Skoki narciarskie. Horngacher dla Sport.pl: Latem było szaleństwo, a zimą? Chcemy schodek po schodku dojść do igrzysk

- Stoch: więcej paliwa w baku. Kot: mocniejszy psychicznie. Kubacki: nasz analityk. A Żyła to Żyła. Chcieliśmy, żeby każdy z nich był jeszcze mocniejszy niż ostatniej zimy - mówi Sport.pl trener polskiej kadry skoczków narciarskich. W piątek w Wiśle kwalifikacje, a w sobotę i niedzielę pierwsze konkursy Pucharu Świata

Paweł Wilkowicz: Czuje pan zawsze niepokój na starcie sezonu?

Stefan Horngacher: Niby uczucie jest podobne jak przed pierwszą zimą z polską kadrą, ale wtedy jeszcze wszyscy się siebie nawzajem uczyliśmy, skoczkowie musieli przywyknąć do innych reguł, innych pomysłów. Teraz zaczynamy sezon bardziej doświadczeni i z wyższego poziomu. Jest łatwiej. I chcieliśmy to wykorzystać w przygotowaniach, zrobić kolejny jakościowy skok. Zawsze są jakieś rezerwy, jeśli tylko skupisz się jak trzeba na treningu i regeneracji. Wydaje mi się, że to się udało. Lato było dla nas łaskawe: żadnych kontuzji, zawirowań, problemów z pogodą. Trenowaliśmy tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Mimo że najpierw nieczynna była przebudowywana skocznia w Zakopanem, a pod koniec lata zaczęły się prace w Wiśle i nie mieliśmy w Polsce dużej skoczni do treningów. Ale związek się postarał, żebyśmy tego nie odczuli. Mieliśmy dobre zgrupowania zagraniczne, w Ga-Pa czy Innsbrucku, przetestowaliśmy hotel, który chcemy wybrać na przyszłoroczne mistrzostwa świata w Seefeld. Jesteśmy gotowi.

To że nie było szansy poskakać na śniegu jest dużym utrudnieniem?

Nie. Najważniejsze, że ćwiczyliśmy na rozbiegach z torami lodowymi. To, że nie było szansy na lądowania na śniegu, to mały problem. Najważniejszy jest rozbieg. Nawet nie naciskałem na organizatorów z Wisły, żeby się pospieszyli i dali nam poskakać. Od początku czułem, że się nie uda. Uznałem że lepiej w tym czasie zrelaksować się w domu niż czekać czy śnieg będzie gotowy czy nie.  

Dał pan skoczkom bardzo krótkie urlopy po poprzednim sezonie, jakby dla podkreślenia, że Lahti 2017, nawet ze złotem w konkursie drużynowym i brązowym medalem Piotra Żyły, to był tylko pośredni cel.

To jest oczywiste, jesteśmy na półmetku drogi do igrzysk. Przyznam, że rok temu wszystko poszło łatwiej niż się spodziewałem. Zakładałem, że trzeba będzie dłużej poczekać, aż nowy system pracy da wyniki. Poszło jednak dość szybko. Najlepszym przykładem był Maciek Kot , który już latem zaczął skakać jak nakręcony. I to co się udało zrobić poprzedniej zimy było dużym ułatwieniem przed sezonem olimpijskim. Zresztą, latem 2017 wyniki też mnie zaskoczyły na plus. Dawid Kubacki był niewiarygodnie mocny, wygraliśmy też konkurs drużynowy. Jakieś szaleństwo: wygrywaliśmy w każdych zawodach do których stanęliśmy. Nieźle.

I teraz wszyscy chcą wiedzieć, czy Dawid Kubacki po takim lecie może zacząć wreszcie stawać na podium zimą. Z czterech mistrzów z Lahti tylko on nie był jeszcze na podium indywidualnego konkursu Pucharu Świata.

Zrobił w tym roku wielki postęp i moim zdaniem nadal stać go na tak dobre skoki jak latem. Musi tylko mądrze podejść. Nie wymagać od siebie za wiele w pierwszych konkursach, nie zamęczyć się psychicznie. Niech się skupi na technice, obowiązkach i wyniki przyjdą. Jestem pewny. Już po złocie w Lahti, po świetnych skokach Dawida w drużynówce, mówiłem że mamy w drużynie więcej kandydatów do podium w PŚ. Ostatniej zimy stawali tam Kamil Stoch, Maciek i Piotrek Żyła, kolej na Dawida. Ma możliwości. Ale udane lato to tylko punkt wyjścia, trzeba po nim włożyć wiele pracy, żeby zima też była dobra.

Rok temu w takiej sytuacji był Maciej Kot i już w drugi pucharowy weekend stanął na podium, pierwszy raz w karierze.

To inni zawodnicy, nie ma wzoru. Jeśli Dawid będzie skakał tak dobrze technicznie jak potrafi, będą sukcesy. Potrzebował czasu, żeby wszystkie zmiany w technice się zgrały, ale to już półtora roku naszej wspólnej pracy i przyszły efekty. Poprawił wszystko: technikę, siłę, lądowanie, nad którym pracowaliśmy już mocno przed poprzednią zimą. Dawid to jest wyjątkowy gość. Nasz mózgowiec. Bardzo bystry, cały czas pyta, analizuje swoją pracę, naszą pracę. Chce wiedzieć, dlaczego coś robimy tak, a nie inaczej. I wszystko czego się dowie od razu wprowadza do swoich skoków. Dobrze się z nim pracuje.

A jak jest Kamilem Stochem? W Letniej Grand Prix nie był ani razu na podium.

Ale skakał dobrze, a po Grand Prix mocno poszedł w górę na zgrupowaniach. Jest mocniejszy fizycznie niż rok temu, technika się zgadza, potrzebuje tylko doglądania i drobnych uwag. Jego zawsze stać na podium. Maciek Kot jest dużo mocniejszy psychicznie po poprzednim sezonie. Piotrek Żyła to Piotrek Żyła, jedyny w swoim rodzaju. Nie jest jeszcze w swojej najlepszej dyspozycji, ale na pewno lepszej niż był przed rokiem o tej porze. A ja nie chcę mówić, kto teraz w Wiśle będzie z nich najlepszy, bo to jest sprawa drugorzędna. Ważne żeby cały zespół był mocny, to jest odskocznia do indywidualnych sukcesów. Tak było w poprzednim sezonie.

Nie martwi pana, że tych czterech złotych medalistów z Lahti właściwie nie ma konkurentów do miejsca w drużynie?

To jest najlepsza czwórka polskich skoków i trudno im będzie zagrozić. Za ich plecami jest jednak Stefan Hula, po lecie znacznie bardziej udanym niż poprzednie. No i jest młody Kuba Wolny. Jestem dumny z postępów jakie zrobił. Stara się nie tracić dystansu do najlepszych, na ostatnich zgrupowaniach skakał naprawdę dobrze. Natomiast mamy problem z kadrą B, rzeczywiście. Niektórzy skoczkowie pracowali za mało, może im się wydawało, że się prześlizgną. Ale my widzimy. I wymagamy więcej. Oczywiście są też wyjątki, jak Klemens Murańka czy Przemysław Kantyka. Ale niektórym brakuje profesjonalizmu. Pocieszeniem jest sytuacja w kadrze C. Juniorzy u trenera Maciusiaka rozwijają się tak dobrze, że dwóch z nich, Bartek Czyż i Paweł Wąsek, dostanie szansę startu w Wiśle. W kadrze C jest i talent i ochota do pracy. Naciskają na kadrę B, może oglądamy zmianę pokoleniową. Ale to jest ta grupa, w której obecne wyniki są mniej ważne, liczy się wprowadzenie ich w odpowiedni system pracy.

Maciej Kot mówił, że staraliście się trenować tam, gdzie było mało innych ekip. Zgadza się?

Tak wyszło. W niektórych miejscach po prostu mieliśmy szczęście, a w niektórych bardzo nam zależało, żeby była cisza, spokój i brak podglądających. Na ostatnim zgrupowaniu przed sezonem, w Hinzenbach, byli z nami tylko austriaccy juniorzy. Świetne warunki.

Można było wyciągnąć wszystkie nowinki sprzętowe?

Szpiedzy są wszędzie. A my i tak zanim coś przetestujemy, zawsze sprawdzamy, czy nikt nie podgląda.

Dużo ma pan takich niespodzianek dla rywali?

Może nie dużo, ale mam nadzieję, że dobrych. Pracowaliśmy mocno nad sprzętem, wyprodukowaliśmy trochę nowości i będziemy je wprowadzać podczas sezonu. Zmiana przepisów dotyczących bielizny pod kombinezon (musi być dwuczęściowa i o określonej grubości, jednoczęściowa była przez niektórych wykorzystywana do naciągania kombinezonu i zyskiwania powierzchni nośnej –red.) nie wpływa na to co robimy, cieszę się, że przepisy wprowadziły tu jasność: co wolno, czego nie.

A przepis o obowiązkowych kwalifikacjach również dla czołowej dziesiątki też się panu podoba?

Wiadomo że nie, nie podoba się nikomu w czołowych reprezentacjach, bo to nasi skoczkowie ucierpią przez brak gwarancji startu dla 10 najlepszych. Nie będzie można odpuścić przemęczonym, albo mającym problemy zdrowotne. A z drugiej strony, to może być dobre dla skoków, bo więcej telewizji będzie zainteresowanych transmitowaniem kwalifikacji. Nie cieszę się, ale rozumiem.

Gdyby takie przepisy obowiązywały już rok temu, Turniej Czterech Skoczni mógłby się skończyć dla Polaków dużo gorzej.

Tak, mieliśmy przecież upadek Kamila Stocha w Innsbrucku, po którym poobijany Kamil odpuścił kwalifikacje w Bischofshofen. A rozgrywano je przy bardzo zmiennym wietrze. Takie warunki plus obolały skoczek – to mogłoby się skończyć źle. Brak awansu, Kamil bez zwycięstwa w Turnieju. No cóż, muszę Kamila uczulić, żeby się już nie wywracał w Innsbrucku. I w Kuusamo też, leżał tam w poprzednim sezonie.

Mówi pan dużo o unikaniu presji na początku sezonu, ale na inaugurację w Wiśle będzie o to trudno, zwłaszcza że sezon zaczyna się drużynówką. A drużynówka to za pańskiej kadencji polska specjalność.

To że trzeba unikać zbędnej presji nie oznacza, że mam mówić nieprawdę. To jest tak mocna drużyna, że zawsze może walczyć o zwycięstwo. Ale ja od nich zwycięstwa nie wymagam. Niech skoczą tak jak potrafią i zobaczymy co zrobią inni.

Planuje pan ominąć któreś zawody w sezonie? Kalendarz jest bardzo bogaty, jeszcze przed igrzyskami będą mistrzostwa świata w lotach. Ważne dla Polaków?

Wszystko będzie ważne. Planujemy startować niemal wszędzie, znak zapytania jest na razie tylko przy Willingen, bo to zawody kilka dni przed igrzyskami. Zobaczymy jeszcze jak ustawimy naszą podróż do Korei. Być może wystawimy w Willingen niepełną ekipę. Co do innych startów, jeśli zdrowie i forma będą dopisywać – będziemy. Idziemy od celu do celu: najpierw się rozpędzić, potem Turniej Czterech Skoczni, mistrzostwa świata. A po nich igrzyska. Chcę, żeby to były nasze schody w górę, do igrzysk. Miło by było jechać na nie np. z medalem za loty.

Nie boi się pan powtórki z poprzedniego sezonu, gdy w mistrzostwach świata w Lahti Kamil Stoch miał delikatny kryzys, nie fruwał już tak jak w Turnieju Czterech Skoczni.

Latem chcieliśmy tak przygotować skoczków, żeby jeszcze dłużej utrzymywali formę. W ostatnim sezonie po świetnym Turnieju, zawodach w Wiśle i Zakopanem rzeczywiście w Lahti Kamil skakał gorzej niż tego od siebie oczekiwał. Ale może to była właśnie kwestia oczekiwań. Bardzo wierzył, że jest w stanie wygrać nawet na mniejszej skoczni, na której zwykle idzie mu gorzej. I gdy uciekł mu medal na tej mniejszej, zwątpił w siebie przed konkursem na dużej. Kamil też jest tylko człowiekiem. Analizowaliśmy to wszystko i wprowadziliśmy trochę poprawek do przygotowań. Chcemy, żeby było mu łatwiej podtrzymywać formę. Żeby był spokojniejszy, że ta dobra dyspozycja nie uleci. Pamiętajmy: Kamil rok temu wrócił do wielkiej formy po słabym sezonie. I może po prostu zabrakło mu paliwa na przejechanie całego sezonu z tak wielką prędkością. Teraz powinno być z tym lepiej.

Klasyfikacja Pucharu Narodów, którą Polacy wygrali ostatniej zimy, znów będzie dla pana tak ważna?

Zawsze będzie ważna, bo to jest coś wspólnego. To nie jest tylko klasyfikacja skoczków, ale wszystkich członków ekipy. Serwismen, czy fizjoterapeuta czuje się częścią tego sukcesu: pracuję dla elity skoków. Mierzymy w czołową trójkę. 

Indywidualnie nadal to Stefan Kraft i Andreas Wellinger będą punktami odniesienia dla rywali?

Norwegowie mają Daniela Andre Tande i Johanna Andre Forfanga, Słowenia będzie miała Petera Prevca mocniejszego niż ostatnio, jestem pewien. I mają tam utalentowane młode pokolenie. Jest w kim wybierać, jeśli chodzi o mocnych rywali. No i jeszcze jedno. Jest rok olimpijski. Kto wie, co wymyśli Simon Ammann?