Najstraszniejszy wypadek polskiego skoczka w PŚ. Nagranie nadal mrozi krew w żyłach [WIDEO]

Dokładnie 18 lat temu na skoczni w Planicy doszło do koszmarnego upadku polskiego skoczka narciarskiego. Tomasz Pochwała do dziś może się zastanawiać, w jaki sposób uniknął poważniejszych obrażeń. Nagranie z tego zdarzenia nadal mrozi krew w żyłach.
Zobacz wideo

Polscy skoczkowie w ostatnich latach mają dużo szczęścia do bezpiecznego oddawania skoków. Upadki naszych gwiazd można policzyć na palcach jednej ręki. A wydarzenia takie, jak w Wiśle, gdy na początku sezonu mocno poturbował się Piotr Żyła, mogą być tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę.

Niestety, 22 marca 2002 roku, czyli dokładnie 18 lat temu, byliśmy świadkami prawdopodobnie najgorszego wypadku polskiego skoczka w Pucharze Świata. W czasie jednego z piątkowych treningów przed weekendem kończącym zimowe zmagania, koszmarny upadek zaliczył Tomasz Pochwała. 

Najgorszy wypadek Polaka w Pucharze Świata

Pochwała wysoko wyszedł z progu i agresywnie przyciągnął do siebie narty. Okazało się, że był to duży błąd. Po chwili wiatr porwał jego lewą nartę, a skoczek zaczął pikować w dół. Polak z wielkim impetem uderzył w zeskok, a siła uderzenia była tak duża, że odbiło go od śniegu, a Pochwała zrobił pełne salto w powietrzu. Na śnieg spadł kilkanaście metrów dalej, lądując głową na zeskoku. To nie był jednak koniec. Na wysokości punktu K znów podbiło go tak, że zrobił kolejne salto w powietrzu, a potem osunął się na dół zeskoku.

 

- Na pewno było tam trochę mojej winy. Poza tym swoje zrobił też wiatr. Do końca jednak nie wiem. Na pewno miałem kupę szczęścia. Podobne wypadki widziałem na bardzo małych skoczniach. Kiedyś na K-30 taki upadek miał mój kolega, któremu potem trzeba było usuwać śledzionę - mówił kilka lat temu w rozmowie z Onetem.

A w rozmowie z Super Expressem dodał: - Nadal zastanawiam się, jak mogłem z tego wyjść ze stosunkowo niewielkimi obrażeniami. Poza obtartą twarzą, naciągnięciami i potłuczeniami nic mi się nie stało. Inni miewali mniej szczęścia.

Załamanie po najlepszym sezonie w karierze

18-letni junior był dobrze zapowiadającym się skoczkiem narciarskim. W sezonie 2001/2002 skoczek cztery razy wchodził do drugiej serii zawodów PŚ i miał na swoim koncie 38 punktów. Niestety, pod koniec marca zdarzył się wypadek, który mógł zmienić jego karierę. Po wyleczeniu kontuzji Pochwała wrócił na start kolejnego sezonu, ale zapunktował tylko dwa razy. W pierwszym i trzecim konkursie sezonu. Później miał już nawet problemy nawet z wejściem do pięćdziesiątki. Pojawiły się także kolejne kontuzje, które zatrzymały jego rozwój. Były skoczek twierdzi, że upadek nie spowodował u niego blokady psychicznej. 

- Nie bałem się. Wróciłem do skakania i przez moment miałem nawet niezłe wyniki. Potem się pogubiłem z formą. Ale nie ma to, przynajmniej moim zdaniem, żadnego związku z tym, co się wydarzyło w Planicy. W głębi duszy nie czułem i nadal nie czuję, bym po upadku skakał bardziej asekuracyjnie i przekładało się to na gorsze rezultaty - mówił w rozmowie z "SE".

Kolejny błysk przy Horngacherze

Na kolejne dobre skoki musiał czekać do sezonu 2005/2006. To właśnie wtedy z kadrą B polskich skoczków pracował Stefan Horngacher, o którym nasi zawodnicy nadal wypowiadają się w samych superlatywach. Robert Mateja również twierdzi, że to właśnie za kadencji Horngachera poprawił wiele rzeczy i skakało mu się bardzo dobrze. Pochwała zaś w Pucharze Kontynentalnym punktował w ośmiu konkursach i zdobył 99 punktów. Niestety, po odejściu Austriaka było już dużo gorzej, a w sezonie 2008/2009 Pochwała rozpoczął starty w kombinacji norweskiej. 23 stycznia 2010 roku w Schonach zdobył nawet historyczne punkty w Pucharze Świata, gdy zajął 24. miejsce. Był wówczas jednym Polakiem, któremu udała się ta sztuka na przestrzeni ostatnich 16 lat.

Tomasz Pochwała po sezonie 2012/13 zakończył sportową karierę, a rok później PZN przyznał mu rolę trenera kadry juniorskiej w kombinacji norweskiej, zaś w kwietniu 2019 roku został głównym trenerem kadry narodowej i zastąpił na tym stanowisku Danny'ego Winkelmanna.