroku zawodnika. Tylko że żeby skoczek mógł w ogóle przejść tę kontroli, to chwilę wcześniej musi wykonać kilka ekwilibrystycznych ruchów, by odpowiednio naciągnąć krok swojego kombinezonu, by ten nie zsunął się po pokonaniu kilku schodów w dół. Na takich ruchach przyłapani w oku kamery zostali w przeszłości m.in. Stefan Kraft, Karl Geiger czy Kamil Stoch, ale robią to wszyscy. Bez żadnej wyjątku. 

 

W prywatnych rozmowach skoczkowie z wielu krajów podkreślają, że właściwie każdy obecny przepis da się obejść, również ten związany z nieelastyczną taśmą, która jest wszyta na wysokości bioder skoczka i ma zapobiegać zsuwaniu się stroju. A niektórzy naciągają przepisy jeszcze wcześniej.

Kontrola nieelastycznego paskaKontrola nieelastycznego paska screen TVP Sport

Problem zaczyna się jeszcze wcześniej

Niedawno opisywaliśmy przecież sytuację z kombinacji norweskiej, w której Finlandia ośmieszyła pomiary i szybko się do tego przyznała. Przed każdym sezonem FIS dokonuje oficjalnych pomiarów skoczków i kombinatorów norweskich. - Mierzymy, na jakiej wysokości od stóp musi się zaczynać krok kombinezonu skoczka i za każdym razem przed wejściem zawodnika na belkę sprawdzamy, czy ta wysokość zgadza się z zapisanymi danymi - przed sezonem tłumaczyła nam Agnieszka Baczkowska, kontrolerka sprzętu w PŚ kobiet. 

Gregor Schlierenzauer.Obłędny skok Schlierenzauera! Przez niego nie mógł wystartować w konkursie [WIDEO]

Do pomiaru można podejść jedynie w bieliźnie (dopuszczalna jest bielizna tylko typu slip). W rozmowie z fińskimi mediami trener fińskich kombinatorów Petter Kukkonen przyznał, że zna historie, w których uczestnicy Pucharu Świata używali gąbkowych myjek, skarpet, a nawet piłek tenisowych, które wkładano w bieliznę, by obniżyć krok na oficjalnym pomiarze. Trener Finów chciałby, żeby pomiar ciała zawodników był dokonywany w sposób laserowy albo robiony przez lekarzy, którzy mogliby wykonywać mierzenie nagich zawodników. - Tylko to może pozwolić na eliminację tych "kreatywnych majtek" - podkreślał.