Trener kadry B wskazuje błędy swoich skoczków i dziwne zachowanie kontrolerów

Polscy skoczkowie z kadry B zawiedli w kwalifikacjach do konkursu indywidualnego w Wiśle.  Trener Maciej Maciusiak przeanalizował przyczyny tej porażki i zawodnicy są już po analize błędów i porannym treningu. Szkoleniowca nadal bardzo dziwi  też dyskwalifikacja Pilcha oraz zestresowanie Andrzeja Stękały przez kontrolera na rozbiegu. - W pewnym momencie pomyślałem, że został zdyskwalifikowany - mówi. Brak awansu dla Murańki jest jednak zaskoczeniem nawet po analizie skoku.

Piotr Majchrzak: Trenerze, nie był to udany początek sezonu. W konkursie ma pan dwóch z pięciu skoczków. W piątek na skoczni był pan trochę zły i skołowany. Pojawiła się również krytyka. Dobrze pan spał?

Maciej Maciusiak (trener kadry B): - Krytyka się również należy. Sami jesteśmy źli na to, jak to wszystko się potoczyło. Nie prezentowaliśmy odpowiedniej dyspozycji. Wiadomo, że ja za to odpowiadam. Świat się jednak nie kończy, to dopiero pierwsze zawody. 

Obejrzeliśmy właśnie trening kadry B. Nerwowych ruchów nie widać. Spokojna analiza skoków i dość szczegółowa kontrola pozycji najazdowej u skoczków, którzy w niedzielę powalczą w konkursie indywidualnym, czyli u Pawła Wąska i Aleksandra Zniszczoła. 

- Tak jest, chodzi przede wszystkim o złapanie lepszego czucia. Treningi i kwalifikacje nie były po naszej myśli. Przyjechaliśmy tutaj z innymi nadziejami, bo wiedzieliśmy, że jesteśmy dobrze przygotowani. Pojawiło się jednak więcej spięcia i nerwowości. Po analizie i rozmowie z zawodnikami postanowiliśmy, że zostaniemy jedną noc więcej i chłopaki zrobią jeszcze jeden trening. Walczymy dalej, bo to była niemiła niespodzianka. W konkursie został Paweł i Olek. Nie skoczyli najlepiej, ale wiemy, gdzie tkwił błąd.

Na porannym treningu widać było, że skupiliście się na stabilizacji pozycji dojazdowej i odpowiednim wyjściu z progu. 

-  Zdradzę może, że u niektórych spięcie pojawiło się naprawdę duże. Na przykład Andrzej Stękała się mocno zestresował, bo kontroler dwa razy wezwał go na kontrolę sprzętu tuż przed skokiem. Już zapinał narty po wyjściu z kontroli, ale musiał znowu wrócić. Paliło się już żółte światło, a jego nie było. Myślałem, że będzie dyskwalifikacja. Musiał poprawiać pasek (nieelastyczna taśma zapobiegająca obniżaniu kroku - przyp red.), choć krok się zgadzał. Andrzej Stękała sam też do końca nie wiedział o co chodzi. W sumie to w ogóle nie pamiętał skoku. To tylko świadczy o tym, że to napięcie było duże. Po Tomku i Kacprze nie spodziewaliśmy się wielkich cudów, bo wiemy jak teraz skaczą. Musieliby mieć dużo więcej szczęścia, żeby wejść do konkursu. Wiemy jakie były warunki, belka też poszła w dół.

Najbardziej zawiódł Klemens Murańka. Co się wydarzyło, bo Klimek skakał ostatnio najbardziej regularnie. 

- Szczerze mówiąc, to nie wiem skąd się wzięły u niego punkty minusowe za wiatr. Przeskoczył linię chyba ze cztery metry, dlatego to była taka troszkę dziwna sytuacji. Przyznam, że nawet po analizie skoku byłem zdziwiony, że to nie wystarczyło. Oczywiście metrów brakowało do tych najlepszych, ale sam awans powinien spokojnie być. Pokazywały to wszystkie poprzednie treningi. Myślę jednak, że jest w dobrej formie psychicznej. Rano była analiza na spokojnie i sam przyznał, że to dopiero początek zimy, a latem też w pierwszym konkursie nie wyszło bo został zdyskwalifikowany.

W piątek powiedział pan, że trzeba się przyjrzeć butom Tomasza Pilcha, bo dyskwalifikacja była dość dziwna, a wy również sprawdziliście wcześniej buty i wszystko się zgadzało. Już pan wszystko wie?

- Dalej nie wiem o co chodziło... Zaczęliśmy w piątek wieczorem mierzyć i każdemu, kto przychodził również dawaliśmy maszynkę. I było te pół centymetra różnicy od tego co zmierzył kontroler. W sobotę pójdziemy też do kontrolera Seppa Gratzera, żeby to dokładnie sprawdzić. Wiadomo, że maszynka jest tak zrobiona, że jak ktoś ją przyciśnie dwoma rękami to buty też są miękkie. Te pół centymetra zawsze można znaleźć.

Maciej Kot wyjaśnia jak mierzy się but skokowy. Za to można zostać zdyskwalifikowanym:

Zobacz wideo

A to nie jest tak, że FIS zobaczył, że Pilch nie ma szans wejść do konkursu i chcieli nam po prostu pogrozić palcem?

- Ja myślę, że po prostu chcieli się im przyjrzeć. Z tego co wiem, to kontrola była bardzo szczegółowa. Od kombinezonu przez ubranka pod kombinezon. Buty też były mierzone w różny sposób. Mierzyli nawet to, czego nie ma w przepisach. Może wcześniej ich nie widzieli i po prostu chcieli sobie wszystko sprawdzić. Zmierzono np. kat buta, choć tego nie ma w przepisach.

Muszę też zapytać o zeskok. Pojawiają się głosy, że to narażanie zawodników, ale wydaje się, że było zdecydowanie lepiej niż w poprzednich latach.

-Na miarę tej pogody myślę, że skocznia była bardzo dobrze przygotowana. Było 5 upadków i niektórzy skoczkowie mieli problemy, ale organizatorzy zrobili co mogli. Przed treningami zeskok wyglądał bardzo dobrze. Oczywiście to też są pierwsze skoki niektórych na śniegu. Najważniejsze było jednak to, że bezpieczeństwo skoczków nie było narażone.

Raczej to nie jest przypadek, że Lindvik upadł dwa razy, Markeng raz, ale trzy razy lądował bardzo źle. Może tu chodzi o umiejętności.

- To są dopiero pierwsze skoki, jeśli pojawi się jakaś mulda czy dziura to trzeba mocno uważać, bo nie jedzie się jak po stole. Wszystko zależy od samego zawodnika. Pojechaliśmy do Falun to Tomek Pilch jako jedyny upadał w dwóch pierwszych skokach. Trzeba po prostu uważać.