MŚ w Lahti 2017. Adam Małysz: Stoch i Kot faworytami. Ale trzeba dać im spokój

- Zrobiło mi się bardzo przykro. Zdobywasz medal, a wielu ludzi ma w oczach pytanie "czemu nie złoto?" - mówi Adam Małysz, wspominając MŚ w Lahti z 2001 roku. Wtedy zdobył pierwsze w karierze medale wielkiej imprezy, śmiał się z czerwonych włosów wielkiego rywala i golił Piotra Fijasa, z którym wygrał zakład. Teraz, jako dyrektor PZN ds. skoków i kombinacji norweskiej, wraca do Lahti po kolejne sukcesy. Pierwsze treningi na skoczni HS100 w środę, konkurs w sobotę.

Obserwuj @LukaszJachimiak

Łukasz Jachimiak: Stefan Kraft, Andreas Wellinger, Kamil Stoch, Maciej Kot, Daniel Andre Tande i Peter Prevc - czy wymieniłem wszystkich poważnych kandydatów do medali w Lahti?

Adam Małysz:Patrząc na ostatnie konkursy Pucharu Świata myślę, że to już wszyscy faworyci. Ale to są skoki, tu nigdy do końca nie da się wszystkiego przewidzieć. Czasem zdarzają się niespodzianki. Choć częściej na igrzyskach i nawet w Turnieju Czterech Skoczni niż na mistrzostwach świata. Na nich jednak zazwyczaj jest tak, że wygrywają ci, których większość typowała. Nie wiem dlaczego tak jest. Na pewno wymienię więcej niespodzianek w innych wielkich imprezach. W mistrzostwach sensację to sprawił chyba tylko Rok Benković, wygrywając w Oberstdorfie, w 2005 roku. A niespodziankę zrobił Andreas Kuettel, który był najlepszy w jednoseryjnym konkursie w Libercu w 2009 roku. Poza tymi przypadkami zwykle wygrywa ktoś, kto pretendował do medalu.

W czterech ostatnich konkursach Pucharu Świata, w Sapporo i Pjongczangu, Kot zdobył 286 punktów, wygrał po jednym starcie w Japonii i w Korei, wypadł lepiej od Stocha, który zgromadził w Azji 213 punktów. Można powiedzieć, że Kot ma takie same szanse na podium indywidualnych konkursów w Lahti co Stoch, czy jednak więcej należy spodziewać się po mającym już ogromne doświadczenie z wielkich imprez Kamilu?

- Obaj mają duże szanse. Kamil na pewno ma dużo większe doświadczenie, potrafi w najważniejszym, najtrudniejszym momencie skoczyć swoje. Ale w ostatnim czasie zdarza mu się psuć. Zrobił to w Sapporo w pierwszym konkursie i w Pjongczangu w drugim. Kamila z jego doświadczeniem chciałoby się ustawić jednak przed Maćkiem. Z drugiej strony Maciek jest zawodnikiem, który w tym momencie jest w formie. On nabiera pewności siebie, zdecydowania, przekonania, że potrafi. Nie jest sobą z początku sezonu, kiedy chciał sukcesu za wszelką cenę. Kamilowi w Lahti będzie łatwiej poruszać się w kręgu faworytów, potencjalnych zwycięzców. Maciek dopiero się do tego przyzwyczaja. Ale widzę, jak się zmienia. Przez lata był niecierpliwy i w tym sezonie też długo chciał odnieść sukces za wszelką cenę. A metodą jest cierpliwość, praca, dążenie do sukcesu, ale spokojnie, krok po kroku. Jeśli masz talent, jeśli jesteś dobrze przygotowany, to ani nie możesz się zniechęcać, że jeszcze nie wygrywasz, ani nakręcać, że wygrywanie powinno przyjść już, teraz. Maciek do tego dochodził i wydaje mi się, że w Azji w końcu to zrozumiał. Już na sto procent przekonał się, że cierpliwość popłaca. A jego forma jest wysoka, stabilna, ale jeszcze ciągle zwyżkowa. Na pewno śmiało można go typować do medali. Ale bardzo proszę o jedno - ani jemu, ani Kamilowi nie zakładajmy jeszcze na szyje żadnych krążków. Tych, którzy chcą medali będzie w pierwszej serii 50, a w drugiej serii 30 (śmiech). A mówiąc całkiem serio - z głównych kandydatów każdy jest tak samo mocny. Wygrają najlepsi, czyli najbardziej cierpliwi, najbardziej doświadczeni i najmocniejsi psychicznie. Wystarczy, że w jednym z tych obszarów zabraknie jakiegoś drobiazgu, że będzie drobne zaburzenie, i można zostać bez medalu.

Rozumiem pański apel, ale Kot sam mówi, że do Lahti leci po medale, a generalnie nasza ekipa nie może w nie nie celować, skoro w 24 konkursach tej zimy wywalczyła 18 miejsc na podium. Chyba musiałby się zdarzyć jakiś kataklizm, żebyście z Lahti wrócili bez chociaż jednego medalu. Wyobraża Pan sobie, że na podium nie stanie nasza drużyna?

- Myślę, że nikt sobie tego nie wyobraża, a większość kibiców liczy na złoto. Z trzech "drużynówek" w tym sezonie wygraliśmy dwie, raz zajęliśmy drugie miejsce, więc to pokazuje nasz bardzo, bardzo duży potencjał. Nasi zawodnicy też o tym wiedzą. Ale im trzeba przede wszystkim spokoju. Niech podejdą do tych konkursów jak zwykle, a nie jak do mistrzostw świata, to wtedy na pewno zrobią swoje. Najlepiej by było, gdyby myśleli, że to nawet nie tyle kolejny Puchar Świata, co mistrzostwa Polski. Zdecydowanie łatwiej jest funkcjonować wtedy, kiedy uda się nie myśleć o wyjątkowości danego wydarzenia. Ja doskonale wiem, jak trudno jest na wielkich imprezach, kiedy się na nie jedzie po medale. Naprawdę warto wypracować sobie na to sposób i się go trzymać. Wygrywają właśnie ci, którzy potrafią sobie z tym poradzić, którzy umieją wytrzymać napięcie związane z faktem, że po wielu pokazach formy muszą to samo zrobić w najważniejszym momencie całego sezonu. Naszym chłopakom niczego nie brakuje, żeby dobrze podejść do sprawy. Umieją odciąć niepotrzebne myślenie, już to pokazywali. Teraz trzeba to zrobić kolejny raz.

W Bischofshofen, oglądając podwójne zwycięstwo w Turnieju Czterech Skoczni Stocha i Piotra Żyły, ze wzruszeniem wspominał pan swój triumf w tej imprezie sprzed 16 lat. Przed Lahti 2017 przypomina się Panu Lahti 2001 z pierwszymi medalami mistrzowskiej imprezy w pańskiej karierze?

- Jasne, że tamte chwile mi się przypominają. W ogóle z Lahti jestem mocno związany. Zwłaszcza że stamtąd pochodzi Hannu Lepistoe, bardzo ważny dla mnie trener i człowiek.

Spotkacie się w trakcie mistrzostw?

- Na pewno, choć jeszcze nie wiem czy Hannu będzie przy nich działał. Może będzie w organizacji, może w fińskim Eurosporcie, bo jego syn jest tam szefem, a Hannu komentatorem. Na miejscu wszystko się okaże.

Lahti 2001 zaczął Pan od srebra na dużej skoczni. W drugiej serii złoto wydarł Panu Martin Schmitt, bijąc też pański rekord skoczni. Gdyby wtedy stosowano system rekompensat za warunki wietrzne, to chyba Niemiec by z Panem nie wygrał?

- No tak, pewnie by tak było. Wiem, że jest sporo ludzi, którzy lubią takie rzeczy analizować, bawić się tym. Ale ja tego nie robię. Bo nie chciałbym siąść i płakać (śmiech). Czasu przecież nie wrócę.

Płakać chyba nie byłoby nad czym, medal był.

- Był, ale nie jeden by powiedział, że jest nad czym, bo srebro to nie złoto. Ja doskonale wiem, co tam się wydarzyło. Ale już dawno temu uznałem, że trzeba być zadowolonym z tego, co się ma.

Wtedy pracujący z Panem psycholog Jan Blecharz radził, by ludzie wyszli na spacer, zamiast się smucić, że Pan nie wygrał. Tłumaczył, że trzeba docenić, jak piękny, stojący na wysokim poziomie konkurs kibice zobaczyli. Brzmi absurdalnie, przecież pański medal był pierwszym dla naszego narciarstwa od tych, które w Lahti w 1978 roku zdobył Józef Łuszczek, a niektórych trzeba było pocieszać.

- Presja była wielka, bo byłem w świetnej formie i skazywano mnie na złoto. Zdobyłem srebro, to przecież superwynik, a jednak było rozczarowanie. Podbudzanie oczekiwań, napinanie wszystkiego do granic wytrzymałości na pewno nie jest potrzebne. Dlatego cały czas powtarzam, że do formy chłopaków trzeba podchodzić spokojnie, ufać im, dać oddech, nie oczekiwać czegoś takiego jak wtedy, ode mnie, że na sto procent będzie złoto. Przecież wiatr czasem kręci tak, że nawet z dzisiejszymi przelicznikami nic nie jesteś w stanie zrobić, bo punkty, jakie dostaniesz w ramach rekompensaty tak naprawdę złych warunków do końca ci nie zrekompensują.

Tak z ręką na sercu - Pan swoje wicemistrzostwo świata docenił, cieszył się Pan z niego?

- Najpierw byłem strasznie zadowolony. Ale szybko udzieliła mi się ta dziwna atmosfera. Aż w pewnym momencie zrobiło mi się bardzo przykro. Zdobywasz medal, a wielu ludzi ma w oczach pytanie albo bardziej żal "czemu nie złoto?". Nawet nie chodzi o to, że ktoś mi tak mówił, ja po prostu widziałem taki zawód, niedosyt. Na szczęście byłem naprawdę mocny psychicznie. Szybko pomyślałem o drugim konkursie. Wiedziałem, że stać mnie na złoto. Powiem prawdę - jadąc do Lahti o wiele, wiele spokojniej myślałem o starcie na normalnej skoczni. Wiedziałem, że ona będzie moja. Ten power, który miałem w nogach zawsze więcej korzyści dawał na mniejszych skoczniach. A jak Schmitt prowadził po pierwszej serii, to się cieszyłem, że jest odwrotna sytuacja niż na skoczni dużej. Wolałem atakować niż się bronić. Wiedziałem, że skoczę dobrze, a on zostanie z tym sam na górze. Wtedy myśli są różne. No i albo nie wytrzymał, albo nie miał na tyle w nogach, żeby ze mną wygrać.

I tak był przeszczęśliwy, że podzieliliście się złotem i srebrem. Pamięta Pan, że wygrywając na skoczni dużej przegrał zakład?

- Pamiętam te jego czerwone włosy (śmiech). Jak dzień po zawodach go zobaczyłem, to się zacząłem śmiać, zatrzymałem go i zapytałem, co mu się stało. Zaczął kręcić, że użył jakiegoś złego szamponu. Ale szybko się przyznał, że był w ich ekipie zakład, że jak zdobędzie złoto, to się farbuje.

Zobacz wideo

Czerwonowłosy Schmitt, Sven Hannawald z włosami niebieskimi, z takimi samymi Wolfgang Steiert - ta ich kolorowa radość w żaden sposób Pana nie denerwowała, nie sprawiła, że jeszcze mocniej się Pan zmobilizował na drugi konkurs?

- Nie, nie, w żadnym wypadku. Szczerze mówiąc, nawet nie pamiętałem, że inni Niemcy też się przefarbowali. Pamiętałem tylko Schmitta. A zakładanie się u nas też było.

O co?

- Że ogolimy Fijasa, jeśli wygram. No i żeśmy go ogolili (śmiech).

Piotr Fijas był łysy?

- Nie, wąsa mu zgoliliśmy, a to był dla niego symbol jak dla mnie (śmiech).

Fijas był w Waszej ekipie sceptykiem, ale w tamtych czasach chyba trudno było o spokój, nawet mimo pańskiej formy? Na Lahti zamówiliście sobie nowe kombinezony, a niemiecka firma uszyła je dla Was w ostatniej chwili i na trzy dni przed pierwszym konkursem okazało się, że w pańskim nogawki są za długie o dwa centymetry, a dużo za dużo luzu jest w klatce piersiowej. Było bardzo nerwowo?

- Nie, akurat to była norma. W tamtych czasach nie było aż takich obostrzeń w kombinezonach, jak dziś, więc łatwiej było zapanować nad sytuacją. Ale przede wszystkim przyzwyczailiśmy się, że zawsze coś jest nie tak. W czasach Lahti na świecie był tylko jeden liczący się producent kombinezonów, czyli niemiecki Meininger. Wcześniej były jeszcze dwie japońskie firmy - Descente i Mizuno. Myśmy z nimi współpracowali za Pavla Mikeski, ale później pozostał już tylko Meininger, no i trzeba było być zdanym na ich łaskę. Zawsze były jakieś problemy, wiele razy sam sobie igłą i nitką nawet pół kombinezonu przeszywałem. Wprawę miałem sporą, później nawet kupiłem sobie maszynę i w domu pewne rzeczy poprawiałem. Teraz robią to asystenci trenera. Działają o wiele dokładniej, postęp jest bardzo duży.

W Lahti te nogawki Pan ucinał czy podwijał?

- Tego już nie pamiętam, ale namęczyliśmy się i nasiedzieliśmy przy tych kombinezonach. Było sporo roboty i na sto procent to była ręczna robota, bo nikt z nas tam maszyny nie miał.

Lahti 2001 to chyba najzimniejsze mistrzostwa świata ze wszystkich współczesnych. O dokuczających mrozie i wilgotności też ma Pan jakąś anegdotę?

- Pamiętam, że podczas drugiego konkursu były minus 24 stopnie i prawie 100 proc. wilgotności, co sprawiało, że odczuwalna temperatura była jeszcze o wiele niższa. Chyba nigdy i nigdzie tak nie zmarzłem. Mam zdjęcia, na których widać, że jestem cały poowijany w jakieś ubrania, a spod nich i spod czapki widać mi tylko oczy i twarz. Brwi i wąsy miałem białe, po prostu zamarznięte, dobrze, że nie odpadły (śmiech). Było potwornie zimno, oby to się nie powtórzyło.

Niech powtórzą się sukcesy, jakie polskie skoki w Lahti już odnosiły. Fakt, że Pan zdobywał tam medale i sześć razy stawał na podium Pucharu Świata, że dwa razy był tam na nim Stoch, a trzy razy drużyna, pozwala myśleć, że to dobre dla nas skocznie?

- Myślę, że tak, że to pomoże. Jak zawodnik jest w formie, to do końca na takie rzeczy nie zwraca uwagi. Ale nawet jak fizycznie nie robi ci różnicy czy jakąś skocznię lubisz, bo tak się przygotowałeś, że skoczysz swoje na każdej, to jest jeszcze psychika. A dla niej ważny będzie każdy szczegół. My mamy poczucie, że jedziemy w miejsce, które lubimy i że będzie dobrze. Wszystko składa się tak, że powinien być sukces.

Zimy z Panem w roli głównej były piękne i niepowtarzalne, ale patrząc na całą kadrę, tak dobrego sezonu jak obecny chyba nie mieliśmy nigdy?

- Nie ma żadnych wątpliwości, że przeżywamy najlepszy sezon w historii polskich skoków. Oby taki był do końca.