Kamil Stoch gotowy na nietypowy sezon. "Sytuacja jest wyjątkowa. Cel uświęca środki"

- Wiem, do jakiego poziomu chcę dojść i po prostu pracuję. Poza tym skoki nadal mnie cieszą. Zwłaszcza te bardzo dobre skoki. Kiedy takie oddaję na treningach, to wtedy nic innego nie jest mi potrzebne do szczęścia - mówi w rozmowie ze Sport.pl Kamil Stoch, który już wkrótce zacznie swój 18. sezon w Pucharze Świata. Na pytanie, czy były ostatnio skoki dające wielką radość odpowiada, że tak. 33-latek mówi też, jaka skocznia mogłaby nosić imię Kamila Stocha i dlaczego mógłby się na to zgodzić.

Kamil Stoch za kilka tygodni rozpocznie walkę w kolejnym sezonie Pucharu Świata, a już na początku grudnia będzie miał okazję walczyć o ostatnie brakujące trofeum w karierze - złoty medal mistrzostw świata w lotach w Planicy. Gdyby go zdobył, to przeszedłby do historii jako drugi skoczek po Mattim Nykanenie, który w skokach wygrał absolutnie wszystko. 

Zobacz wideo Dawid Kubacki o problemach na tym etapie przygotowań

W rozmowie ze Sport.pl trzykrotny mistrz olimpijski mówi o nadchodzącym, nietypowym sezonie i związanym z tym wyzwaniach. Mówi także o tym, co na skoczni daje mu pełne szczęście i jakie skoki oddawał w ostatnim czasie. Skoczek opowiada także mało znaną historię niebezpiecznej sytuacji w Ramsau, w której oddał skok "bez nart".

Piotr Majchrzak: Muszę od tego zacząć, bo w obliczu pandemii Twoje przeziębienie urosło niemal do sprawy narodowej: jak się czujesz?

Kamil Stoch: Czuję się dobrze. Mogę powiedzieć, że z dnia na dzień jest coraz lepiej. Już trenuję, wszystko wraca do normy.

Nie chcę Cię pytać, jak widzisz sezon w pandemii, bo to zmienia się z dnia na dzień, ale zapytam tak: kiedy ostatni raz jechałeś samochodem do Kuusamo?

- Wydaje mi się, że nigdy.

Pamiętam, że w czasach świetności Adama Małysza to była norma.

- Tak, ja pamiętam te czasy, gdy jeździło się samochodami. Wiem, że dwa razy miałem jechać do Kuusamo samochodem na Puchar Kontynentalny, ale coś wypadło i ostatecznie ani razu nie miałem takiej możliwości.

W tym roku są plany, by kadra dotarła do Finlandii samochodem i promem. Może to być dla Was jakimś problemem? Czy na początku sezonu wszyscy mają dużo sił i głód rywalizacji?

- Cel uświęca środki. Sytuacja jest wyjątkowa. Szczerze mówiąc, to wolę jechać samochodem niż nie jechać w ogóle. Wiadomo też, że dzisiaj to nie są samochody, jakie były 20 lat temu. Nie mamy drewnianych ławek (śmiech). Dzisiaj mamy naprawdę bardzo dobre i komfortowe auta i myślę, że to wszystko jest do przeżycia i zaplanowania.

Narzekasz trochę, gdy wszyscy wypominają Twój wiek i pytają o koniec kariery, a może teraz właśnie doświadczenie jest dla Ciebie kluczowe? W poprzednim sezonie wygrałeś w Engelbergu, w Zakopanem i w Lillehammer oraz byłeś na podium jeszcze np. w Willingen. Były to konkursy o największym ładunku emocjonalnym: przez bardzo złe warunki czy przez wyjątkową oprawę jak w Zakopanem. Pokazujesz, że Ty to wszystko już przeżyłeś i odnajdujesz się w tym, bo byłeś już w takich sytuacjach i wiesz co robić?

- Uważam, że doświadczenie pomagało mi w wielu konkursach w poprzednim sezonie. Inaczej też podchodzę do samych treningów. Nie przejmuje się już jakimiś niepowodzeniami. Mam swoje cele, do których zmierzam. Wiem, do jakiego poziomu chcę dojść i po prostu sobie pracuję. Poza tym skoki nadal mnie cieszą. Zwłaszcza te bardzo dobre skoki. Kiedy takie oddaję na treningach, to wtedy nic innego nie jest mi potrzebne do szczęścia. To jest taki wyznacznik.

Dużo takich dobrych skoków było w ostatnim czasie?

- Tak. Choć może powiem, że umiarkowanie, żebym nie popadł w jakiś samozachwyt. Było ich jednak na tyle dużo, żebym czuł, że nadal się rozwijam i wciąż jest mnie na coś stać.

Jak ważną rolę w procesie treningowym odgrywa Twoim zdaniem profesor Harald Pernistch (specjalista przygotowania fizycznego)? To klucz do odpowiedniego dostosowania treningu, minimalizowania urazów i przedłużenia żywotności skoczka?

- Ja bym powiedział, że jest to jeden z bardzo ważnych trybów w całej machinie. Sam Harald Pernitsch nie zrobi wyniku, choćby nie wiem co. Najważniejszą rolę odgrywają tutaj zawodnicy, którzy muszą uwierzyć, że praca przyniesie oczekiwany efekt. Są też trenerzy, którzy muszą wszystko poustawiać technicznie. Wiem i czuję to, że mamy bardzo dobrze poukładane zadania dla trenerów i każdego członka sztabu. Wiemy też, jakim potencjałem dysponujemy jako grupa.

W poprzednim sezonie długo szukałeś dobrych skoków, choć ja usłyszałem od jednej osoby, która jest blisko kadry, że "Kamil wie, co robi, podświadomie wie, że najważniejszy jest koniec marca i mistrzostwa świata w lotach. On doskonale zna swój organizm. Wie, kiedy musi się rozpędzić". Teraz tego czasu na rozpędzenie nie ma zbyt dużo, bo już w połowie grudnia mistrzostwa w Planicy.

- To nie jest powiedziane, że na przykład ostatnie tygodnie przygotowań trzeba teraz potraktować z większym impetem. Wierzę w plan treningowy. Ufam, że to wszystko, co zostało przygotowane przez sztab w ścisłej współpracy z Haraldem Pernitschem, zostało zrobione w ten sposób, że już od startu będziemy przygotowani na sto procent możliwości. Ja tak do tego podchodzę. Psychicznie nie mogę zmienić swojego myślenia, że na przykład muszę się bardziej napędzić. Myślę, że cała filozofia polega na tym, że trzeba mieć pełne zaufanie do procesu przygotowawczego.

Zmierzałem bardziej do tego, że zwykle pierwsze konkursy u wielu skoczków to dość spore wahania formy i dopiero koło Engelbergu widzieliśmy równiejsze skoki, bo pierwszym poważnym testem był zawsze Turniej Czterech Skoczni. A teraz sytuacja się zmienia.

- Owszem, ale to wynikało z tego, że mistrzostwa świata były w środku sezonu. Turniej był takim pierwszym wyzwaniem i to ta impreza pokazywała, kto jest w jakiej formie. Tylko że ja nie podejdę inaczej do sezonu. Zawsze staram się być przygotowany. Myślę, że wszystko będzie tak jak trzeba i ktoś to już za mnie przemyślał.

Już dziesięć lat z rzędu wygrywasz co najmniej jeden konkurs, to absolutny rekord w historii Pucharu Świata. Co pcha Cię do kolejnych sukcesów, a konkretnie do pracy, która potem może je dać? Robert Lewandowski stwierdził ostatnio, że nie myśli o golach, które zdobył, ale myśli o tych, które są jeszcze przed nim.

- Mam bardzo podobnie, to dobra filozofia. Niezbyt oryginalna (śmiech), ale dobre jest patrzenie tylko do przodu. Wspominam pewne rzeczy tylko jak ktoś mi coś przypomni albo sam mam jakąś niezwykłą okazję. To jest oczywiście bardzo miłe, ale nie rozpamiętuję tego i nie żyję tym, co było. Myślę o tym, co przede mną, co jeszcze można zdobyć i co zrobić, żeby być jeszcze lepszym.

Teraz imponujesz spokojem, a gdy byłeś dzieckiem, to zdarzało ci się rzucić nartami lub kaskiem po nieudanym skoku.

- Aż tak źle to chyba ze mną nie było, bo tego sprzętu nie było na pęczki. Trzeba było uważać, żeby nie zniszczyć tego, co się ma (śmiech). Ale tutaj doświadczenie też odgrywa dużą rolę. Trzeba sobie wyrobić pewne nawyki i schematy, które działają. Nauczyłem się też, że więcej osiągnę spokojem.

Dzieci to odpowiedzialność, szczególnie w dość ekstremalnym sporcie. Nie wiem, czy to prawda, ale kiedyś słyszałem mało znaną historię o obozie w Ramsau, gdy byłeś bardzo młodym skoczkiem. Wiesz, o czym mówię?

- Tak zwany skok bez nart?

Co tam się wydarzyło?

- To było tak, że byłem bardzo niskim i drobnym dzieckiem. Musiałem sam przełożyć belkę startową, ale nie mogłem jej udźwignąć. Musiałem sobie nieco pomóc, żeby zrobić taką przeciwwagę. Jedną nogę postawiłem na rozbiegu, a tam obok torów ceramicznych był położony igelit. No i stanąłem jedną nogą na ten igelit i w momencie, gdy belkę miałem już nad głową, to noga mi ujechała i pojechałem w dół na czterech literach. Choć robiłem co mogłem, to trudno się złapać igelitu. Przy dojeździe do progu przyjąłem pozycję siedzącą i zeskoczyłem z rozbiegu.

Słyszałem, że najbardziej przerażony był Apoloniusz Tajner, który był tam z kadrą seniorów. Od razu popędził z wieży trenerskiej, by sprawdzić, czy wszystko jest okej, bo próg jest tam wysoki.

- To było już dosyć dawno, ale pamiętam, że trochę odpocząłem i jeszcze w ten sam dzień oddałem skok. Tak coś mi się kojarzy. Z mojego punktu widzenia nie było to bardzo ekstremalne, ale nie wiem jak z perspektywy trenerów, którzy stali na wieży i patrzyli na to z boku.

Wiadomo, że dla dorosłych to większy strach i jakaś odpowiedzialność. Też to czułeś, będąc niedawno w roli trenera na zgrupowaniu Twojego klubu Eve-nement w Predazzo?

- Trochę tak. Chociaż muszę powiedzieć, że pełniłem funkcję trenera dla zawodników może nie najbardziej doświadczonych, ale dla takich już bardziej świadomych. Na skoczni 60-metrowej zawodnicy mają już jakieś umiejętności. Może nie są bardzo doświadczeni, ale wiedzą co i jak. Oczywiście zdarzało się, że zawodnik popełnił błąd i na przykład nie napiął nóg w powietrzu, przez co prawie wykręcił salto w powietrzu. Ale to są sporadyczne sytuacje.

W środowisku masz opinię zawodnika, który łatwo i szybko potrafi przełożyć uwagi trenerów na swoje skoki. A co wyciągnąłeś dla siebie stojąc po drugiej stronie, w gnieździe trenerskim?

- Było to niesamowite doświadczenie. Samo patrzenie z boku i wyciąganie wniosków było bardzo ciekawe, a potem trzeba się było zastanowić, jakie uwagi przekazać zawodnikowi, żeby on po pierwsze zrozumiał, a potem to jeszcze wykonał. Dla mnie jako zawodnika było to takie uświadomienie, że mój trener kadrowy też musi myśleć, co powiedzieć, żebym to odpowiednio wykonał. To mi dało zupełnie inną optykę na skoki.

Jak oceniasz sytuację w polskich skokach? Kilka lat temu nie było różowo, w mistrzostwach kraju skakało po 35 skoczków, ale ostatnie lata Waszych sukcesów znowu pomogły dyscyplinie. Pokazała to liczba skoczków w mistrzostwach Polski w Szczyrku, bo pierwszy raz od dawna potrzebne były kwalifikacje. A co Twoim zdaniem jest obecnie największym wyzwaniem dla tej dyscypliny w Polsce?

- Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony patrząc na listę startową. Było naprawdę dużo zawodników, a to oznacza, że jest z czego wybierać i jest szansa, że z tej grupy wyłoni się więcej talentów. Wiadomo, że chciałoby się, żeby juniorzy wygrywali mistrzostwa świata juniorów i Puchary Kontynentalne, żeby było zaplecze i wszystko było piękne. Z drugiej strony ja nigdy nie zdobyłem złota indywidualnych mistrzostw świata juniorów. Raz byłem bardzo blisko, ale nie udało mi się tego dokonać. Znam też wielu mistrzów świata juniorów, którzy zapowiadali się na wielkie gwiazdy i kompletnie nie poradzili sobie w seniorskim skakaniu. U niektórych talent objawia się wcześniej, u niektórych później. I o obie grupy trzeba zadbać. Tutaj trzeba cierpliwości. Mamy dobry system, który wyklarował się w ostatnich latach. Ważne, żeby też trenerzy o tym wiedzieli, zwłaszcza ci młodzi. Dobrze, żeby każdy szedł jedną myślą szkoleniową, bo przecież wszyscy walczą o to samo. Wydaje mi się, że za kilka lat na pewno będziemy mieć tego efekty. Jeśli popatrzymy na zawody Lotos Cup czy na rywalizacje okręgowe, to naprawdę nie mam obaw.

Wkrótce otwarcie kompleksu skoczni małych i średnich Krokwi w Zakopanem, to też powinno pomóc.

- Właśnie o tym też chciałem powiedzieć. To jest wielki plus, co prawda trochę późno, bo ten remont mógł być kilka lat temu, ale nie będę narzekał. Ważne, że to zostało zrobione. Będziemy mieli właściwie trzy ośrodki szkoleniowe w Polsce. Takie z prawdziwego zdarzenia. Te ośrodki będą mogły też ze sobą rywalizować, a zdrowa rywalizacja podnosi poziom. Dzięki takim kompleksom można też zachęcać dzieci do uprawiania skoków. Inaczej podejdzie dziecko, które widzi np. ruinę skoczni, a obok nowiutki Orlik. No to wiadomo, co wybierze.

Dużo się mówiło o ewentualnej zmianie nazwy kompleksu, by nosił on imię Kamila Stocha.

- Ten kompleks ma już nazwę i nosi imię Bronisława Czecha. Dlatego nie powinien zmieniać nazwy. Jeśli powstaną nowe obiekty, to jak najbardziej bym to przemyślał. A jeśli powstałaby skocznia mamucia, to już nie miałbym nic przeciwko (śmiech). Ale nie jestem za tym, by zmieniać już istniejącą nazwę. Tym bardziej że Bronisław Czech to też ikona sportu zimowego w Polsce i powinien być uhonorowany.

Poza kontuzją z 2015 roku i pojedynczymi odpuszczonymi konkursami w ostatnich 15 latach raczej nie miałeś okazji, żeby popatrzeć na skoki, siedząc przed telewizorem. Jak się czułeś, oglądając w ten sposób mistrzostwa kraju? Była sportowa złość, że nie skaczesz? A może stałeś się kibicem i miałeś swojego faworyta, jak ci wszyscy ludzie, którzy zwykle oglądają Ciebie?

- Jeśli chodzi o same mistrzostwa Polski, to w ostatnich latach często mi się zdarza, że jestem przeziębiony. Czasami na zimowe, a czasami na letnie zawody. Natomiast odnośnie do odczuć, to o to samo co ty pytała mnie żona. Trochę mi było żal, że mnie nie ma w Szczyrku i nie mogę rywalizować. Z drugiej strony raz na jakiś czas dobrze zobaczyć coś z innej perspektywy.

Pewnie z uwagą obserwowałeś zawodników z Eve-nementu? Kilku stanęło na starcie.

- Pewnie! Kibicowaliśmy z żoną. Może już się wdrażam w rolę kibica i też będę siedział w kapciach i oglądał skoki (śmiech). Patrzyliśmy, jak idzie naszym zawodnikom. Wszystko jest na dobrej drodze, by nasi podopieczni kiedyś reprezentowali nas na arenie międzynarodowej.

Wspominaliśmy Twoje początki, więc przypomnij proszę, kiedy przyszedł taki moment, w którym zdałeś sobie sprawę, że już sam sobie ze wszystkim radzisz? To było wtedy, gdy zrezygnowałeś z dalszej współpracy z psychologiem Kamilem Wódką?

- To jest dłuższy proces, zresztą cała współpraca z psychologiem na tym się opierała - wiedziałem, że kiedyś muszę pójść sam, by uwolnić się, wyjść spod tego klosza. Chciałem funkcjonować w tym świecie z wiedzą, którą nabyłem. Wydaje mi się też, że na tym to wszystko polega i zrobiliśmy to w idealnym momencie.

Czego ci życzyć na zimę, poza zdrowiem?

- Zdrowia, ale także odrobinę szczęścia. Szczęścia w ogólnym tego słowa znaczeniu. Żeby dopisywało organizatorom zarówno do pogody, jak i innych rzeczy, które się obecnie dzieją.

Tym bardziej że wydaje się, że to szczęście w poprzednim sezonie nie do końca ci wszystko oddało.

- Nie powiedziałbym tak. Uważam, że w moim życiu nic się nie dzieje bez przyczyny. Wszystko ma swój cel. Dlatego w żadnym stopniu nie czuje się oszukany czy niedowartościowany.

Ale było kilka takich sytuacji w poprzednim sezonie, że miałeś trochę dosyć swojego braku szczęścia. Jak choćby w Bad Mitterndorf, gdzie padło do kamery to słynne "No i co panie Borku?".

- To bardziej wynikało z emocji. Na mamutach jest zupełnie inaczej. Mamy ponad 100 km/h na rozbiegu, samo to się czuje już pod nartami. Chcesz lecieć 220-230 metrów, bo to ci daje dużą radość i pozytywny strzał adrenaliny. No a niekiedy skaczesz 130 metrów i wszystko z ciebie wychodzi. Czasami nie da się upilnować tych emocji. W całej karierze nie pamiętam chyba konkursu, w którym wszystko potoczyłoby się idealnie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie poszkodowany. Zawsze ktoś będzie myślał, że miał pecha. Ja też mogę sobie wyrzucać wiele sytuacji, gdzie byłem np. pokrzywdzony, ale sam też nie byłem bez winy. To są po prostu skoki i to w nich jest też, w jakiś sposób, piękne.