Skoki narciarskie. Maciej Kot: Czekoladowe kombinezony pojawią się w ważniejszych momentach, ale chcemy też zaskoczyć naszych rywali

- Przygotowania przebiegły bardzo dobrze i to mi daje sporą pewność siebie, która jest potrzebna przed nowym sezonem. Moje ambicje są bardzo duże, a teraz mamy o co walczyć. Są igrzyska, mistrzostwa świata w lotach, Turniej Czterech Skoczni i Raw Air. Moim celem jest utrzymywanie dobrej formy przez cały sezon. To jest gwarancja ugrania czegoś większego w czasie najbliższej zimy. Na igrzyskach liczą się jednak tylko medale, dlatego będę o nie mocno walczył - mówi Maciej Kot w rozmowie ze Sport.pl.

Początek Pucharu Świata w skokach narciarskich już za nieco ponad dwa tygodnie. W tym sezonie czeka nas kilka istotnych zmian w regulaminie, o których porozmawialiśmy z czołowym skoczkiem świata – Maciejem Kotem. Polski zawodnik odnosi się również do spraw sprzętowych, które jeszcze kilka lat temu mogły spędzać sen z powiek naszych trenerów. Tym razem jest jednak inaczej. Skoczek zdradza również, w jakich kombinezonach Polacy mogą wystartować w czasie inauguracji PŚ w Wiśle.

Piotr Majchrzak: Ponad siedem miesięcy przygotowań za Wami, do startów zostały już tylko dwa tygodnie. Czuć małą adrenalinę związaną z nadchodzącą zimą?
Maciej Kot: Właśnie żadnej adrenaliny czy stresu nie czuję, a to jest taki czas, że najważniejszy jest właśnie spokój. Nie może być żadnych nerwowych ruchów w  przygotowaniach, a głowa powinna zostać cały czas chłodna. Nie ma co się zbyt podniecać zawodami, aczkolwiek czuję już spory głód rywalizacji.

Spokój w przygotowaniach zapewniłby śnieg w Wiśle. Znacie już plany na ostatni akord przygotowań?
- Niestety plany kształtuje nam teraz pogoda. Wiadomo jest, że najlepiej byłoby trenować w Wiśle. To jednak zależy od pogody i organizatorów, czy będą w stanie przygotować nam ten obiekt. Jeśli tak się nie stanie, to będziemy szukać innych skoczni. W Europie mamy czynnych kilka obiektów z torami lodowymi, bo nie mamy zamiaru wracać już na te ceramiczne. Czekamy na informacje, co dalej.

Jak przebiegło przejście z torów letnich na mrożone? Kilka lat temu można było obawiać się tej zmiany, ale wydaje się, że teraz jesteście na innym poziomie i taka zmiana nie robi wielkiej różnicy.
- Przestawienie przebiegło naprawdę pozytywnie. Ja właściwie od pierwszej próby skakałem tak samo, jak w lecie. Pozycja najazdowa była bardzo dobra, prędkości również. Jestem zadowolony z tego, jak to wszystko przebiegało.

Kwestie sprzętowe również macie dograne? Nie będzie problemów na starcie?
- Właściwie wszystko jest gotowe, jedyną rzeczą, na którą jeszcze czekamy, są narty. One mają się pojawić jeszcze w tym tygodniu.

O deski jesteśmy jednak spokojni, bo one mają być identyczne jak w lecie,  inna będzie jedynie struktura ślizgu. To nie jest żadna nowość, dlatego można na nie poczekać bez żadnych nerwów.

FIS zmienił również 2 cm tolerancję w tzw. pasie biodrowym wprowadzonym w zeszłym roku. Miał on zapobiegać obniżaniu kroku. Teraz FIS jest jeszcze bardziej rygorystyczny i  nowe przepisy mówią, że ma pas ma być idealnie dopasowany. Wpłynie to jakoś na skoki?
- To jest bardzo niewielka zmiana. Nie ma praktycznie różnicy, czy jest to 0 czy 2 centymetry. Już 2 cm sprawiały wrażenie, że kombinezon jest w tym miejscu ciasny, ale nie ma to większego wpływu na skoki. To jest taka kosmetyczna zmiana. Trzeba przed każdymi zawodami tego pilnować, żeby nie było nieprzyjemnych sytuacji, czyli dyskwalifikacji.

Nie od dziś wiadomo, że polskich kibiców najbardziej ciekawią kombinezony. W tym sezonie również pojawią się legendarne „czekoladki”?
- Mamy pewien zapas tego materiału.  Na pewno, w którejś części tej zimy pojawią się te kombinezony, ale nie jestem w stanie powiedzieć kiedy. Pewnie będą to bardziej istotne momenty tego sezonu. Chcemy przygotować też inne stroje, by nie przyzwyczajać się do jednego koloru. Wiadomo, chcemy też zaskoczyć naszych rywali czymś nowym. Zaczniemy od sprawdzonych kolorów, a potem zobaczymy.

Latem zaczynaliście od seledynowo-czarnych strojów, możesz zdradzić, w jakich zobaczymy Was w Wiśle?
- Seledynowo-czarne odchodzą już do lamusa, zimę zaczniemy albo w kolorze czarnym, albo w „złoto-srebrnym”.

W samych strojach też są pewne zmiany, bo od sezonu 2017/2018 można używać tylko dwuczęściowej bielizny pod kombinezon. Dla nas to chyba całkiem dobra zmiana, bo wiadomo, że Austriacy i Norwegowie często wykorzystywali jednoczęściowe stroje do małych naciągnięć.
- Dla nas nie ma to praktycznie znaczenia, bo my w tym „ubranku” nie mieliśmy żadnych haczyków, czegoś co dawało nam przewagę. Dla nas jest to o tyle dobre, że innym może to przeszkodzić.  Norwegowie trochę przy tym kombinowali i to „ubranko” mogło im dawać małą przewagę. My na tym nie stracimy. Zresztą latem testowaliśmy te stroje, więc można powiedzieć, że jesteśmy przyzwyczajeni.

Trzeba jednak pamiętać o tym, żeby lepiej trzymać ciepło organizmu na zawodach. Wszystko dlatego, że na górze mamy krótki rękaw, a na nogach materiał może sięgać nieco nad kolano. Tak że jest parę miejsc, które są narażone na zimno, no ale trzeba do tego przywyknąć.

Jak zapatrujesz się na zmianę kwalifikacji i to, że teraz czołowa dziesiątka musi się kwalifikować do zawodów. Pomysł był przetestowany latem, ale wiadomo, że zimą jest więcej konkursów, większy stres i obciążenia.
- To będzie bardziej męczące, wiadomo, że będzie można zmienić nieco taktykę i odpuścić skok w treningach lub w serii próbnej. Ja szczerze mówiąc nie widzę sensu tej zmiany. Uczynienie kwalifikacji bardziej widowiskowymi jest krokiem w dobrą stronę, ale myślę, że narzędzia zostały źle dobrane. Dla najlepszych to spory przymus. Czołówka i tak będzie skakać w treningowych kombinezonach. Lepsza byłaby jakaś zachęta, jak np. punkty do klasyfikacji generalnej PŚ, bonus pieniężny, albo wzorując się na Formule 1 - układanie listy startowej w kolejności z kwalifikacji. Myślę, że było kilka ciekawszych możliwości, ale trzeba się dostosować do tego, co wybrał FIS. Należy tylko pamiętać, żeby przejść kontrolę sprzętu i unikać głupich wpadek.

Tuż przed igrzyskami w Pjongczangu odbędzie się również miniturniej o nazwie Willingen Five. Sądzisz, że to dobre posunięcie organizatorów, którzy chcą przekupić nieco skoczków i sprawić, by ci nie odpuścili zawodów na wzgórze Schattenberg przed Pjongczangiem. Do wygrania jest dodatkowe 25 tyś euro.
- Myślę, że jest to bardzo dobre posunięcie, zresztą jak każda opcja uczynienia zawodów bardziej atrakcyjnymi. Zresztą dla nas jest to o tyle ciekawe, że jeśli startujemy w jakichś zawodach, które liczą się do innej klasyfikacji, to tylko wzmacnia to rywalizację, bo stawka jest jeszcze większa. Termin jest trochę niefortunny, ale myślę, że niewielu odpuści Willingen. To są konkursy w Europie, dlatego wiele ekip może to potraktować jako sprawdzian generalny przed igrzyskami.

O czym myślisz w nadchodzącym sezonie. Wyznaczyłeś sobie jakieś cele?
- Przygotowania przebiegły bardzo dobrze i to mi daje sporą pewność siebie, która jest potrzebna przed nowym sezonem. Moje ambicje są bardzo wysokie, a teraz mamy o co walczyć. Są igrzyska, mistrzostwa świata w lotach, Turniej Czterech Skoczni i Raw Air. Moim celem jest utrzymanie dobrej formy przez cały sezon i moim zdaniem jest to gwarancja ugrania czegoś większego w czasie najbliższej zimy. Na igrzyskach liczą się tylko medale, dlatego będę o nie mocno walczył.

To tak na koniec, szykujesz nowy kask na początek sezonu zimowego, czy nowe malowanie pojawi się dopiero na igrzyska?
- Trudne pytanie, bo jeszcze nie mam nowego kasku i nie wiem kiedy go dostanę. Myślę, że rozpocznę sezon kaskiem przygotowanym na MŚ w Lahti, a nowy zostanie przygotowany dopiero na igrzyska olimpijskie, bo tam trzeba mieć inny sprzęt ze względu na brak możliwości umieszczenia na nim sponsorów.

Więcej o: