Wszyscy to widzą! Horngacher znów przechytrzył. Kuriozalne zalecenie w skokach

Dlaczego trenerzy ciągle ściągają maseczki na wieży trenerskiej? Okazuje się, że ściąganie masek do kamery to zalecenie FIS, które czasem egzekwowane jest w kuriozalny sposób. Jedynym, który niemal nigdy nie ściąga swojej maseczki, jest Stefan Horngacher. Austriak znowu wyznacza sanitarne trendy w skokach, za którymi idą już inni.

Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że sezon Pucharu Świata w skokach narciarskich może stanąć pod znakiem zapytania ze względu na koronawirusa. Jednak po wielu rozmowach i FIS-owi, i krajom uczestniczącym w zawodach udało się wypracować kompromisy, które pozwalają na przeprowadzenie sportowej rywalizacji. I jak się okazuje, nie zawsze są one do końca logiczne. 

Zobacz wideo Na co stać polskich skoczków? Polacy są znakomicie przygotowani do sezonu

Dlaczego trenerzy w skokach ciągle ściągają i zakładają maseczki?

Jedną z kontrowersyjnych kwestii jest obecnie sprawa maseczek. Zwłaszcza w przypadku trenerów, którzy - według nowego regulaminu - muszą je nosić w czasie przebywania na skoczni. A, jak już zauważyli kibice, zdejmują je za każdym razem, gdy ich zawodnik rusza z belki. 

Fani zastanawiają się, o co w tym chodzi i dlaczego każdy szkoleniowiec co kilka minut dotyka, ściąga i ponownie zakłada swoją maseczkę. Przy czym nie robi tego, by ją zmienić, a tylko po to, by być widocznym w przekazie medialnym. I takie jest założenie FIS. 

- Dyskutowaliśmy o tym z dyrektorem Pucharu Świata Sandro Pertile, a także z Horstem Nilgenem, czyli osobą odpowiedzialną za sprawy medialne. Na wieży jest zachowany odpowiedni dystans, jest też odpowiednia ilość miejsca w momencie startowania zawodników. Wtedy dystans jest większy nawet niż zalecany. No i wówczas to na trenerze koncentruje się uwaga mediów i kibiców, dlatego ma on odsłoniętą twarz - mówi Sport.pl Stanisław Szymanik, członek komisji medycznej FIS.

Robert Lewandowski i Cezary KucharskiNowa odsłona konfliktu Kucharskiego z Lewandowskim! Wszystko wyjdzie na jaw? Jest wniosek w prokuraturze

Absurdalne sceny na skoczni. Maskę ściąga asystent, podpisany jest trener główny

To wszystko może jednak dziwić w obliczu sytuacji, w której eksperci mówią nam o tym, że nie powinniśmy niepotrzebnie dotykać maseczek. A jeśli już ją ściągamy, to powinniśmy zmienić na nową. Tymczasem trenerzy ściągają ją wielokrotnie na brodę po to, by po chwili znów nasunąć ją na usta i nos. W międzyczasie dotykają barierek w gnieździe trenerskim, których dotykają też ci, którzy przed chwilą... ścigali maseczki, czyli siłą rzeczy są bardziej narażeni na kontakt z kropelkami mogącymi przenosić ewentualnego wirusa. Teoretycznie więc większym sensem byłoby po prostu zachowywanie odległości i stanie tam bez maseczek niż dodatkowe narażanie siebie przez częste kontakty rąk z okolicami nosa, ust i oczu, bo trzeba przecież ściągnąć maseczkę do kamery, a po chwili założyć ją ponownie. 

Dodatkowo absurdem jest też to, że gdy zawodnika startuje dwóch trenerów (stoją obok siebie, bo jeden macha flagą, a drugi filmuje skok), to maseczki ściągają asystenci głównego trenera. Tak było w przypadku ekipy polskiej i austriackiej, gdy maski zdjęli Grzegorz Sobczyk i Harald Diess, a realizator podpisywał ich nazwiskiem... głównego szkoleniowca. Zalecenie FIS i jego wykonanie jest więc nieco absurdalne.

Florian Liegl i Harald DiessFlorian Liegl i Harald Diess screen TVP Sport

Stefan Horngacher naprzeciw wszystkim. Czy dodatkowy reżim się opłaci?

Reprezentacja Niemiec prowadzona przez Stefana Horngachera jako jedyna w stawce Pucharu Świata używa z reguły zdecydowanie lepszych maseczek FFP2, wyposażonych w filtry N95. Te maseczki są sugerowane przez WHO nawet do używania na oddziałach szpitalnych walczących z Covid-19. Co więcej, Horngacher jest praktycznie jedynym trenerem, który chyba jeszcze nigdy nie ściągnął swojej maseczki przy startowaniu skoczka. I to mimo FIS-owskich regulacji. Austriak reżim sanitarny wprowadzał w reprezentacji Polski jeszcze długo przed tym jak ktokolwiek na świecie myślał o takich kwestiach jak pandemia, izolacja czy wirusy. Pisaliśmy o tym tutaj.

Gdy polscy skoczkowie szykowali się do igrzysk olimpijskich w Pjongczangu, Horngacher wściekł się na wiadomość o tym, że PZN przed zawodami w Zakopanem zaplanował briefing prasowy dla mediów, na którym jego skoczkowie mieli bezpośrednio rozmawiać z dziennikarzami. Spotkanie oczywiście nie doszło do skutku i postawiono na zwykłą konferencję prasową - z zachowaniem wszelkich obostrzeń. Horngacher  chciał w ten sposób uchronić skoczków przed kontaktem z wieloma osobami, wszak za kilka tygodni startowały igrzyska. Skoczkowie dostali też zalecenie, by unikać podawania ręki, a na powitanie stukać się łokciami. I mowa tu o styczniu 2018 roku. Dwa lata przed pandemią. Horngacher twardą ręką trzyma też niemieckich skoczków, co widać było w Wiśle, gdy nie chciał, by ci rozmawiali z zagranicznymi mediami. 

Reprezentacja Polski zagra w środę na Stadionie Śląskim z Holandią (g.20.45) w ramach Ligi Narodów. Dla piłkarzy trenera Jerzego Brzęczka ma być to okazja na zatarcie fatalnego obrazu po niedzielnym meczu z Włochami (0:2).
 - Mamy takie możliwości jakie mamy i z tego staramy się wyciągnąć maksimum. To rzecz jasna nie oznacza, że jestem nieomylny. Z zadań, jakie przede mną postawiono na razie się wywiązuję - mówił we wtorek w Chorzowie Brzęczek. Spotkaniem z Holandią kadra zakończy reprezentacyjny sezon.
Wielkie zmiany w reprezentacji Polski! Odchodzi kluczowa postać sztabu. Łukasz Piszczek w nowej roli!

Austria bierze przykład z Niemców. Polska ma swoje wytyczne

Po serii zakażeń w reprezentacji Austrii, w której zachorowały największe gwiazdy (Stefan Kraft, Gregor Schlierenzauer, Philipp Aschenwald, Michael Hayboeck oraz trenerzy Andreas Widhoelzl i Robert Treitinger), dyrektor sportowy austriackich skoków narciarskich Mario Stecher stwierdził, że jego zespół robił błąd, używając do tej pory zwykłych bawełnianych maseczek, bo te nie dają dużego zabezpieczenia przed zakażeniem. - Jedną z najważniejszych kwestii, które stały się dla nas jasne, jest to, że musimy cały czas nosić maski FFP2. W Wiśle nosiliśmy maski z tkanin - powiedział w sobotę w wywiadzie dla  austriackiej agencji prasowej. 

Po dochodzeniu przeprowadzonym przez związek stało się jasne, że do zakażenia nie doszło raczej w Wiśle, a prawdopodobnie w czasie podróży do Polski (kadra spędziła w busach około 8-9 godzin. Później Austriacy zamieszkali w wynajętych przez siebie mieszkaniach). Na moment zarażenia wskazuje okres wylęgania się wirusa. Dyrektor stwierdził również, że od powrotu do Pucharu Świata ich federacja powinna już stosować lepsze maseczki, czyli FFP2. I to nie tylko w zamkniętych pomieszczeniach, w których spędzali więcej niż 15 minut, jak było dotychczas, a także na otwartych przestrzeniach i w busach, którymi jeździ się na zawody. W Kuusamo rezerwowa kadra nosiła już maski FFP2. 

Kwestia maseczek była poruszana też przez PZN i w porozumieniu z lekarzami stwierdzono, że na skoczni nie ma potrzeby korzystania z maseczek z filtrami. Co innego w czasie np. lotu samolotem. - Wszystkie grupy są wyposażone w maseczki jednego i drugiego typu. Te z filtrami sugerowane są w czasie dłuższych podróży. Te zwykłe chirurgiczne preferowane są przez zawodników w czasie zawodów, gdy muszą je często zmieniać. Są też nieco wygodniejsze w sytuacji, gdy zawodnik np. się rozgrzewa czy trenuje. Do tego dystans i dezynfekcja. I tego trzeba pilnować - mówi członek Komisji Medycznej FIS.

Świat skoków przystosował się do pandemii. Wielkie poczucie odpowiedzialności

Już przed letnim Grand Prix w skokach narciarskich w Wiśle opracowywano wstępne procedury pod kątem zimy. Zdecydowano, że każdy skoczek po wyjściu z szatni musi mieć już założoną maseczkę chirurgiczną. I musi ona znajdować się na jego twarzy aż do momentu, gdy zawodnik nie stanie do kontroli sprzętu na górze rozbiegu. Dopiero tuż przed miejscem kontroli stoi kosz, do którego można wyrzucić maski. A gdy zawodnik odda skok, to na dole skoczni już czekają na niego zupełnie nowe maseczki przygotowane przez organizatora. Wyjątek w noszeniu maseczek jest jeden. Można je zdjąć w sytuacji, gdy skoczek lub drużyna staną na podium, bo chwilę później następuje krótka sesja fotograficzna. To właśnie wtedy maseczka może na chwilę zjechać z twarzy. - Jeśli popatrzymy na organizację zawodów w Wiśle, to mogę powiedzieć, że poczucie odpowiedzialności wśród ludzi, którzy znajdują się na skoczni, jest naprawdę na wysokim i satysfakcjonującym poziomie. Zdarzają się uchybienia, ale po to jesteśmy my, żeby przypominać zawodnikom czy trenerom o maseczkach, gdy ci są rozemocjonowani i w ferworze walki. Maseczki są wszędzie porozkładane i po prostu o tym przypominamy. Mogę stwierdzić, że maseczki są cały czas zabierane i szybko znikają - dodaje dr Szymanik.

Zgodnie z polskimi przepisami, reprezentacje nie musiały wykonywać testów przed przyjazdem do naszego kraju. Około 100 osób zdecydowało się jednak na wykonanie testów na skoczni, które pozwoliły im na wyjazd do Finlandii. Polskie testy przyniosły tylko jeden pozytywny wynik, Rosjanina Michaila Maksimoczkina. Wiadomość o pozytywnym wyniku zastała ich już w Słowenii. - Wydaliśmy zalecenie, żeby ekipy nie mieszały się choćby w trakcie podroży, w busie. Jeśli ktoś jedzie - dajmy na to - zielonym busem, to niech go nie zmienia. Ważne, żeby wszyscy siedzieli przy tych samych stołach, czy w tych samych składach mieszkali w pokojach hotelowych. Chodzi o to, że jeśli potem pojawi się wirus, to żeby nie cierpiał na tym cały Puchar Świata, a żeby odizolować jakąś część osób, które mogły mieć ze sobą największy kontakt - twierdzi Szymanik.

Wspólny transport to większe szanse rozprowadzenia wirusa?

Większość drużyn podróżuje na zawody wspólnym czarterem. Pojawia się więc pytanie, czy samolot to nie jest miejsce, w którym łatwo o zakażenie, jeśli pojawi się w nim ktoś chory? O ile na skoczni na pewno trudniej się zarazić, bo kontakt ograniczony jest do minimum, to już w samolocie czy na lotnisku drużyny spędzają ze sobą bardzo dużo czasu, a w opracowaniach medycznych samolot pojawia się jako miejsce, w którym dość łatwo o zakażenie.

- Myślę, że to dobry pomysł, by cała grupa podróżowała jednym transportem. Rozmawialiśmy o tym z ekspertami z sanepidu i wszyscy byli zdania, że lepsze jest to, by grupa podróżowała zwartym transportem niż pozwalać na tzw. transport kombinowany, by każdy z osobna dostawał się na miejsce zawodów na własną rękę. Mimo wszystko zwiększa to ryzyko przebywania w miejscach, gdzie można się zarazić. Idealnego rozwiązania jednak nie ma - kończy dr Stanisław Szymanik.