Puchar Świata w skokach już za miesiąc. W Wiśle robią śnieg za 100 tysięcy złotych

- Zaczęliśmy. Będziemy pracować dzień i noc przez około trzy tygodnie. Technologię mamy taką, że i w 20 stopniach Celsjusza jesteśmy w stanie naśnieżać skocznię - mówi Andrzej Wąsowicz, szef komitetu organizacyjnego Pucharu Świata w skokach w Wiśle. Inauguracja sezonu 22 listopada.

Ciepło, słonecznie, 18 stopni w cieniu - tak było w Wiśle w poniedziałek około godziny 15. Wtedy liczna ekipa z firmy Supersnow uporała się z rozłożeniem i podłączeniem aparatury dzięki której Wisła po raz trzeci z rzędu będzie pierwszą stacją Pucharu Świata. Zadanie trudne, ale już znane, wykonalne: trzeba wyprodukować tyle śniegu, żeby skocznia imienia Adama Małysza w każdym miejscu zeskoku była pokryta 30-centrymetrową, ubitą warstwą.

Zobacz wideo poniżej, w którym Adam Małysz tłumaczy, czym polscy skoczkowie zaskoczą rywali w nadchodzącym sezonie:

Zobacz wideo

Duży zapas: śniegu i czasu

- Potrzebujemy 1800 metrów sześciennych, ale dla spokoju planujemy zrobić 2500 metrów. Chcemy mieć zapas, mimo że wiemy jak śnieg chronić przed niekorzystną pogodą - mówi w rozmowie ze Sport.pl Wąsowicz.

Szef PŚ w Wiśle znów zaczyna walkę z żywiołem rozpisaną co do minuty na kilkanaście najbliższych dób. - Liczę, że naśnieżanie skończymy w ciągu 14-18 dób. Na pewno chcemy mieć wszystko gotowe na tydzień przed pierwszymi skokami - mówi.

Treningi i kwalifikacje zaplanowano na piątek 22 listopada. W sobotę 23 listopada odbędzie się konkurs drużynowy, w niedzielę zobaczymy pierwsze w sezonie zawody indywidualne.

- Właśnie rozpoczęliśmy najtrudniejszą część przygotowań. Ale wiemy co i jak mamy robić. Na szczęście skocznia jest tak położona, że słońce na nią nie zagląda, więc warunki nam nie przeszkadzają nawet w środku dnia, gdy jest 18 stopni, jak w poniedziałek. Idealnie będzie rano, gdy będzie po siedem-osiem stopni. To najlepsza temperatura do produkowania śniegu - tłumaczy Wąsowicz.

Wisłę stać nawet na obniżkę

Produkcja kryształków lodu, które ratrak będzie rozprowadzał po skoczni, jest kosztowna. - Za sam prąd do maszyn rachunek wyniesie około 70 tysięcy. Jak dodamy zakwatarowanie i wyżywienie dużej ekipy pracującej na skoczni, to w sumie wyjdzie 100 tysięcy złotych - mówi nam zarządca obiektu w Wiśle-Malince.

Ale Wisłę na wydatki stać. W zeszłym roku na organizacji zawodów zarobiła tyle, że Wąsowicz postanowił obniżyć ceny biletów. Te nadal nie są najtańsze - kosztują od 60 do 180 złotych, ale zostało już tylko trochę ponad 500 sztuk na niedzielę. Sobotnią drużynówkę na pewno będzie oglądał komplet 7800 widzów.

Marzenie: nie bać się krytycznych uwag

Marzenie gospodarzy jest takie, by zawodnicy uniknęli przykrych upadków spowodowanych nierównościami na zeskoku. - Obserwuję prognozy i wiem, że jest szansa, że przed zawodami spadnie trochę prawdziwego śniegu. A jeszcze bardziej ufam swoim beskidzkim góralom, którzy mi mówią, że już na początku listopada powinno pośnieżyć. Byłoby świetnie, bo sztuczny śnieg zmieszany z naturalnym byłoby nam łatwiej rozprowadzić po skoczni i byłoby równiej. Ten który teraz zaczęliśmy robić nigdy nie będzie idealny, nie ma szans. Gdyby natura trochę pomogła, to nie bałbym się krytycznych uwag, że jest nierówno - mówi Wąsowicz.

Wyboisty zeskok to największy problem Wisły. Ale bywało, że gorzej wyglądał choćby zeskok na Bergisel w Innsbrucku, mimo że tam zawody rozgrywa się przecież w styczniu, a nie w listopadzie.

Tak naprawdę Wisła krytyki za bardzo się nie boi. Za poprzednią edycję PŚ dyrektor Walter Hofer dał jej wyróżnienie. Nowe, polskie miejsce inauguracji z każdym rokiem spisuje się coraz lepiej.

Po doświadczeniach z jesieni 2017 i jesieni 2018 roku w Wiśle nie ma już niepewności czy zawody uda się przeprowadzić. - W ubiegłym roku tak intensytnie padał deszcz, że wiele razy robiło mi się gorąco, bo bałem się, że śnieg nam za bardzo zmyje. Ale poradziliśmy sobie, a teraz mamy zabezpieczone jeszcze lepsze folie, którymi będzie okrywać śnieg i będziemy go jeszcze sprawniej rozprowadzać - zapewnia Wąsowicz.

Małysz naciska

"Jeszcze sprawniej" raczej nie znaczy aż tak sprawnie, by przed zawodami na obiekcie mogli potrenować nasi skoczkowie. - Adam Małysz [dyrektor PZN-u ds. skoków i kombinacji] na mnie naciska, ale staram się mu nie dawać wielkich nadziei. Jasne, dobrze jest przetestować skocznię, ale raczej będziemy spokojnie pracować, a skoczkowie naszych kadr przecież na tym nie ucierpią. Już teraz mają gdzie trenować, bo gotowe jest Zakopane z torami lodowymi i gotowy jest już również wyposażony w nie Szczyrk - kończy Wąsowicz.

Więcej o: