PŚ w skokach. Stocha w spódnicy wciąż nie mamy, ale chcemy doskoczyć do świata

- Skoki kobiet się na świecie rozwijają, chcę spróbować zrobić tak, żeby w Polsce dziewczyny też prezentowały dobry poziom - mówi Marcin Bachleda, który jest trenerem juniorskiej kadry polskich skoczkiń. W ten weekend jego zawodniczki pokażą się w Lillehammer, na inauguracji Pucharu Świata. Cele? - Sam jestem ciekaw, jak będzie - zaskakuje prezes Apoloniusz Tajner.

W połowie listopada w Wiśle skoczkowie rozpoczęli 40. w historii sezon Pucharu Świata, a teraz w Lillehammer panie ruszają z ósmą odsłoną walki o Kryształową Kulę. Kto wie czy nie będzie to pierwsza edycja ze stałym udziałem Polek.

Puchar Świata w wersji kobiecej wykreował już wielkie gwiazdy. Największa, Japonka Sara Takanashi, wygrała go cztery razy, wszystkie sezony skończyła na podium w klasyfikacji generalnej, a w konkursach zebrała aż 55 zwycięstw.

Przez ten czas nasze zawodniczki uzbierały cztery punkty. Historyczne trzy zdobyła w lutym 2014 roku Magdalena Pałasz, zajmując 28. miejsce w Hinzenbach. Dwa lata później punkcik dorzuciła Kinga Rajda, zajmując 30. miejsce w Oberstdorfie.

Teraz 23-letniej Pałasz w kadrze już nie ma. Polski Związek Narciarski powołał tylko jedną drużynę – juniorek. Znalazły się w niej urodzone w 2000 roku Rajda i Joanna Kil oraz młodsze od nich o rok Kamila Karpiel i Anna Twardosz. Do Lillehammer trenerzy Marcin Bachleda i asystujący mu Sławomir Hankus zabrali Rajdę, Karpiel i Twardosz.

„Gdybym był trenerem, na pewno bym z nimi nie pojechał”

Co w Norwegii mogą osiągnąć Polki? W 62-osobowej stawce mogą okazać się tymi zawodniczkami, które nie przebrną przez kwalifikacje. Tak uczą doświadczenia z poprzednich zim. - Sam jestem ciekaw, jak będzie – mówi Apoloniusz Tajner. - Szkolimy je cały czas, ale trudno mi powiedzieć, jaki one prezentują poziom w stosunku do czołówki światowej. I nie wiem czy trenerzy potrafią to powiedzieć – dodaje prezes PZN-u.

- Chcę, żeby dziewczyny się uczyły, przyzwyczajały do wielkich zawodów, a o wyniku nie myślę – odpowiada trener Bachleda.

- Gdybym ja był trenerem, to na pewno bym z nimi na ten Puchar Świata nie pojechał. Byłem w zeszłym roku, wiem jak to wygląda. Moim zdaniem nie tędy droga. Trzeba zacząć od niższego pułapu i krok po kroku się piąć, a nie od razu jechać na zawody najwyższej rangi i później się cofać – mówi Krystian Długopolski. - Belki będą za nisko, żeby nasze dziewczyny mogły polecieć. Poza tym one nie mają ani jednego skoku na śniegu, a inne ekipy już sobie potrenowały w Norwegii. Nasze zawodniczki pojechały prosto na start, będzie im trudno – uzasadnia.

Trener bez doświadczenia, góry bez odważnych matek

Jeszcze wiosną były skoczek pracował z Kamilą Karpiel. Latem 2017 roku pod jego wodzą dziewczyna zdobyła Puchar Kontynentalny. O jego wychowance – w 2010 roku Długopolski znalazł ją w szkole i namówił do trenowania skoków – zrobiło się głośno. Stała się nadzieją na polskie sukcesy również w skokach kobiet.

W 2010 roku PZN powołał kadrę kobiet, a Długopolskiemu i Wojciechowi Tajnerowi zlecił opiekę nad wszystkimi zawodniczkami trenującymi w ich regionach, czyli odpowiednio w Tatrach i Beskidach. Dlaczego teraz na czele projektu stoją nie oni, tylko Bachleda? Były zawodnik po zakończeniu kariery był serwismenem w kadrze juniorów, później pracował jako asystent w kadrze B. – Dlaczego wybraliśmy Bachledę, który nie ma doświadczenia w pracy z kobietami? A kto je tak naprawdę ma? – pyta prezes Tajner. – Długopolski i Tajner? Myśmy rzeczywiście te dwie osoby wyznaczyli i dofinansowaliśmy ich wynagrodzenia, żeby zajęli się pracą z dziewczynami. Ale szło ciężko, bo nie ma w naszych górach tej tradycji, żeby dziewczyny skakały – odpowiada prezes. – U nas jest tak, że mamy się nie obawiają posyłać chłopców na skocznie. Rozumieją, że oni muszą się gdzieś wyżyć i do skoków oddają synów chętnie, bo w wielu rodzinach już jakiś mężczyzna skakał. Natomiast z naborem dziewczynek są problemy. Trenerzy mi sygnalizują, że czasem pracują z takimi dziewczynkami, które nie są najzdolniejsze, tylko po prostu są na skoki zdecydowane. Pocieszające jest to, że z czasem przybywa nam dziewczynek, które zaczynają skakać w wieku 7-8 lat. Do niedawna większość zaczynała mając 12, 13, a nawet 14 lat. To jest za późno na start – dodaje Tajner.

Za ciężkie nadzieje

Karpiel zaczęła skakać jako dziewięciolatka. Teraz ma dopiero 17 lat, a już mówi się o niej jak o niespełnionym talencie. To dlatego, że w dziewczynie, która osiągnęła cokolwiek od razu złożyliśmy wszystkie nasze nadzieje. – Latem 2017 roku nastąpił u niej wybuch formy, a często jest tak, że po gwałtownym wybuchu młody zawodnik szybko traci dyspozycję. Dużo czynników złożyło się na to, że forma Kamili w kilka tygodni spadła aż tak, że w sumie nie było sensu jechać na Puchar Świata [Karpiel pojechała na ubiegłoroczną inaugurację i odpadła w kwalifikacjach] – mówi Długopolski. – Przede wszystkim ona przytyła. Zwiększyła wagę swojego ciała o 10 procent, a jeżeli się w dużym stopniu zmienią proporcje ciała, to technika może się zatracić. Poza tym Kamila też za szybko uwierzyła, że będzie wielka. Wokół niej zrobiło się duże zainteresowanie, to jej nie posłużyło – opowiada trener.

Podobno teraz Karpiel ma już optymalną wagę ciała, jest też odpowiednio zmotywowana. – Dziewczyny współpracują z panią dietetyk. Wiadomo, że w skokach waga jest bardzo ważna, a kobiety, zwłaszcza te jeszcze dorastające, mają z wagą swoje wzloty i upadki – Bachleda dzieli się pierwszymi spostrzeżeniami ze swej nowej pracy.

Diabełek wśród Aniołków

Jak „Diabełek” odnajduje się wśród „Aniołków”? - Nigdy nie szkoliłem dziewczyn, ale dobrze mi się pracuje. Robimy swoje, mamy plan. Dziewczyny się słuchają, przykładają się. Wydaje mi się, że chcą dojść do pewnego poziomu – mówi. – Kiedy dostałem propozycję poprowadzenia kadry, to od razu się zgodziłem. Pierwszym trenerem jeszcze nigdy nie byłem, więc postanowiłem nim zostać. Do tego skoki kobiet na świecie się rozwijają, a ja chciałem spróbować zrobić tak, żeby w Polsce dziewczyny też prezentowały dobry poziom. Takie wyzwanie sobie zrobiłem. Nie mówię, że po pół roku moje zawodniczki będą w czołówce. Ale wierzę, że kiedyś będą – dodaje.

Kiedy przyjdzie to „kiedyś”? – Z niczym nie ma problemu, sprzętowo mamy wszystko, co trzeba, kombinezony szyjemy w Huligansie, u żony Stefka Huli, czyli mamy stroje takie same jak męskie kadry: B i juniorska. Na zawody mamy móc jeździć, szykujemy się na juniorskie mistrzostwa świata, a jak będzie forma, to na seniorskie też – mówi Bachleda. – A najmocniej to myślimy już o Pekinie. Chcemy tak zrobić, żeby w 2022 roku dziewczyny były już gotowe do dobrego skakania. I te, które teraz mamy, i może jeszcze jakieś nowe. Bo czasem zaglądam do szkół i w kilku dziewczynach 12-, 13-letnich widać taki potencjał, że może któraś już do najbliższych igrzysk zdąży się przygotować – opowiada trener.

Córka Tonia rośnie na igrzyska

Za jeden z największych talentów uchodzi córka Tomisława Tajnera, z którym Bachleda świetnie się zna z czasów wspólnego skakania w kadrze prowadzonej przez Apoloniusza Tajnera. - Sara Tajner to moja wnuczka. Jest świetna technicznie, bardzo zdolna. Już skakała na skoczni 70-metrowej, a ma dopiero 12 lat. To jest nasza nadzieja. Nie wiem czy zdąży do Pekinu, ale na następne igrzyska myślę, że tak, bo jest zapalona do skakania – opowiada dziadek Apoloniusz.

O bardzo młodych talentach wśród dziewcząt szkoleniowcy mówią coraz częściej, ale jednocześnie podkreślają, że ciągle mamy za małą podstawę piramidy. - W AZS-ie Zakopane mamy 12 dziewczyn. Młodsze przejął Kuba Kot, ja prowadzę starsze. W sumie w Polsce trenuje około 30 dziewcząt – mówi Długopolski. – W porównaniu z Niemcami czy ze Słowenią to jest bardzo mało. W każdym z tych krajów mają koło setki skaczących dziewczyn. Ale nie ma co się dziwić, skoro my mamy trzy ośrodki szkoleniowe, a w Niemczech czy na Słowenii jest ich pewnie po 13. Nam odpadł Karpacz, odpadł Zagórz, zostały tylko Zakopane, Wisła i Szczyrk. A taka Słowenia choć mała, to cała leży w górach, dlatego skoczenek i klubów mają tam w pierony – dodaje.

Zamieszamy w Seefeld?

Słowenki i Niemki należą do najlepszych zawodniczek Pucharu Świata kobiet. Od Polek lepsze są nawet Rumunki. Generalnie w rywalizacji kobiet o Kryształową Kulę reprezentowanych jest więcej państw niż w męskim Pucharze Świata. W Lillehammer swoje zawodniczki poza wspomnianą Rumunią mają też m.in. Chiny i Węgry. W sumie na listach startowych znalazły się przedstawicielki aż 17 krajów.

Bardzo dobrze, że są wśród nich Polki, nawet jeśli miałyby odpaść w kwalifikacjach zarówno do konkursu na skoczni normalnej, jak i na dużej (na takiej w zawodach jeszcze nigdy nie startowały, tylko treningowo zapoznawały się latem z Wielką Krokwią i dużym obiektem w Planicy). Dobrze byłoby również, gdyby bez względu na prezentowany poziom w lutym dostały szansę zebrania doświadczeń na seniorskich mistrzostwach świata w Seefeld. Dwa lata temu PZN nie zdecydował o wysłaniu zawodniczek na MŚ w Lahti, nad czym w rozmowie ze Sport.pl ubolewał prowadzący wówczas kadrę trener Hankus. - Pieniądze nie są problemem, wyjazd Kingi Rajdy na mistrzostwa świata chciał pokryć prezes klubu, w którym ona startuje. Kiedy Kamil Stoch i Maciej Kot zaczynali, nikt nie mówił, że nie mają próbować, że to nie ich liga. Takie słowa nas bolą – tłumaczył wtedy Hankus.

Wówczas prezes Tajner twardo bronił stanowiska, że na taki start trzeba zasłużyć.

Teraz szef polskiego narciarstwa patrzy na sprawę trochę inaczej. – Nastawiamy się na start w konkursie drużyn mieszanych na igrzyskach w Pekinie. I przymierzamy się do udziału drużyny mieszanej na mistrzostwach świata w Seefeld – zapowiada. A czy starty w Pucharze Świata będą regularne, czy z doskoku, jak w poprzednich sezonach? – Gdyby poziom był niski, jak w ubiegłym roku, to pewnie ciągnięcie dziewczyn po Pucharach Świata nie miałoby sensu. Ale zakładam, że będzie lepiej. Ostatecznie trenerzy będą decydować, do nich należy taktyka ułożenia startów i rozwijania zawodniczek – zapewnia Tajner.

Więcej o: