PŚ w Pjongczangu. Rafał Kot: dużo gadamy, żeby inni dużo myśleli

- Na Lahti nasi będą mieli całkiem inne kombinezony, szyje się nowa partia, będą znowu inne kolory. Wszystko jest teraz robione po to, żeby namieszać w głowach konkurencji - mówi były fizjoterapeuta kadry skoczków, ojciec Macieja Kota, Rafał Kot przed konkursami w Pjongczangu, ostatnimi, jakie zostaną rozegrane przed MŚ w Lahti. Pierwsze zawody na olimpijskim obiekcie HS140 w środę o godz. 12. Relacja na żywo w Sport.pl

Obserwuj @LukaszJachimiak

Łukasz Jachimiak: Jeszcze odbiera pan gratulacje po zwycięstwie syna w Sapporo?

Rafał Kot: Już jest trochę luźniej, już się trochę to wszystko wyciszyło. Choć w głowie ciągle mam zwycięskie skoki syna. A właściwie wspominam wszystkie jego skoki z Sapporo, bo tam prezentował się naprawdę tak, jak chciał od początku sezonu.

Chyba zrealizował plan minimum, jeśli chodzi o marzenia na tę zimę, bo w grudniu w Lillehammer pierwszy raz w karierze stanął na podium Pucharu Świata, a teraz odniósł swoje pierwsze zwycięstwo?

- Po świetnym lecie powtarzałem, że ten jego sukces, czyli wygranie Letniej Grand Prix, zamieniłbym na jedno podium w Pucharze Świata. I to nieważne jakie. I naprawdę już w grudniu, kiedy Maciek zajął drugie miejsce w Lillehammer, byłem spokojny, zadowolony, że wszystko idzie w dobrym kierunku, że praca syna ze Stefanem Horngacherem już dała efekty, a da kolejne. Wiedziałem, że dalej będzie z Maćka pociecha.

Hannu Lepistoe znów do pana dzwonił?

- Oczywiście. Zawsze po dobrych występach Maćka dzwoni. Albo chociaż pisze.

Wyszło na jego, po Turnieju Czterech Skoczni mówił, że wkrótce Maciek będzie jeszcze mocniejszy.

- Zna się (śmiech). Hannu jest szczęśliwy, Maciek to przecież jego wynalazek. Dziesięć lat temu wziął go na Puchar Świata, dał zadebiutować niespełna 16-letniemu chłopakowi.

Na początku sezonu martwił się pan w rozmowie ze Sport.pl czy syn wykaże się cierpliwością, teraz już wszyscy widzimy, jak dojrzał.

- Zahartowany jest, bardzo długo czekał i bardzo dużo przeszedł.

Maciek wygrał w Sapporo w 45. rocznicę olimpijskiego złota Wojciecha Fortuny wywalczonego w tym samym miejscu, na tym samym obiekcie. Ładne nawiązanie.

- Złożyło się bardzo ładnie, a Maciek dowiedział się o tym dopiero po konkursie. Skacząc nie wiedział, że to taka rocznica. Jak się dowiedział, to tym mocniej się cieszył, że wygrał.

W Pjongczangu zobaczymy zwykłe konkursy Pucharu Świata, jak chce to widzieć nasza kadra, czy jednak coś więcej, bo to próba przedolimpijska?

- Coś więcej, bo o miejsca skoczkowie będą walczyć tak samo jak we wszystkich wcześniejszych konkursach sezonu, ale wiadomo, że do igrzysk na skoczniach w Pjongczangu zawodów już nie będzie, że nikt tam nie będzie mógł jeździć na treningi. Dlatego ważne jest sprawdzenie, jak się tam skacze i porównanie profilu skoczni do któregoś z europejskich obiektów. Często zawodnicy mówią "tu się skacze prawie identycznie jak tam". Dwóch takich samych obiektów na świecie nie ma, ale są zbliżone jeśli chodzi o konfigurację progu, dojazdu itd. I jak np. dowiemy się, że podobna skocznia do tej z Pjongczangu jest w Lillehammer, to trzeba będzie zaplanować w roku igrzysk większą liczbę treningów w Lillehammer.

Nasza kadra w Pjongczangu nie skorzystała z możliwości skakania na obiekcie normalnym, bo zawodnicy byli zmęczeni podróżą - z jednej strony szkoda straconej okazji, z drugiej chyba warto pamiętać, że na próbę przedolimpijską do Soczi Kamil Stoch wcale nie pojechał, bo był bez formy, a na igrzyskach wygrał przecież oba konkursy?

- Kamil nie był w Soczi wyłącznie dlatego, że był wtedy bez formy. Jeżeli skakałby dobrze, na pewno by się tam znalazł. Zawsze lepiej skorzystać z możliwości poznania obiektu. Ale na wyniki teraz absolutnie nie ma co patrzeć, bo ten, kto wygra w środę czy w czwartek, za rok może się zupełnie nie liczyć. W przyszłym sezonie mogą wypłynąć całkiem nowi zawodnicy, którzy teraz w Pucharze Świata są na dalszych miejscach albo jeszcze w nim nawet nie skaczą. Przykładem niech będzie Domen Prevc, o którym niedawno mało kto słyszał, a który w tym sezonie jest bardzo mocny.

Albo Maciej Kot, bo kto jeszcze rok temu powiedziałby, że on będzie teraz tak dobry?

- Myśmy z Maćkiem wiedzieli, że będzie dobrze, jak się zmieni trener. A jeszcze jak się okazało, że nowym szkoleniowcem będzie Stefan Horngacher? Od razu wiedzieliśmy, że to strzał w dziesiątkę, że będzie dobrze nie tylko dla Maćka, ale dla całej ekipy.

O formę naszych zawodników nie pytam, bo każdy widzi, jaka jest, ale proszę powiedzieć, jak jest z ich kombinezonami? Im bliżej mistrzostw świata, tym bardziej kolorowo się robi. W Sapporo Maciek wygrał w białym stroju, a Kamil Stoch w czekoladowym, w Pjongczangu w kwalifikacjach Kamil próbował białego, a Maciek brązowego, niedawno w Willingen wszyscy nasi zawodnicy skakali na czarno. Co szykują na Lahti?

- Ciągle są testowane różne warianty. Oczywiście w ramach przepisów. Materiały muszą być o odpowiedniej przepuszczalności, zaplombowane i dopuszczone przez FIS. Ale jest kwestia, co zawodnikowi najbardziej pasuje. Jeden woli kombinezon, w którym się czuje wygodnie na dojeździe, ma na nim luz i bez trudu może przyjąć optymalną pozycję najazdową, inny kosztem tego woli mocniejsze trzymanie w powietrzu, następny mówi, że chce taki strój, w którym szybciej przelatuje nad bulą, bo jego styl skakania jest bardziej agresywny i on nie potrzebuje oporu powietrza. Każdy z naszych zawodników jest inny, a Michal Doleżal każdemu musi wszystko dopasować. Natomiast na Lahti nasi będą mieli całkiem inne kombinezony, szyje się nowa partia, będą znowu inne kolory. Wszystko jest teraz robione po to, żeby namieszać w głowach konkurencji.

Czyli jednak nie będzie powrotu do czekoladowych strojów, które sprawdziły się w Turnieju Czterech Skoczni? Słyszałem, że ten materiał jest odłożony i można z niego uszyć kolejne kombinezony.

- To prawda, jest tak, że jeżeli dany materiał się sprawdza, to belę materiału trzyma się w magazynie, żeby móc uszyć kolejne tak samo dobre kombinezony. Natomiast to, że ciągle w naszym użyciu są stroje białe, czarne, brązowe, i że za każdym razem podkreślamy, jak fajnie nam się w nich skacze, sprawia, że mieszamy w głowach Austriakom, Niemcom, Norwegom. Ci ostatni już w to uwierzyli, już ich trener powiedział, że muszą pracować nad kombinezonami, bo są w tyle, za nami. A to jest bzdura. To zagranie psychologiczne.

Na pewno bzdura? Pan pewnie wie więcej, ale mi się wydaje, że jednak trochę takim Norwegom uciekliśmy.

- No tak, jesteśmy z przodu, jeśli chodzi o to, że potrafimy wybrać najlepsze materiały. Ale dużo gadamy tylko po to, żeby inni dużo myśleli.

Zgoda, ale warto podkreślić, że kiedy Stefan Horngacher jedzie do fabryki z materiałami, to są mu oferowane wszystkie najlepsze, a w poprzednich latach naszych trenerów tak nie traktowano, prawda?

- To prawda, było tak, że myśmy zamawiali jedno, a fabryka przysyłała to, co uważała za stosowne i do widzenia. Nam mówiono, że danego materiału nie ma, a w tym samym czasie Niemcy czy Austriacy pokazywali się w strojach z tych materiałów, które chcieliśmy i my.

Czyli w Lahti nie będzie kombinezonów ani czekoladowych, ani białych, ale będzie coś jeszcze lepszego albo co najmniej równie dobrego?

- Myślę, że tak (śmiech).

Zobacz wideo
Więcej o: