Najlepszy konkurs skoków w historii Pucharu Świata? Wybierali miss i alkohole, a później odlecieli

Równo 15 lat temu, 20 marca 2005 roku, w Planicy odbył się prawdopodobnie najlepszy konkurs Pucharu Świata w historii. - Przepiękny był. I bardzo niebezpieczny. A kilka lat później byłem zszokowany, gdy się dowiedziałem, że Janne Ahonen latał na bani. I Bjoern Einar Romoeren też - mówi Adam Małysz.

To był ostatni dzień sezonu 2004/2005. Na drewnianej tablicy pod Letalnicą wisiało nazwisko nieoficjalnego rekordzisty świata w długości lotu narciarskiego - "Matti Hautamaeki, 231 m". I nagle organizatorzy z tą tablicą przegrali. Nie nadążyli z nanoszeniem na nią nowych danych, bo w jedno przedpołudnie rekord pobito cztery razy.

Zobacz wideo Adama Małysza bolały żołądek i serce, gdy Dawid Kubacki walczył o wygranie Turnieju Czterech Skoczni

Małysz: strasznie zły byłem, bo mi belkę obniżali

Wyjściowe 231 m Hautamaekiego to wynik z marca 2003 roku. Wtedy rekord też był bity cztery razy, ale w ciągu trzech dni, a nie trzech godzin. 20 marca 2003 roku Adam Małysz poleciał 225 m, a Hautamaeki poprawił to na 227,5 m. 22 marca Fin poleciał 228,5 m, a kolejnego dnia - 231 metrów.

- Strasznie zły byłem wtedy. Miałem pecha. Hautamaeki zawsze jechał przed mną i zawsze - kurczę - mi przez niego obniżali belkę! Też chciałem skończyć rekord, ale nie szło tego zrobić - wspomina Małysz.

Wtedy jury rzeczywiście pilnowało, by najlepszy skoczek świata nie zrobił sobie krzywdy. Gdy Hautamaeki poleciał 227,5 m ruszając z 10. belki, to Małysz musiał jechać z belki numer 8. I tak uzyskał świetne 222,5 m. Niższa o 3 km prędkość na progu nie pozwoliła na więcej (Hautamaeki 103,4 km/h - Małysz 100,4). Kiedy Fin poprawił rekord na 228,5 m, ruszał z belki numer 5, a Polak jechał z czwórki i doleciał do 225. metra (prędkości: 99,3 km/h i 98,1 km/h). Wtedy jury miało pole manewru, bo wszystko działo się w seriach niekonkursowych - w próbnej oraz w kwalifikacjach, z których czołówka była zwolniona i skakała tylko treningowo. Natomiast 20 marca 2005 roku bitwa na rekordy rozgorzała w konkursie. Wówczas nie istniały jeszcze przeliczniki punktów za wiatr i długość rozbiegu. Wobec tego każda zmiana belki startowej skutkowała unieważnieniem i restartem serii konkursowej.

- Pamiętam, że wszyscy byliśmy zdziwieni, że jury tego nie zrobiło - mówi Małysz. - Od pewnego momentu warunki wietrzne były bardzo dobre, a my mieliśmy za duże prędkości [po 104 km/h]. W efekcie każdy kto siadał na belce, myślał o pobiciu rekordu świata - komentował tuż po konkursie Ahonen.

Ahonen? Żaden kryształ

Fin poleciał najdalej - 240 metrów. Ale skoku nie ustał. Lądował rozpaczliwie, z dużej wysokości, ewidentnie bojąc się, że uzyskana prędkość zaniesie go jeszcze dalej, może nawet na 250. metr.

 

Przez upadek złamał uszkodzone już we wcześniej fazie sezonu żebro. Podejrzewano również, że ma pękniętą kość ogonową. - Nie pojechałem do szpitala, bo ważniejsze było dla mnie odebranie Kryształowej Kuli - tłumaczył dziennikarzom bardzo zaskoczonym, że mimo naprawdę poważnie wyglądającego upadku nie pojechał się zbadać.

Cztery i pół roku później Ahonen zdradził prawdziwe powody swojego zachowania.

"Wypiliśmy z chłopakami skrzynkę piwa w pokoju hotelowym. Później postanowiliśmy udać się w miasto. Odwiedziliśmy w Krajnskiej Gorze wszystkie możliwe knajpy. Rano, po powrocie do hotelu, wyszedłem na balkon i zapaliłem papierosa. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jaki byłem głupi. Powiedziałem do kolegów, że za chwilę będziemy startować na największej skoczni świata. Żałowaliśmy tego, co zrobiliśmy i zastanawialiśmy się, w jaki sposób powinniśmy to wyjaśnić" - napisał Ahonen w swojej biografii.

"Królewskiego Orła" prezentował w Helsinkach w sierpniu 2009 roku. "Było mi niedobrze, bolało mnie całe ciało. Przez kaca nie mogłem się skoncentrować. Nie poszedłem na rozgrzewkę przed konkursem, gdyż bałem się konfrontacji z trenerem. Zionęło ode mnie alkoholem, nie chciałem, żeby w ten sposób dowiedział się co się stało" - to dalsza część prawdy o wydarzeniach niezapomnianego konkursu w Planicy. I jeszcze kilka słów o tym, co się działo tuż po upadku. "Pamiętam, że kiedy podbiegł do mnie personel medyczny, próbowałem go odpędzić i starałem się uciec. Odmówiłem odwiezienia do szpitala, ponieważ obawiałem się badania krwi. Nie chciałem, żeby wszyscy dowiedzieli się, ile mam promili we krwi. Było mi strasznie głupio" - wyznawał Ahonen.

Na promocji jego książki zjawili się dziennikarze nie tylko z Finlandii. Norwegowie pytali, czy w nocy przed finałem sezonu imprezowali wyłącznie Finowie.

- Widziałem też zawodników innych reprezentacji - odpowiadał Ahonen.

- Czy byli wśród nich Norwegowie? - dopytywali norwescy dziennikarze.

- Tego sobie nie przypominam - stwierdził Fin, po czym zaczął się śmiać.

Słońce, wybory miss i coś jeszcze? Co pomogło Romoerenowi

Kilka minut przed upadkiem Ahonena rekordowe 239 metrów uzyskał Bjoern Einar Romoeren. Wylądował - jak na tę niewyobrażalną wówczas odległość - bardzo pewnie.

 

Nigdy wcześniej ani później Norweg nie cieszył się na skoczni tak bardzo, jak wtedy. To był jego drugi rekord świata jednego dnia! Tamta niedziela najpierw przyniosła 231 metra Tommy'ego Ingebrigtsena w serii próbnej. Czyli mieliśmy wyrównanie rekordu Hautamaekiego z 2003 roku. Za chwilę Romoeren poprawił wynik na 234,5 m. W pierwszej serii konkursu najbliżej nowego rekordu był Ahonen, który doleciał do 233,5 m. A na finałową walkę umówili się Romoerem i Hautamaeki. - Po pierwszej serii Matti do mnie podszedł i powiedział, że rekord musi być jego. No i skoczył 235,5. Ja jednak wolałem, żeby rekord należał do mnie, więc walnąłem 239 metrów - opowiadał później Romoeren.

W przypływie euforii Norweg zdradził dziennikarzom, że fantazja włączyła mu się dzięki temu, że wyjątkowo spędził noc poprzedzającą konkurs. - W sobotę byłem w jury wyborów miss Planicy. Widok pięknych kobiet tak mnie nakręcił, że w niedzielę odleciałem - opowiadał.

Wybory skończyły się po północy, a seria próbna zaczynała się już o godzinie 9. Czasu na sen i regenerację było mało. A ciekawe, czy po pracy w roli jurora Romoeren nie spotkał się jeszcze w knajpach Kranjskiej Gory z Huatamaekim, Ahonenem i innymi rywalami.

- Byłem w szoku, kiedy się dowiedziałem, że Ahonen skakał na bani. I Romoeren też. Szczerze: nigdy nie skoczyłem po alkoholu. Ja w ogóle od mocnego alkoholu zawsze stroniłem. Czasem po zawodach żeśmy poszli na piwo z trenerami. Ale wypijaliśmy po jednym i koniec - mówi nam Małysz.

- Nie wiem, czy kolegów poniosła wtedy fantazja, czy po prostu mieli więcej szczęścia do wiatru niż ja. Już nie pamiętam, w jakich warunkach skakałem - dodaje nasz mistrz. Małysz w końcówce sezonu 2004/2005 walczył o podium w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata (skończył na czwartym miejscu) i nawet o wygranie klasyfikacji lotów. W sobotnim konkursie był piąty, do najlepszego Hautamaekiego stracił bardzo niewiele, 8,5 pkt. W niedzielę "Orzeł z Wisły" był tylko 15. Z lotami na tylko 210 i 216 metrów.

To tylko powinno być wzięte w cudzysłów, bo Letalnica miała wtedy punkt K na 185. metrze i w normalnych okolicznościach 210 i 216 m dawałoby czołowe miejsce. Rozmiar skoczni w Planicy (HS) wynosił wtedy tylko 215 metrów. - Nie chce mi się gadać. To było szaleństwo. Całe szczęście, że nie mam złamanej ręki - mówił Ingebrigtsen. On był trzeci po pierwszej serii, a w drugiej upadł po lądowaniu na 236. metrze. Wspaniałe noszenie miała zwłaszcza najlepsza piątka po pierwszej serii. Szósty na półmetku Rok Benković wylądował na 226. metrze. Wyrównał rekord Słowenii, wysłuchał życzeń, jakie z okazji 19. urodzin zaśpiewał mu tłum zgromadzony pod Letalnicą, odebrał deskę snowboardową, którą dostał w prezencie. Minęły dwie i pół minuty, zanim wystartował następny zawodnik. Tym był Romoeren. Jeszcze zanim ruszył, komentujący konkurs w TVP Apoloniusz Tajner zauważył, że w dolinie mocniej zaczęło świecić słońce i warunki termiczne z bardzo dobrych zmieniły się na rewelacyjne. Efekt? 239 metrów Romoerena, po chwili 227,5 m przestraszonego, trochę pasywnego w locie Andreasa Widhoezla, za kolejny moment 236 m i upadek Ingebrigtsena, a następnie rekordowe, nieustane 240 metrów Ahonena. Dopiero wtedy jury naprawdę się wystraszyło. Roar Ljoekelsoey, który kończył konkurs, naczekał się na zielone światło. I bardzo się stresował. - Bałem się. Po wyjściu z progu chciałem lecieć jak najniżej nad skocznią - mówił później Norweg. W drugiej serii miał ósmy wynik, 224 metry nikogo nie rzuciły na kolana, ale z dobrymi notami i zapasem punktowym z pierwszej serii to wystarczyło do drugiego miejsca.

Nie było skoków krótszych niż na punkt K. Czy był drugi taki konkurs?

- Konkurs był bardzo niebezpieczny. Jury nie zareagowało, nie zdecydowało się na restart z niższej belki i dzięki temu zobaczyliśmy całe piękno naszego sportu - mówi Małysz. - Trochę szkoda, że mnie nie było w czołówce. Na pewno wpływ na moją słabszą końcówkę sezonu miało zamieszanie między ówczesnym prezesem Polskiego Związku Narciarskiego Pawłem Włodarczykiem, trenerem Heinzem Kuttinem i menedżerem Edim Federerem - dodaje nasz mistrz.

Kłótnie dotyczyły spraw finansowych, a za jakiś czas Włodarczyk przestał rządzić federacją. Generalnie tamta sprawa wielkiego wpływu na historię skoków na szczęście nie miała. Natomiast konkurs z Planicy sprzed 15 lat do dzisiaj może być uznawany za najlepszy w dziejach Pucharu Świata. Z 61 skoków wszystkie były na co najmniej punkt K. Innych takich zawodów chyba nie znajdziemy. Aż 54 loty były na co najmniej 200. metr. A to były jeszcze te czasy, gdy 200 metrów oznaczało prestiż, a nie - jak obecnie - granicę przyzwoitości.

Więcej o: