Jest pięknie, ale nie ze wszystkim. Adam Małysz o problemach polskich skoków narciarskich [ROZMOWA]

- Jeśli nie podchodzisz profesjonalnie do skoków narciarskich, to nie odniesiesz sukcesu. Całe swoje życie trzeba podporządkować uprawianiu sportu. - mówi legenda polskich skoków, Adam Małysz. Były skoczek dopomina się również o modernizacje przestarzałych skoczni w Zakopanem.

Za polskimi skoczkami najlepszy sezon w historii. Polacy zdobyli Puchar Narodów, a Kamil Stoch do samego końca walczył o Kryształową Kulę. Ale nie ze wszystkim w naszych skokach jest tak dobrze. Niestety, dużo gorzej wyglądała sytuacja zapleczu polskiej kadry, o której rozmawiamy z Adamem Małyszem - kiedyś wybitnym skoczkiem, a obecnie dyrektorem Polskiego Związku Narciarskiego.

Piotr Majchrzak: Dziś nasi najlepsi skoczkowie zbliżają się do ,,trzydziestki'', a najmłodsi zawodnicy z kadry A jak Klemens Murańka czy Aleksaner Zniszczoł pałętają się gdzieś po dolnych rejonach Pucharu Kontynentalnego. Czy należy już bić na alarm?

Adam Małysz: Na wstępie należy zauważyć, że Murańka i Zniszczoł to nie są już młodzi zawodnicy. Młodzi to są Bartek Czyż, Tomek Pilch i Paweł Wąsek. Skoki narciarskie to jest indywidualny sport i bardzo często to, co działa na jakąś grupę nie działa na pojedynczych skoczków. Każdy ma inny problem, inną technikę i jest inaczej zbudowany. Właściwie do wszystkich trzeba podejść indywidualnie. W pewnym sensie zrobił to teraz Stefan Horngacher, choć sam stwierdził, że w następnym sezonie będzie większy nacisk na takie przygotowanie skoczków, tak by każdy miał swój osobisty tok treningów.

Wydaje mi się, że tego wszystkiego zabrakło w drugiej kadrze. Nie było odpowiedniego zindywidualizowania i potrzebnej kontroli. Nie było też twardego podejścia i swego rodzaju ojcowskiej ręki. Gdy coś nie szło, to szybko było to zmieniane, a w sporcie chodzi o to, że czasem trzeba się przemóc i sporo popracować, a efekt przyjdzie dopiero po czasie. Chyba najlepszym przykładem może tu być Piotr Żyła. On na początku współpracy z Horngacherem był bardzo niecierpliwy, ale Stefan bardzo dużo nad nim pracował i w końcu się udało.

W kadrze B nie mamy wcale słabych zawodników. Dlaczego tak źle to wyglądało?

- Przede wszystkim oni muszą uwierzyć w swoje możliwości, bo takie mają. W tej drużynie są przecież mistrzowie świata juniorów i zawodnicy, którzy już zdobywali bardzo wysokie lokaty w Pucharze Świata. Taki sam potencjał był w kadrze A, a Horngacher potrafił go uwolnić. Oni muszą wiedzieć, że się da, ale ważną kwestią jest także zrozumienie, że to nie jest łatwe. Podejście musi być w stu procentach profesjonalne. Teraz ci młodsi skoczkowie mają dobre wzory, bo mogą popatrzeć na kolegów z kadry A, którzy całe swoje życie podporządkowali skokom i dzięki temu osiągają sukcesy. Właśnie dlatego PZN zdecydował się na zmiany i dochodzi nowa osoba, która popatrzy na wszystko z boku. Nowym trenerem zostanie Radek Żidek, który musi wnieść indywidualizacje treningów oraz przypilnuje by wszystko odbywało się tak, jak zostało zaplanowane.

Robert Mateja przyznał w kilku wywiadach, że zabrakło mu stanowczości, a po zebraniu opinii z czeskiej drużyny można się dowiedzieć, że przyszły trener kadry B, czyli Radek Żidek uchodzi za takiego ,,złego policjanta'', który lubił przypilnować skoczków.

- Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się na Radka. Długo rozmawialiśmy z trenerami, ja sam także toczyłem długie dyskusje ze Stefanem Horngacherem, który mówił, że trzeba kogoś z silną ręką. Nie ukrywamy, że skoki są bardzo brutalne, np. jeśli chodzi o kwestie wagi. Trzeba bardzo skrupulatnie tego pilnować.

Z tym był jakiś problem?

- Między innymi. Jeśli skoczkowie mają bat nad sobą, to bardziej przestrzegają reguł. W kadrze A nie ma takich problemów, bo wszyscy są bardzo doświadczeni i mają tego świadomość. Wydaje mi się, że chłopakom z drugiej drużyny trzeba w tej kwestii pomagać. Tu nie ma zmiłuj. Jeśli nie podchodzisz profesjonalnie do skoków narciarskich, to nie odniesiesz żadnego sukcesu. Przykładowo, jeden kilogram wagi więcej przekłada się średnio na 5-6 metrów mniej. Jeśli zawodnik waży 4-5 kilo za dużo, to wiadomo jak to się odbija na wynikach. Ja wiem, że sama waga i dieta ,,nie leci'', ale to jest bardzo ważny element tej układanki. Nie wiem jaka tam była dyscyplina i ile wszyscy powinni ważyć, ale były takie sygnały, że niektórzy sobie odpuszczali trzymanie diety. Potem znów próbowali chudnąć. Tak się po prostu nie da. Trzeba znaleźć ten swój optymalny bilans, żeby się dobrze czuć ze sobą. Jak to się mówi w skokach ,, jak w treningu, tak w zawodach". Jeśli waga waha się na 3-5 kilogramów w jedną albo drugą stronę, to wszystko się sypie. Ze swojego doświadczenia wiem, że to nie ma prawa się udać.

Były też przyjemne aspekty związane z młodymi skoczkami. Paweł Wąsek wygrał przecież klasyfikacje FIS CUP, dobrze skakał także na czempionacie juniorów. Jak u niego z parametrami fizycznymi? Wiadomo, że nad sferą mentalną każdy musi pracować sam, ale fizyczność często jest decydująca.

- Paweł Wąsek ma przed sobą dużą przyszłość. Miał kiedyś ciężki upadek i zrodziły się z tego spore obawy, ale już je przezwyciężył. On staje się teraz pretendentem do tego, by stanowić naszą przyszłość. Ma bardzo dobre predyspozycje. Mogę jeszcze wyróżnić Bartosza Czyża i Tomasza Pilcha. Mamy również Dominika Kastelika, który jak zacznie myśleć profesjonalnie, to będzie dobrze. Kastelik ma olbrzymi talent, ale musi go dobrze wykorzystać. Jest też Dawid Jarząbek.

Wydaje się, że rozwój tego ostatniego się nieco zatrzymał.

- Mi się wydaje, że to inni bardzo podnieśli swój poziom. On też musi dać od siebie jeszcze więcej, bo kilku zawodników poszło do góry, a pozostali nie zrobili tak dużego postępu jak Wąsek, Czyż i Pilch, dlatego nie są tak zauważalni.

Obraz kadry juniorów rysuje się bardzo pozytywnie.

- Powiem szczerze, że ci juniorzy, którzy teraz są pod opieką Macieja Maciusiaka, dużo więcej pracują i więcej wiedzą, niż niejeden skoczek z kadry B. Naprawdę się pilnują po względem wagi, przywiązują dużą uwagę do wszystkiego co robią. Oni są w takim wieku, że powinni się dopiero uczyć, a już tę wiedzę mają. Podoba mi się ta samoświadomość.

Chyba nie musimy się obawiać o najbliższą przyszłość.

- Ci zawodnicy są w takim wieku, że przed nimi jeszcze kilka lat startów jako juniorzy. Nie ulega jednak wątpliwości, że cały czas muszą się rozwijać, ale jeśli będą mieli taki zapał jak teraz, to będziemy mieć z nich dużo radości. Byłem z nimi na kilku zgrupowaniach i wiem z autopsji, że jeśli ktoś tak pracuje, a przy okazji ma talent, to jest w stanie osiągnąć bardzo dużo. Pamiętajmy jednak, że to wszystko zależy od samych skoczków. Trenerzy zawsze chcą dobrze i robią wszystko w tym kierunku, żeby podopieczny odniósł sukces. Jeśli jest opór w tej materii, to nie ma takiego cudotwórcy, który to przezwycięży.

Zobacz wideo

W ostatnich mistrzostwach Polski wystartowało 37 zawodników. To bardzo mała liczba. Z czego to może wynikać? Mieliśmy dwa słabsze sezony, ale ten ostatni był znakomity. Możemy się spodziewać, że po kolejnej fali popularności skoków znów będzie więcej skaczących?

- Niedawno mnie nawet skrytykowano, że sam podniosłem ten temat. Prawda jest jednak taka, że tak źle jeszcze nie było. Osoby, które się często wypowiadają na te tematy, nie wiedzą jak to wygląda wewnątrz. Były sezony, gdy mieliśmy ponad stu skoczków. Oczywiście, jedni byli dobrzy, a inni bardzo słabi. Zwykle jest jednak tak, że jak przy naborze mamy dwudziestu zawodników, to jak ten rocznik dochodzi do wieku juniora, to zostaje jedynie trzech albo czterech. Jeśli nie ma odpowiedniego naboru, to robi się taka sytuacja jak jest teraz. Wszystkich juniorów możemy wręcz policzyć na palcach. Wydaje mi się, że teraz niewiele zmienimy, ale musimy mocno powalczyć o to, żeby zachęcić dzieci do sportu.

Nie jest też tak, że uprawianie skoków pociąga za sobą olbrzymie koszty? Jeden z rodziców mówił mi niedawno, że rocznie inwestuje w swojego siedmioletniego syna nawet 15 tysięcy złotych. Większość sobie na to nie może pozwolić.

- Ja nie wiem skąd są wyciągnięte takie sumy! Jeśli dziecko jest bardzo małe, a rodzic wydaje takie pieniądze, to jest tylko i wyłącznie jego własna inwestycja. Dzieciom nie można robić krzywdy i zniechęcać ich do sportu. Prawda jest taka, że koszty, które faktycznie musi ponieść rodzic, w stosunku rocznym wynoszą około 2,5 tysiąca złotych. Oczywiście, wszyscy wiemy, że wymagania niektórych rodziców i dzieci są potężne. Oni od razu chcą mieć najlepszy i najładniejszy sprzęt. Dziecku to nie jest potrzebne, powiem więcej, on ma się tylko nauczyć skakać i musi czerpać z tego przyjemność. Jeśli od razu będzie wszystko postawione na osiąganie wyników, to nie dotrwa w sporcie do 15 roku życia, bo go znienawidzi. Tak samo mogę powiedzieć w kontekście sprzętu. On powinien być nagrodą dla dzieci, nie może być tak, że przychodzi się pierwszy raz na skocznie i wszystko jest najlepsze. Później taki chłopiec nie tylko wymaga, ale często jest zawiedziony, jeśli coś jest nieco gorszej jakości lub było wcześniej używane. Największym problemem jest jednak to, że dzieci nie chcą przychodzić do sportu.

Coraz więcej dzieci wybiera komputer?

- Zdecydowanie tak, wolą pograć w skoki czy piłkę nożną na komputerze i sprawia im to dużo przyjemności. W szkołach często połowa uczniów ma zwolnienia lekarskie, a garstka ćwiczy, to jest to naprawdę przykre.

Ale to jest chyba trend światowy.

- Nie do końca. Popatrzmy jak to wygląda w Słowenii. Wybudowany został piękny kompleks w Planicy i ciągle jest użytkowany. Tam na treningi często przyjeżdża 40 busów z różnych klubów. Dziś Słoweńcy mówią, że skacze u nich około 300-400 zawodników w różnym wieku. Dlaczego w Polsce nie może tak być. Jesteśmy przecież najlepszą drużyną świata.

Wydaje mi się, że w Słowenii łatwiej jest to zorganizować. Ostatnio był tam prawdziwy szał na skoki narciarskie, a kraj jest wielkości dwóch naszych województw.

- Oni mają zaledwie dwie potężne bazy. U nas największym problemem jest to, że nie ma odpowiednich obiektów w Zakopanem. Jeśli te skocznie, które są obecnie w ruinie, byłby odnowione, to stalibyśmy się bardziej atrakcyjnym krajem do rozwoju skoków narciarskich. Jeśli chodzi o Beskidy, to młodzi mają naprawdę znakomite zaplecze. Zaraz także w Chochołowie będzie można skakać na świetnej skoczni, a Zakopane po prostu leży.

Są jakiekolwiek szanse na modernizacje? Mówi się o tym od wielu lat i nic się nie zmienia.

- Musimy o tym mówić głośno. Trzeba uderzać w rząd i Centralny Ośrodek Sportu. Nie rozumiem po co w Zakopanem była budowana kolejna hala sportowa, skoro jedna już stoi. Dlaczego nie zmodernizowano małych skoczni. Jest mi naprawdę bardzo przykro, bo Zakopane to mój drugi dom. Czasem pojawiam się na treningach i widzę, że niewiele tam się zmienia.

Trenerzy narzekają, że nie ma choćby wyciągu, przez co skacze się znacznie mniej.

- Już nawet nie chodzi o wyciąg, bo za moich czasów nie było takich udogodnień i zawsze chodziliśmy na nogach. Chodzi mi jednak o to, że te obiekty powinny być odnowione. To są już przestarzałe skocznie. Jak ja ostatnio byłem na trzydziestometrowej skoczni, to zobaczyłem słupy, na których się wiesza flagi. One w żaden sposób nie były zabezpieczone. Naprawdę wieli szacunek dla trenerów i rodziców, którzy puszczają te dzieci, bo to jest strasznie niebezpieczne. Komuś podetnie narty, pojedzie w bok i naprawdę nieszczęście jest murowane. Nie robi się tam naprawdę nic. Jak było trzydzieści lat temu, to tak zostało.

W Wiśle to wygląda znacznie lepiej, a skocznie powstały przecież niedużym kosztem.

- Ja pięć lat o to walczyłem. Rozmawiałem z prezydentami, ministrami, burmistrzami, wojewodami i w końcu się udało. Na początku tylko obiecywali, ale ja nie odpuszczałem i w końcu doszło do realizacji projektu. Wydaje mi się, że trzeba położyć na to naprawdę duży nacisk. Są obietnice, ale zawsze zostają odsunięte na drugi plan. Trzeba wykorzystać to, że jesteśmy teraz najlepsi i mamy karty w rękach. W tej chwili Beskidy mają znakomite warunki do treningów, Zakopane ma bardzo złe. Musimy jednak zagospodarować ten dobytek, który udało się zbudować przez ostatnie lata, by dyscyplina dalej się rozwijała. W innym przypadku będzie ciężko.

Follow @MajchrzakP

Więcej o: