Eksplozja formy skoczka, który niedawno był wyrzucony z kadry. Ale co się dzieje ze Stochem i Kubackim?

Mieszane uczucia. Tak można podsumować mistrzostwa świata w lotach w Planicy dla polskich skoczków. Rywalizację kończymy z brązowym medalem i objawieniem formy Andrzeja Stękały, ale także z niepokojem o to, co dzieje się z Kamilem Stochem i Dawidem Kubackim, którzy w normalnej formie mogliby sprawić, że Polska powalczy o złoty medal.

Nie tak miały wyglądać indywidualne skoki polskich zawodników na mistrzostwa świata w lotach w Planicy. Michał Doleżal nie może być zadowolony z prób swoich zawodników, bo nawet w zeszłym tygodniu w studiu TVP przyznał, że jego drużyna jedzie do Planicy po medale, także te indywidualne. Medal w drużynie wydawał się być dużo bardziej prawdopodobny, wszak Austria przystępowała do rywalizacji bez Stefana Krafta i Daniela Hubera, czyli swoich gwiazd. Słowenia była rozbita na tyle, że już w czasie mistrzostw zwolniła trenera. A my, jechaliśmy do Planicy z szóstką zawodników, którzy skakali po prostu porządnie. 

Po sześciu skokach do prowadzących Niemców Polska traciła zaledwie 12,4 pkt i mieliśmy przed sobą skoki Kamila Stocha i Dawida Kubackiego. W normalnych okolicznościach bylibyśmy pewni, że czeka nas spektakularna walka o złoty medal, ale tym razem było inaczej. Trudno było odnieść wrażenie, że nasi najlepsi w niedzielę skoczkowie skakali już w pierwszej i drugiej grupie. I tak też było w rzeczywistości.

Zobacz wideo Na co stać polskich skoczków?

Biało-czerwoni skończyli te mistrzostwa świata z celem minimum, czyli brązowym medalem mistrzostw świata w drużynie. De facto tylko trzy drużyny były w stanie zdobyć ten medal w sprawiedliwej rywalizacji. mowa tu oczywiście o Polsce, Norwegii i Niemczech. Choć przez moment, tuż po pierwszej serii Słowenia niebezpiecznie zbliżyła się do nas na nieco ponad 17 punktów i zrobiło się odrobinę nerwowo. Na szczęście w drugiej serii Polacy się poprawiali. Najlepsi w Planicy okazali się niespodziewanie Norwegowie, którzy na ostatniej prostej odebrali zwycięstwo Niemcom. Polska musiała zadowolić się brązowym medalem. 

Liderzy zawiedli. Show Andrzeja Stękały

Najjaśniejszym punktem tych mistrzostw był dla Polaków Andrzej Stękała. 25-letni skoczek, który jeszcze niedawno miał problemy z punktowaniem w słabo obsadzonych konkursach Pucharu Kontynentalnego. Tymczasem w mistrzostwach Stękała rozkręcał się z każdym kolejnym skokiem. A mówimy przecież o zawodniku, który kompletnie nie potrafił porozumieć się ze Stefanem Horngacherem, a przy skokach został tylko dzięki uporowi Macieja Maciusiaka, który nie pozwolił mu na zakończenie kariery. I przygarnął go do swojej grupy, mimo że ten zawodnik znalazł się poza strukturami PZN.  Stękała zajął 10. miejsce indywidualnie, a w pierwszej serii drużynówki wyprowadził drużynę na 14 punktowe prowadzenie (skok na 228 metrów). W drugiej serii poleciał jeszcze metr dalej i zapewnił spokój w walce o brązowy medal. 

Niestety, jeśli Stękała rozkręcał się z każdą próbą, to coś odwrotnego można powiedzieć o Dawidzie Kubackim i Kamilu Stochu. Jeśli przed tą drużynówką drżeliśmy o jakichś zawodników, to właśnie o próby dwóch naszych najlepszych skoczków. O ile Kubacki można jeszcze rozgrzeszać kontuzją pleców, którą odniósł w czasie rozgrzewki kilka dni temu, to już próby Stocha mocno zastanawiają. 

Najlepszy polski skoczek ostatnich lat w tym sezonie wygląda bardzo dobrze, ale tylko w seriach treningowych i kwalifikacjach. A gdy przychodzi do rywalizacji w konkursach, to nagle wszystko się zmienia. Skoczek popełnia mnóstwo błędów, całkowicie rozsypuje mu się pozycja dojazdowa, przez co jest piekielnie wolny na rozbiegu, a potem utrudnia mu to również dobre wyjście z progu. W pewnym sensie można to na ten moment porównać do ostatniego sezonu Adama Małysza, gdy ten znakomicie skakał w treningach, ale w konkursach nie zawsze wyglądało to tak dobrze. Choć na ten moment można tylko życzyć Kamilowi takich osiągnięć w tym sezonie, jakie wówczas miał Małysz. Forma gdzieś jest, bo bez niej Stoch nie skakałby tak dobrze w treningach.

Polacy latali nisko, bez energii. Z czego to mogło wynikać?

Inną sprawą jest to, że zarówno Piotr Żyła, Dawid Kubacki, jak i Kamil Stoch zaskakująco nisko latali nad zeskokiem. Zdecydowanie najniżej z czołówki. A przy braku wiatru pod narty niemal całkowicie zabierało to szanse na dalekie skoki. Wystarczy popatrzeć, jak wysoko i daleko latał w tych mistrzostwach choćby Karl Geiger.  - Widać, że brakuje chyba tego pchania w próg - mówił w sobotę Adam Małysz w rozmowie z TVP. Niestety, na tle najlepszych skoki biało-czerwonych były anemiczne, jakby brakowało w nich energii. Może to dziwić o tyle, że dr Harald Pernitsch, jak i Michal Doleżal potwierdzali wielokrotnie, że jeśli chodzi o przygotowanie motoryczne, to nasi zawodnicy znowu bili swoje rekordy. Wiele wskazuje więc na to, że chodzi tu po prostu o kwestie psychologiczne, pewnego rodzaju zblokowanie, które uniemożliwia pokazanie pełni potencjału. 

Między bajki trzeba też włożyć to, że odpuszczenie przez liderów Niżnego Tagiłu wpłynęło na brak odpowiedniego przygotowania do mistrzostw świata w lotach. Dlaczego? Niżny Tagił odpuścił też Karl Geiger, który w Planicy latał jak nakręcony. Latał niczym Kamil Stoch w najlepszych próbach, w czym widać już rękę Stefana Horngachera. Nieco przeszkodzić mogła jednak aura i to, że zamiast skoków treningowych polscy skoczkowie musieli patrzeć jak na Wielkiej Krokwi w Zakopanem szaleje mocny halny. Istniała opcja przestawienia treningów na inne dni, ale trenerzy nie chcieli zaburzać mikrocyklu startowego i skakania w weekendy. Przez wiele lat to się sprawdzało, więc nikt nie chciał tego zmieniać.

Gdzieś został popełniony jakiś błąd, ale to sztab szkoleniowy będzie musiał przeanalizować w najbliższych daniach. A że potrafi analizować to, z czego wynikają błędy doskonale, widzieliśmy rok temu, gdy najpierw Dawid Kubacki nie zakwalifikował się w do drugiej serii w Engelbergu, a po niecałych dwóch tygodniach szalał na Turnieju Czterech Skoczni i nie dał rywalom żadnych szans. 

W kadrze może być jednak niedosyt po sobotnich skokach najlepiej mówią słowa asystenta Michała Doleżala - Grzegorza Sobczyka, który w rozmowie z Adamem Małyszem na skaczemy.pl po prostu przepraszał kibiców za brak indywidualnych medali.