Zmiana godziny może zrujnować spektakl na MŚ w lotach, ale Polacy nie powinni narzekać

W czwartek startują mistrzostwa świata w lotach w Planicy. Tym razem kibice dostaną jednak zupełnie inną rywalizację, rozgrywaną przy sztucznym oświetleniu. Mała zmiana pory dnia może jednak diametralnie wpłynąć na warunki atmosferyczne na skoczni i niemal wszyscy są pewni, że tym razem o rekordy będzie dużo trudniej. Potwierdza to także historia tradycyjnych piątkowych konkursów PŚ w Planicy, które rozgrywane były popołudniami. Wiele mogą na tym stracić fenomenalni w Niżnym Tagile Norwegowie, ale jest to świetna informacja dla Markusa Eisenbichlera, Polaków i skaczącego nieco innym stylem Norwega - Halvora Egnera Graneruda.

W czwartek startują mistrzostwa świata w lotach w Planicy. Wtedy odbędą się treningi i kwalifikacje, a w piątek i sobotę zostaną rozegrane po dwie konkursowe serie, po których mamy poznać kolejnego mistrza świata w lotach. Tytułu będzie bronić Daniel Andre Tande, który przed dwoma laty pokonał Kamila Stocha po trzyseryjnym konkursie. Kamil Stoch chce z kolei powalczyć o jedyne trofeum, którego brakuje mu jeszcze w karierze, czyli o złoty medal za mistrzostwa świata w lotach. Tym razem zawody odbywają się na jednej z jego ulubionych skoczni, Letalnicy w Planicy.

Wydaje się, że Stoch jest jednym z największych przegranych pandemii w skokach. W marcu przygotował znakomitą formę i widać było, jak rozkręca się z każdym kolejnym skokiem. To właśnie wtedy miały zostać rozegrane mistrzostwa świata w lotach, ale przeniesiono je na grudzień. Na początku rywalizacji w tym sezonie Stoch nie prezentuje idealnej formy, choć kilka razy pokazał już znakomite skoki, które mogą ustawiać go w kolejce kandydatów do złotego medalu. Choć raczej w tym drugim szeregu.

Zobacz wideo Jak w skokach narciarskich liczy się wiatr?

Planica bez kibiców i przy jupiterach. Niepozorna zmiana wniesie dużo

W tym roku wszystko stanęło na głowie. Pierwsze loty odbędą się już w połowie grudnia, czego wcześniej jeszcze nie było. W dodatku od razu będą to mistrzostwa świata. Jakby tego było mało, zrezygnowano z tradycyjnych poranno-weekendowych konkursów, które zastąpi rywalizacja przy sztucznym świetle. I mimo że wydaje się to niepozorną zmianą, to może całkowicie odmienić rywalizację. Chyba wszyscy kibice skoków narciarskich kojarzą Planicę z konkursami rozgrywanymi przy pełnym słońcu i błękitnym niebie. To właśnie wtedy w dolinie, w której zlokalizowany jest kompleks skoczni są najlepsze warunki do skoków narciarskich. 

W końcówce marca około godziny 9 rano nad górami pojawia się słońce, które zaczyna ogrzewać powietrze, a śnieg coraz mocniej zaczyna parować. To sprawia, że na Letalnicy robią się znakomite warunki do dalekich i bezpiecznych lotów. Tym razem może być o to dużo trudniej, bo organizatorzy sami zdecydowali się na powtórki z corocznych piątkowych konkursów. Dotychczas piątkowe konkursy w Planicy rozgrywane były około godziny 15, ze względów na transmisje telewizyjne i fakt, że jest to dzień roboczy. 

 - W skokach narciarskich byłoby optymalnie, żeby przez pierwszą część skoku wiało lekko w plecy, a w drugiej fazie lotu pojawiałaby się zmiana i nagle wiałoby pod narty. Ale takie sytuacje nie zdarzają się nigdy lub dzieją się bardzo rzadko. Jeśli zaś chodzi o zmianę kierunku wiatru wraz z porą dnia jest to  ten sam efekt, z którym mają do czynienia żeglarze, którzy żeglują przy brzegu. Przed południem wiatr przy brzegu wieje w inną stronę niż po południu (w ciągu dnia w kierunku lądu, w nocy w kierunku morza - przyp. red.). Jest to związane z naturalnym ruchem mas powietrza i różnym nagrzewaniem się powierzchni. Da się to wytłumaczyć i są takie miejsca, w których da się to zaobserwować z dużą precyzją, choć nigdy oczywiście nie będzie to całkowita pewność - mówi w rozmowie ze Sport.pl Tomasz Rożek, doktor nauk fizycznych i dziennikarz naukowy 

Popołudniowe konkursy = dużo mniejsza szansa na wiatr pod narty

Niestety, w Planicy po południu warunki do skoków robią się zdecydowanie gorsze. Powietrze, które za dnia unosiło się ku otaczającym skocznie szczytom, wraca na dół i powoduje wiatr w plecy, który utrudnia oddawanie dalekich lotów. Na potwierdzenie tej tezy przeanalizowaliśmy wszystkie piątkowe konkursy Pucharu Świata, które rozgrywano w Planicy od 2011 roku. Zarówno na starej, jak i już zmodernizowanej w 2014 roku skoczni.

Wiatr w piątkowych, popołudniowych konkursach w PlanicyWiatr w piątkowych, popołudniowych konkursach w Planicy Sport.pl

Doskonale widać, że w drugiej serii warunki z reguły były zdecydowanie gorsze niż pierwszej, a właściwie w każdym konkursie (poza jednym) organizatorzy byli zmuszeni do podniesienia najazdu w drugiej serii. To z kolei przekłada się na wyższe prędkości najazdowe i utrudnia później lądowanie na dalszych odległościach. Bo zawodnikom udaje się co prawda daleko lecieć, ale mają wyższą prędkość (dzięki wyższej belce) i często jest również tak, że lądują bez tzw. poduszki powietrznej, która pojawia się przy wietrze pod narty (jak to było ostatnio przy rekordowym skoku Roberta Johanssona, w Niżnym Tagile, który Norweg spokojnie wylądował telemarkiem), a spadają z dużo większej wysokości. Właśnie dlatego widać również, że w drugiej serii piątkowego konkursu mimo wyższych belek nie zawsze pojawiały się dłuższe skoki. - Można powiedzieć, że doliny są miejscami troszkę eksterytorialnymi, jeśli mówimy o pogodzie. W dolinach zwykle bywa tak, że wewnątrz mamy zupełnie inną pogodę niż na zewnątrz. Dlaczego? W dolinach inaczej wygląda kwestia nagrzewania się powietrza i powierzchni. Czasem jest tak, że nie wpada tam słońce, a jak już wpada to na dużo krócej - twierdzi Tomasz Rożek, autor kanału "Nauka. To Lubię"’

Jeśli bralibyśmy pod uwagę konkursy z ostatnich 10 lat, które były rozgrywane w okolicach godziny 15, to łatwo zauważyć, jak szybko zmieniały się warunki na Letalnicy, gdy już w czasie trwania serii próbnej skocznię przykrywał cień. - Musi tak być, bo jednym z elementów pogody jest siła i kierunek wiatru, a to jest połączone również z ciśnieniem. Jeżeli jest źródło energii, np. źródło słoneczne, to ta sama ilość gazu zajmuje większą objętość. Ale gdy słońce przestaje świecić w jakieś miejsce, to ta sama ilość powietrza zajmuje mniej miejsca i zmienia się ciśnienie. To jest system naczyń połączonych. Jeśli w jednym miejscu spada ciśnienie, a gdzieś obok jest wyższe, to masy powietrza przelatują na drugie. (...) Gęstość jest uzależniona od temperatury. Jeśli zwiększa się temperatura powietrza, to zwiększa się objętość gazu, ale spada gęstość. Dlatego jak chcemy wyżej polecieć balonem to odkręcamy płomień, po to by ten nagrzał uwięzione powietrze. Rozgrzane powietrze jest mniej gęste niż zimne i balon zaczyna się unosić. - tłumaczy Tomasz Rożek.

Złe wiadomości dla Norwegów (poza Granerudem). Dobre dla Eisenbichlera i Żyły

I właśnie dla Norwegów takie warunki nie są najlepsze. Zawodnicy Alexandra Stoeckla uwielbiają mocny wiatr pod narty w dolnej części zeskoku. Z reguły płasko wychodzą oni z progu (również dzięki nieco mniej rozkładającym się bolcom w wiązaniach) i dość nisko lecą nad zeskokiem. Mają jednak dużo wyższą prędkość od innych zawodników i gdy tylko pojawia się wiatr pod narty, to doskonale z niego korzystają. Tak skacze m.in Robert Johansson, Marius Lindvik czy Johann Andre Fofang. I jak popatrzymy na historię popołudniowych konkursów w Planicy, które były rozgrywane przy wietrze w plecy, to może się wydawać nieprawdopodobne, ale Norwegowie zaliczyli tylko dwa miejsca na podium w ośmiu ostatnich piątkowych konkursach.

W takich warunkach zdecydowanie lepiej radzili sobie Austriacy (7x na podium), skaczący u siebie Słoweńcy (6x na podium) oraz Polacy i Niemcy - po trzy razy na podium. Patrząc na to, że nadal nie wiadomo jak będzie wyglądała kadra i forma Austrii, a Słoweńcy nie są w najlepszej formie to na największych faworytów konkursów rozgrywanych przy wietrze w plecy mogą wyrastać Niemcy, a konkretnie Markus Eisenbichler, który wygrał ostatni piątkowy konkurs w Planicy rozgrywany przy wietrze w plecy, a także Halvor Egner Granerud, który jest jakby nieco zaprzeczeniem techniki Norwegów i skacze bardziej siłowo. Dzięki czemu dobrze radzi sobie także przy wietrze w plecy. Wśród Polaków faworytem wydaje się być Piotr Żyła, którego piekielnie mocne odbicie jest wręcz skrojone pod loty przy wietrze w plecy. Na potwierdzenie tej tezy Żyła ma dwa miejsca na podium w piątkowych konkursach w Planicy. Ale Dawid Kubacki i Kamil Stoch też nie są tutaj na straconej pozycji.

Czy warunki z marca przełożą się na grudzień? O rekordy będzie dużo trudniej

Pytanie pojawia się jednak jedno, czy warunki z marca, gdy za dnia powietrze nad skocznią w Planicy rozgrzewa się do około 15 stopni Celsjusza, by potem w kilka godzin schłodzić się do temperatury w okolicach zera, będą odpowiadały grudniowej pogodzie, gdy za dnia nie będzie tak wysokich temperatur. Organizatorzy nie do końca chcą odpowiedzieć na to pytanie, ale z ich ust można usłyszeć, że w grudniu będzie dużo trudniej o dalsze loty niż w czasie zawodów, które czekają nas za kilka miesięcy, w marcu. Potwierdza to również trener Polaków - Michał Doleżal. - Spodziewamy się wyższych prędkości najazdowych, bo nie będzie warunków. Wtedy jest trudniej o rekordy. Nie widzę takiej możliwości - mówił w programie "3. seria" na youtubowym kanale TVP Sport.

Obecny rekord Letalnicy wynosi 252 metry i należy do Ryoyu Kobayashiego, dalej lądował jednak Gregor Schlierenzauer, który poleciał 253,5 metra, ale nie zdołał ustać tego lotu. Projektanci Letalnicy są zdania, że w Planicy można spokojnie wylądować jeszcze dalej. - Na tym obiekcie można lądować na 255. metrze, jeśli złoży się na to kilka czynników - mówił w rozmowie ze Sport.pl Janez Gorisek. Wydaje się więc, że nowy rekord jest możliwy, ale zawodnik musi mieć cały czas lekki wiatr pod narty, który będzie trzymał w powietrzu do samego końca i umożliwi podejście do lądowania z niezbyt dużej wysokości. W innym przypadku zawodnik ląduje z "drugiego piętra", a wtedy nogi po prostu nie wytrzymają

Słoweńcy bardzo przeżywali utratę najdłuższych skoków w Pucharze Świata, dlatego wiele funduszy zostało poświęcone na przebudowę Letalnicy. Niestety, nawet to nie pozwoliło im odebrać palmy pierwszeństwa skoczni w Vikersund. Jelko Gros zaznacza jednak, że jeśli przepisy pozwolą, to bardzo małymi kosztami będzie możliwa przebudowa obiektu, tak aby pozwała na loty w okolice 275 metrów. Dziś obowiązują jednak ograniczenia, które narzucają, że różnica poziomów między progiem, a płaską częścią zeskoku może wynosić maksymalnie 135 metrów. Jest to przepis, który blokuje dalszą rozbudowę obiektów.