PŚ w skokach narciarskich. Maciej Kot: Od pierwszego dnia pracy z Horngacherem poczułem, że znalazłem to, czego szukałem

- W Klingenthal po wygraniu drużynówki wszyscy fruwali pod sufit. A Stefan Horngacher mówi: "Zaraz, o co tu chodzi, skończcie z tym: hurra!" On chce, żebyśmy zmienili mentalność. Konkursy, w których jest dwóch Polaków w czołowej dziesiątce mamy traktować jako normalny dzień w pracy - mówi Sport.pl Maciej Kot po zawodach w Lillehammer, w których był na drugim, a Kamil Stoch na pierwszym miejscu

Paweł Wilkowicz: Myślałem, że będzie pan w Lillehammer po pierwszym w karierze podium Pucharu Świata skakał pod sufit. Nie cieszyło?

Maciej Kot: Cieszyło. Ale pamiętamy, co nam mówi Stefan Horngacher. Wpajał nam to gdy wygrywałem Letnią Grand Prix, i powtarza teraz: podchodźcie do wszystkiego spokojnie. Tydzień temu w Klingenthal po wygraniu drużynówki wszyscy fruwali pod sufit. Stefan to zobaczył i pyta: "Zaraz, o co tu chodzi? Przecież to jest normalne. Dla was dobre skoki mają być normalne. Wygrywanie ma być normalne. Skończcie z tym: hurra! Miejcie satysfakcję, ale też myślcie już o następnym konkursie". To do nas trafiło. Musieliśmy zmienić mentalność. Po ostatnich chudych sezonach nabraliśmy takiego przekonania, że jak jest miejsce w dziesiątce, to już mamy powód do radości. A to nie tędy droga. My chcemy konkursy, w których jest dwóch Polaków w dziesiątce, traktować jak normalny dzień w pracy.

Rzeczywiście, w wywiadach TVP pod skocznią trafił się tylko jeden smutniejszy rozmówca od pana, Stefan Horngacher.

Od razu wiadomo, od kogo nam się to udzieliło. Ale to nie smutek, to chłodne myślenie. Inteligentne podejście do tego co się robi, planowanie kolejnych zawodów. Mnie się to udziela, znalazłem w pracy ze Stefanem Horngacherem to, czego szukałem. Radość też oczywiście jest, to mój największy indywidualny sukces w karierze. Żadna łza radości nie pociekła, ale satysfakcja jest. Pierwsze podium smakuje niesamowicie. Ale zawody wyczerpują, a sił musi wystarczyć jeszcze długo, dlatego trzymam teraz emocje na wodzy. Będę sobie przeżywać po sezonie. Zresztą, początek Pucharu Świata nie jest tak istotny. To dopiero trzeci weekend, największe cele przed nami.

Mówi pan jak prymus z klasy pana Horngachera. To dla pana ważne: być prymusem, prawda?

Pewnie dla każdego jest ważne, żeby trener mu ufał, wiązał z nim nadzieje, widział w nim nie tylko to, jaki jest dzisiaj, ale jak dobry może być w przyszłości. Ja to poczułem od pierwszego dnia pracy z Horngacherem. Zaufałem mu w pełni, robiłem wszystko to co mi powiedział, na sto procent. To jest człowiek, który z jednej strony jest profesjonalistą w każdym calu, wie czego chce, a z drugiej jest bardzo przyjacielski i wyrozumiały. Potrafi dotrzeć do każdego z nas. Tak porozmawiać, żeby nas dobrze nastawić psychicznie. To działa.

A gdy się teraz spotykacie na skoczni z Łukaszem Kruczkiem, witacie się przyjaźnie?

Tak. Po każdym dobrym konkursie dostaję od Łukasza gratulacje. I myślę, że nie tylko ja. Łukasz jest jednym z pierwszych, który przysyła. Mamy bardzo dobre relacje, widzimy się często, żartujemy.

Czyli problemy z ostatnich sezonów wspólnej pracy, gdy wypadł pan z kadry A, puściliście w niepamięć?

Wbrew temu, co często słyszałem, zakończyliśmy współpracę w przyjaźni. To było takie pozytywne rozstanie: każdy zabrał ze sobą tylko dobre wspomnienia. Gratulacje od Łukasza są najlepszym dowodem. Coś się we współpracy z nim wyczerpało, ale to jest normalne. Nawet trener który był jak zbawiciel, w pewnym momencie może stracić ten impuls który dawał grupie. Czasem ze swojej winy, czasem z winy grupy. Trzeba nowego impulsu. Jak było w siatkówce? Stephane Antiga stworzył coś wspaniałego. Dalej jest fantastycznym człowiekiem, dalej jest fantastycznym trenerem, ma te same metody. A jednak coś przestało działać i działacze uznali że trzeba zmiany.

Degradację do kadry B przeżył nie tylko pan, ale i Dawid Kubacki. A Piotr Żyła w ogóle wypadł kiedyś z reprezentacji i jak wspomina, to znalezienie się na aucie sprawiło, że jeszcze bardziej pokochał skoki. Bo zrozumiał jak mu na nich zależy, gdy sam musiał o wszystko zadbać.

Często tak bywa. Musisz coś stracić, żeby potem zyskać bardzo dużo. Gdy masz podane na tacy, wola walki się czasem przytępia. A potem taki cios zmusza cię do analizy, refleksji. I wracasz jak strzała z łuku: trzeba było ją mocno pociągnąć do tyłu, żeby jeszcze mocniej wystrzeliła do przodu.

Właśnie wystrzeliła.

Nie ma co się nakręcać, bo już słyszę głosy, że w Engelbergu musi być trzech Polaków na podium. Mamy jeszcze rezerwy, mamy zapał do pracy, ale pozostańmy na ziemi: Turniej Czterech Skoczni, Lahti, konkursy w Polsce - wszystko to jeszcze przed nami.

Tak dobrze nie zaczęliście nawet sezonu olimpijskiego Soczi, więc też trudno się dziwić, że niektórych ponosi.

Tak, sezon olimpijski zaczęliśmy wtedy znakomicie, ale teraz jest większa stabilizacja formy. Trzy lata temu nasza kadra odfrunęła w pierwszych zawodach w Klingenthal, tych wygranych przez Krzyśka Bieguna, ale jednak było w tym też trochę szczęścia. A teraz to jest wszystko powtarzalne. Świetnie wypadamy jako grupa, nikogo już nie dziwi, gdy mamy sześciu skoczków w drugiej serii. Ale cały czas jest nad czym pracować. Poziom rywalizacji jest na początku tej zimy bardzo wysoki. Już od pierwszych zawodów w Kuusamo, gdzie trzeba było skoczyć za 130 m żeby dostać się do drugiej serii. Żaden błąd nie uchodzi płazem, nie ma dominatora, nawet młody Prevc nie jest w stanie wygrywać wszędzie bez względu na warunki. Skoki się stały bardzo nieprzewidywalne. Dobrze się to ogląda.

Nie wszystko jest takie nieprzewidywalne: już w trzecim konkursie z rzędu byliście z Kamilem Stochem obok siebie w klasyfikacji, za każdym razem w czołowej piątce.

To że razem z Kamilem stanąłem na podium jest dobre i dla mnie i dla niego. Jeden napędza drugiego, dwaj napędzają drużynę. Czekamy na Engelberg.

Do niedzieli w Lillehammer nigdy nie był pan w PŚ wyżej niż piąty. W Kuusamo było podium po pierwszej serii, w Klingenthal prowadzenie po pierwszym skoku, a też się nie udało. Trudno się było podnieść?

Nie tak trudno jak się wszystkim wydaje. Podchodziłem do tego tak: piąte miejsce zawsze lepsze niż szóste czy siódme. Piąte miejsce to jest znakomity poziom, a z czasem będzie lepiej. Najbardziej mnie cieszy równa forma. Gdybym miał tydzień w tydzień być piąty, to wolałbym to od huśtawki: dziś na podium, a za tydzień poza dwudziestką. Wiedziałem, że w końcu to podium przyjdzie. W niedzielę w Lillehammer bardzo na nie zasłużyłem. To były dobre skoki.

Ten z pierwszej serii dał znów piąte miejsce. Jakieś fatum.

Nie, świetnie się z tym piątym miejscem czułem przed finałową serią. To był znakomity punkt wyjścia do ataku. Miałem przewagę nad tymi najmocniejszymi rywalami, którym nie poszło w pierwszej serii. Nie jechałem jako ostatni, więc presja była mniejsza. A ci którzy byli po mnie, wyłączając Kamila, w pierwszej serii trafili na najlepsze warunki i jako świetni lotnicy wykorzystali to. Jurij Tepes, Daiki Ito. Wiedziałem, że jeśli po skoku w drugiej serii będę prowadzić, to niemal na pewno znajdę się na podium, bo warunki się pogorszyły i oni już sobie tak dobrze nie poradzą. Sprawdziło się.

Pańscy trenerzy zawsze mówili: Maciek jest przeambitny, czasami chce za bardzo. Może musiał pan do zajmowania miejsc na podium dojrzeć bardziej jako człowiek, a nie jako sportowiec?

Może coś w tym jest. Chęć walki mnie rozpiera i bywało, że sobie stawiałem cele ponad możliwości. Już jako debiutant roztaczałem przed sobą takie wizje, że ho ho. Potem się okazywało, że to wszystko było nierealne. Musiałem długo czekać na pierwsze punkty w Pucharze Świata, aż do niedzieli w Lillehammer czekać na podium. A wcześniej te moje marzycielskie wizje odbiły się od bardzo szarej rzeczywistości. I dopiero po tym znalazłem się na właściwych torach.

W trzy weekendy Pucharu Świata zdobył pan 247 pkt, a Kamil 213. Czyli niewiele mniej niż najlepsi z polskiej kadry zdobyli w całym poprzednim sezonie (Kamil Stoch miał po całej zimie 295 pkt a Stefan Hula 227).

Wielu z nas, w tym ja, już teraz ma więcej punktów niż zdobyliśmy przez cały poprzedni sezon. Ale to nie powód, żeby ogłaszać sukces. My chcemy osiągnąć tej zimy dużo więcej.

W tym sezonie wszystko prowadzi do mistrzostw świata, a one będą w miejscu dla pana szczególnym: to na skoczni w Lahti debiutował pan w Pucharze Świata, Lahti to miasto Hannu Lepistoe, który jako pierwszy dostrzegł w panu tak duży talent, że wywalczył, by pana wysłać na zawody PŚ.

Do tego właśnie w Lahti Adam Małysz zdobył swoje pierwsze medale mistrzostw świata, w Lahti staliśmy na podium jako drużyna i zawsze dobrze nam się tam skakało. Cieszę się już na spotkanie z Hannu, bo coraz mniej go na skoczniach całego świata, gdy już nie trenuje żadnej kadry.

Adam Małysz też będzie z wami, tym razem jako dyrektor.

Adam to cichy bohater obecnego sezonu. Nawet gdy go z nami nie ma, to jest. Może go zabraknąć pod skocznią, ale cały czas przysyła wiadomości, interesuje się. Jego pomoc jako mentora jest nieoceniona.

Teraz główne zadanie waszych trenerów i mentorów to zadbanie o to, żeby rozpędu wystarczyło na całą zimę.

Sezon jest długi, ale gdy patrzę na nasze treningi, jestem spokojny, że sił nam wystarczy.

Ciesz się z powrotu zimy! Wracają piękne sportsmenki! [ZDJĘCIA]

Zobacz wideo
Więcej o: