Asystent Doleżala zdradza, dlaczego polscy skoczkowie wrócili do wielkiej formy. "Nie jest tak, że ktoś zarwał noc"

- Grupa się cieszy, ale nie możemy odpłynąć, szampanów nie otwieramy, tylko pracujemy dalej - mówi Grzegorz Sobczyk, drugi trener kadry polskich skoczków. W sobotę w Klingenthal Piotr Żyła, Jakub Wolny, Kamil Stoch i Dawid Kubacki w świetnym stylu wygrali drużynówkę. Asystent Michała Doleżala w rozmowie ze Sport.pl opowiada, jak sztab postanowił skończyć testowanie kombinezonów i postawił na sprawdzone stroje. To też pomogło wygrać.
Zobacz wideo

Pierwsze zwycięstwo i trzecie podium - nieźle jak na fakt, że za nami dopiero sześć konkursów sezonu. Wygrana w Klingenthal przyszła w bardzo dobrym momencie. Bo podia były u siebie, w Wiśle, na inaugurację. A później przyszły gorsze starty w Kuusamo i w Niżnym Tagile. Tam w dwóch z trzech konkursów nie mieliśmy żadnego Polaka w czołowej dziesiątce.

W sobotę nasi skakali tak, że gdyby był to konkurs indywidualny, w Top 10 mielibyśmy Kubackiego na miejscu drugim, Żyłę na miejscu czwartym i Wolnego na siódmym. Stoch miał 13. notę. W sumie dało to naszej drużynie bardzo pewne zwycięstwo. Druga Austria była gorsza o 25 punktów, a trzecia Japonia aż o 57,7 pkt.

W niedzielę o godz. 16 konkurs indywidualny. Relacja na żywo na Sport.pl

Łukasz Jachimiak: Przed startem sezonu powiedziałeś mi tak: "Pewnie wystarczy, że będzie konkurs, w którym żaden z naszych zawodników nie wejdzie do pierwszej dziesiątki i już się zrobi nieprzyjemnie. Ale poradzimy sobie z tym, że ktoś nam będzie podcinał skrzydła. Nauczyliśmy się, jak działać i w takich momentach". Gratulacje - w sobotę w Klingenthal pięknie sobie poradziliście.

Grzegorz Sobczyk: Dziękuję bardzo. Najważniejsze było zachowanie spokoju. Kto oglądał poprzednie konkursy, ten wie, jaka była loteria. O drużynówce w Klingenthal też nie można powiedzieć, że była rozegrana w spokojnych warunkach. Tylko że teraz na loterii mieliśmy trochę więcej szczęścia. Jako trenerzy bardzo wierzyliśmy w to, co robiliśmy z zawodnikami przez kilka miesięcy. Wiedzieliśmy, jak dobrze oni są przygotowani. Potrzebowaliśmy tylko spokojnych zawodów, żeby to udowodnić.

Podkreślmy, że więcej szczęścia wcale nie znaczy, że naszym zawodnikom wiało mocno pod narty, a wszystkim innym w plecy. Tym razem praktycznie wszyscy mieli podmuchy z przodu, tylko nie wszyscy mocne. Ale Polacy, Austriacy i Japończycy, czyli ekipy z podium, skakali w warunkach w sumie bardzo podobnych.

- Faktycznie. Jesteśmy na dobrym poziomie i w końcu potrafiliśmy to pokazać. To ważne, że nie było jak w Niżnym Tagile, gdzie jeden za wiatr dostawał -18 pkt, a drugi jechał chwilę po nim i miał na przykład +4. Tam przy niskim rozbiegu ten co miał +4 nic nie mógł zrobić, nawet Superman by nie przeleciał buli. Tam było trudno normalnie rywalizować, a w Klingenthal całkiem sprawiedliwie nie było, ale dość równo. Właśnie takiego konkursu potrzebowaliśmy, żeby pokazać, w jakim miejscu jesteśmy.

Pomogły też czarne kombinezony? To prawda, że sztab szył je w nocy z czwartku na piątek?

- To nie jest tak, że my działamy w jakiś szalony sposób. Zawsze mamy ze sobą dużo kombinezonów. Na miejscu analizujemy sytuację i decydujemy, co wybrać. Na sobotę rzeczywiście wybraliśmy czarny materiał, więc Zbyszek Klimowski i Andrzej Zapotoczny musieli popracować nad kombinezonami. Ale nie jest powiedziane, że już teraz będziemy skakali tylko w tych czarnych. Nawet nie wiem, czy w niedzielę na nie postawimy. Trzeba wszystko obejrzeć, przeanalizować i dopiero działać.

Kuba Kot w studiu Eurosportu powiedział, że dostaliście belę nowego materiału i nawet Michał Doleżal szył do pierwszej w nocy.

- To nie jest tak. Bele materiału zawsze mamy w samochodzie, wszędzie je ze sobą wozimy. A Andrzej i Zbyszek rzeczywiście nocami nie śpią, żeby zrobić kombinezony po tym, jak już zdecydujemy, że chcemy nowe i z którego materiału. Nie jest tak, że ktoś przedwczoraj zarwał noc, żeby przywieźć materiał i ktoś później w panice szył. Materiały mamy od dawna przygotowane i spokojnie decydujemy czy już zmieniamy kombinezony, czy jeszcze nowych nie szyjemy.

Czyli bela materiału, z której zrobiliście czarne stroje w Klingenthal jest od Menningera (firma produkująca sprzęt dla skoczków narciarskich - red.)? To jest to, w czym skakaliście Wy i w czym skakali rywale, m.in. Norwegowie? Żadna supernowość?

- Tak, to jest ten materiał.

Dlaczego na te czarne, sprawdzone stroje nie stawialiście we wcześniejszych konkursach tego sezonu?

- Do głównych imprez jeszcze jest trochę czasu, więc ciągle się różne rzeczy testuje. Jeżeli się nie przetestuje w zawodach, to w życiu nie będziemy wiedzieli na pewno, który materiał jest dobry. W lecie nie da się wszystkiego sprawdzić, trzeba to robić zimą. A wiatr utrudnia sprawę. Zakłóca testy i kombinezonów, i nart, i zapięć, bo człowiek nie jest w stanie do końca ocenić czy zawodnik trochę gorzej skoczył, czy warunki były tak niekorzystne, że nie dało się odlecieć.

A propos wiązań, to Rass właśnie się chwali nowinką. Myślicie, że ktoś może na niej skorzystać tak jak Ammann na zakrzywionych wiązaniach na igrzyskach w Vancouver?

- Widzieliśmy te zdjęcia, ale nie dostaliśmy wiązań do ręki. I tak byśmy ich teraz, w zimie nie przetestowali. I podejrzewam, że nikt aż tak nie zaryzykuje. Ale fajnie, że następna firma wchodzi na rynek z zapięciami. To zwiększy ogólną jakość, będzie lepszy wybór.

Wróćmy jeszcze do kombinezonów - jeśli czarne wybierzecie też na niedzielę, to dostaną je również Maciej Kot i Klemens Murańka, czy zdążyliście przygotować kombinezony tylko dla czwórki zgłoszonej do drużynówki?

- Będziemy reagować, mamy czas. Naprawdę jeszcze nie wiemy, kto w czym będzie chciał skakać. Na przykład Dawid Kubacki w drużynówce w nowym kombinezonie skakał dopiero w drugiej serii. Pogadamy o odczuciach, zrobimy analizę i wtedy wszystko się okaże.

Nie ma w Was wielkiej radości, prawda? Czuje się, że Wam ulżyło. I właściwie tyle.

- Na pewno cała grupa się cieszy, ale wszyscy wiedzą, że jeszcze dużo pracy przed nami. To dopiero początek sezonu, nie możemy odpłynąć, na pewno szampanów nie otwieramy, tylko pracujemy dalej.