MŚ Seefeld. Będą nowe tory najazdowe na sobotni konkurs mikstów

FIS zdecydował, że w sobotę zostaną wycięte nowe tory najazdowe na skoczni w Seefeld. Te po sobotnich opadach nie nadawały się już do użytkowania, bo były zaklejone śniegiem. To pokazuje, w jakich warunkach odbyły się piątkowe zawody.

Nieustające opady deszczu, a potem także wielkie obfite opady śniegu sprawiły, że na skoczni w Seefeld oglądaliśmy jeden z najbardziej absurdalnych konkursów w ramach mistrzostw świata. Na początku tygodnia Łukasz Kruczek w luźnej rozmowie przyznał, że gdy w Seefeld zaczyna padać śnieg, to na tej skoczni dzieją się prawdziwe cyrki. Słowa byłego trenera polskiej drużyny okazały się prorocze, bo to co oglądaliśmy w piątek przeszło pojęcie wszystkich.

Będą nowe tory na sobotę

Warunki w piątek były tak złe, że zdecydowano o wycięciu nowych torów najazdowych na sobotni konkurs mikstów. - Na jutro mają być wycięte zupełnie nowe tory, pogoda też ma być lepsza. Dmuchawy na pewno nie roztapiały torów, ale problemem było to, że było ciepło i padał deszcz. Wczoraj te wycięte rowki były znakomite. Dzisiaj one były aż okrągłe. Co prawda porobiono w poprzek takie przecięcia, ale woda się tam gromadziła, czyli było jeszcze gorzej. Do tego w czasie konkursu zaczął padać mokry śnieg i po prostu kleił tory. Wszyscy mówili, że ich przytrzymywało na rozbiegu. Bardzo trudno jest się z tego odbić - analizuje Adam Małysz

Szczęście w pierwszej, pech w drugiej

Niemal wszyscy faworyci w pierwszej serii zostali puszczeni jak na stracenie. Prowadził Kobayashi, który miał dużo szczęścia do warunków w pierwszym skoku, a rekompensata punktowa była aż o 8 pkt. mniejsza niż u Kamila Stocha. Okazało się jednak, że prowadzenie było po pierwszej rundzie było pocałunkiem śmierci, bo w drugiej serii śnieg padał tak mocno, że po prostu zasypało tory najazdowe. 

Najlepiej pokazują to prędkości najazdowe, bo Kobayashi stracił do Dawida Kubackiego aż 2,7 km/h, przy czym należy zauważyć, że Kubacki to jeden z najszybszych na progu zawodników. Blisko trzy kilometry na godzinę mniej to jednak przepaść. Do Stocha stracił jednak aż 1,5 km/h, a Japończyk zwykle bywa od Polaka szybszy. To tylko pokazuje z czym skoczkowie musieli się zmagać w konkursie. 

Nie pomogły nawet dmuchawy gęsto ustawione na górze skoczni, bo tego śniegu po prostu nie dało się wydmuchać. - W drugiej serii warunki były stabilne, ale prędkość spadała. Gdyby jednak odwołali ten finał, to my byśmy chyba wybuchnęli. Byliśmy już tak źli... Po treningach byliśmy faworytami, a potem dostaliśmy taki cios. - dodaje Adam Małysz.  

Dlaczego nie przerwano zawodów?

Pod skocznią pojawiły się pytania, czy można było przerwać te zawody. Trenerzy jasno podkreślali, że konkurs w takich warunkach nie miał sensu. - Trenerzy i działacze, nie mają żadnego dostępu do jury, a to oni o tym decydują. Trudno nawet było cokolwiek zasugerować. Asystent delegata technicznego stoi na wieży trenerskiej i on słucha opinii. Ale to on musi coś zasugerować jury, nikt inny - dodaje Małysz.  

Inną bardzo ciekawą kwestią jest to, że przykładowo od Polski wymaga się montowania nowoczesnych torów najazdowych, które są sztucznie mrożone, a konkurs mistrzostw świata rozgrywa się na starych, zwykłych torach. W dodatku z progiem obciętym o pół metra. - Gdzieś przed laty troszkę zaniedbaliśmy to, że nie mamy swojego członka w member staff. Tam to wszystko się rozgrywa. Walter Hofer tylko wykonuje ich polecenia i musi się za to tłumaczyć, pisze raporty. On rządzi na skoczni, ale nad sobą ma także ludzi z dużo większą władzą - dodawał dyrektor polskich skoków.